browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Pierwszy odcinek specjalny – Wędrówka przez las

Jasmine
Pierwszy odcinek specjalny
Wędrówka przez las

 

Wędrówka przez las mogłaby wydawać się przyjemnością. Zapach wilgotnego mchu, starych drzew, szelest i miękkość pod nogami. Tak mogłoby być, gdyby była to zwykła przechadzka. Jednak Thomas musiał odnaleźć tajemny trakt, który wcale nie był oznaczony na mapie i niewiele osób wiedziało o jego istnieniu. Halflińskie drogi ukryte były w gąszczu krzewów, drzew i paproci, tak dokładnie, że tylko ktoś, kto chciał je znaleźć, mógł tego dokonać. Co wcale nie oznacza, że było to zadanie proste.
Thomas wracał do domu, niosąc ze sobą kłamstwo. Musi to zrobić, inaczej przepowiednia nie znajdzie rozwiązania. Wszedł pomiędzy drzewa i skierował się na północny wschód. Słońce zaczynało już przybierać barwę soczystej pomarańczy, a drzewa kładły długie, powykrzywiane cienie, wyglądające jak demoniczne, zdeformowane zjawy. W miarę postępów w wędrówce las zaczął gęstnieć, korony drzew broniły dostępu ostatnim promieniom słońca, krzewy zdawały się oplatać wzajemnie, mech i runo leśne w symbiotycznym uścisku tworzyły głęboki, miękki dywan, wilgotny, niemal bagnisty. Zapach także stał się bardziej wilgotny, nieprzyjemny.
– Czyżby w pobliżu znajdowało się leśne rozlewisko? – Myślał Thomas, łamiąc kolejne gałązki. – Czyżbym już zabłądził? – Pytanie goniło pytanie, mózg pracował szybciej, podobnie jak serce.
Pohukiwanie sowy, jedno, dwa, później cisza. Taki spokój nie jest normalny, nie jest naturalny. Krople zimnego potu spłynęły Thomasowi po plecach.
– Czas na łuczywo – wewnętrzny monolog sprowadzał się do wyjaśnień praktycznych. – Przecież to ciemność wzmaga mój niepokój i podsuwa oczom hybrydy wyobraźni. – Westchnął głęboko kilka razy, by uspokoić oddech.
Pochodnia wykonana z konaru owiniętego szmatą i wysuszoną korą, nasączonych łojem dawała mdłe, mleczno – szare światło.
– Może to nie jest najlepszy pomysł, ale muszę odzyskać orientację. Gdzie teraz? W prawo, w lewo? – Mruczał pod nosem rozglądając się spiesznie, aczkolwiek dokładnie. Brak sklepienia nieba i gwiazd, które mogłyby wskazać kierunek, był zjawiskiem dysfunkcyjnym. Ale jak wiadomo natura sama potrafi być wyznacznikiem i kompasem – przypomniał sobie wszystko co wiedział o lesie. Mech na pniach, huby drzewne.
– Tak – już wiem – szeptał, oglądając kolejne drzewa. Kilkanaście metrów przedzierania się przez gąszcz krzewów i gałęzi chłostających go po twarzy i ramionach, sto, może sto pięćdziesiąt kroków i jest. Wąska dróżka, wydeptana małymi stópkami niemal uśmiechała się do niego. Zgasił pochodnię. – Teraz muszę iść już tylko przed siebie – pomyślał wesoło i cichutko zagwizdał z zadowolenia.
¦cieżka, najpierw prosta, zaczęła piąć się delikatnie pod górę, ginęła w zagajniku paproci, później było wyżej i bardziej stromo. Buty ślizgały się po poszyciu, ręce kaleczyły o gałęzie dzikich malin i jeżyn, gdy wspinał się po stromym zboczu wyglądającym jak świeże osuwisko. Stanąwszy wreszcie na szczycie, zapatrzył się w ciemną nicość przed sobą – dolinę, która niczym jar rozwierała się przed nim i otwierała swoją czarną, przepastną gardziel. Zrobiło się chłodniej, oddech przeobraził się w delikatną mgiełkę pary. Ciche odgłosy lasu i jego odwiecznych mieszkańców rozbrzmiewały kaskadową, delikatną symfonią najróżniejszych dźwięków. Thomas rozmasował dłonie i zaczął schodzić w dół, ku ciemności, która wydawała się atramentową nicością. Szedł ostrożnie, jednak w pewnym momencie zachwiał się, nogi zostały uwięzione w poszyciu, niczym w pułapce, nie mógł znaleźć oparcia dla rąk i runął w dół z głębokim jękiem. Uderzył głową o kamień, na dnie leśnej doliny. Ciemność owinęła go chłodnym woalem, pochłonęła myśli, wspomnienia…

***

Blady świt rozlewał się falą nowego dnia. Thomas otworzył oczy. Leżał nad brzegiem rwącego strumyka, który przecinał jar. Czuł ból, tępy i silny. Głowa pokryta skorupą zaschłej krwi nie była jednak największym problemem.
Thomas patrzył na swoją nogę – ułożoną pod dziwacznym, nienaturalnym kątem. Rozszarpana nogawka, czerwono – czarne plamy zdobiące materiał i kamienne podłoże. Z ogromnym wysiłkiem podciągnął się do pozycji siedzącej, opierając się o głaz. Odchylił strzępy materiału, oglądając zeszpeconą kończynę. Na bladej woskowej skórze zobaczył ranę – ogromne ziejące otwory w skórze, przeciętej aż do głównych naczyń krwionośnych. Pierwsze obmierzłe robale zaczęły już swoją ucztę – wyjmował je z obrzydzeniem i wstrętem.
Nie miał wątpliwości – rana nie powstała na skutek uderzenia…

***

Szelest, nagły i niespodziewany, kazał Thomasowi spojrzeć na drugi brzeg strumienia. Pomiędzy drzewami stała kobieta. Niezwykła postać, która wydała mu się halucynacją, wizją zamroczonego jeszcze umysłu. Rudowłosa piękność o alabastrowej cerze i zielonych, iskrzących oczach patrzyła na niego delikatnie się uśmiechając. – Masz problem chłopcze? – Melodyjny głos rozpłynął się w jego ciele jak ciepły miód. – Pomogę ci, poczekaj – kolejna fala anielskiego szeptu, hipnotyzująca i czarująca owładnęła jego umysł. Patrzył niedowierzając. Zaledwie kilka oddechów, a zjawiskowa postać już pochylała się nad nim. – Paskudna rana, trzeba będzie użyć specjalnej maści – powiedziała, ale jej usta pozostały zamknięte. – Tak wiem, że się dziwisz – dodała. Jej perlisty śmiech rozbrzmiewał w głowie Thomasa. – Pomogę ci wstać i zaprowadzę w bezpieczniejsze miejsce. Oprzyj się na mnie. Nie myśl, to ci teraz tylko przeszkadza. Chodź ze mną, chodź… – jej słowa przepływały przez umysł Thomasa, rwącym strumieniem, niczym woda w pobliskim potoku. Działały jak kojący balsam, odsuwały wszystkie inne uczucia na dalszy plan.
Z niemałym wysiłkiem podniósł się i wsparty na delikatnym ramieniu kobiety podążył ku nieznanemu…

Autor: Boginka


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *