browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Złodziejaszek

Opowiadania

 

Złodziejaszek

 

W najciemniejszym kącie sali siedział wysoki mężczyzna. Mieszał łyżką w czymś, co pretendowało do miana „zupa” i cieszył się, że nie zamówił piwa. Czujnym wzrokiem mierzył wnętrze przydrożnej oberży, w której zatrzymał się na nocleg. Barman obsługiwał kilku wesołych krasnoludów, którzy rozluźniali się po całym dniu pracy w pobliskiej kopalni węgla. Jeden bogaty kupiec popijał piwo, a dwóch siedzących z nim przy jednym stoliku osiłków, będących prawdopodobnie jego ochroniarzami, co chwila zerkało w okolice lady. Tam bowiem, na specjalnie wybudowanej scence, tańczyła piękna, ciemnowłosa elfka o cudownym głosie. Jej ubiór świadczył o tym, że również należała do ochroniarzy owego kupca, a jednak było coś diametralnie odmiennego w jej spodniach. Ładnie opinały się na pupie…
Mężczyzna uśmiechnął się. Nieznacznie…
Nie tylko on zwracał uwagę na wesołą elfkę. Krasnoludowi zgromadzili się wokół scenki, a niektórzy z nich wskakiwali nawet na podest i towarzyszyli dziewczynie w tańcu. Jej dwaj koledzy po fachu wpatrywali się w nią natomiast tak, jakby chcieli ją pożreć. Mężczyźnie nie przypadł do gustu ich wyraz twarzy.
Przyszła mu do głowy myśl, która wydała mu się niedorzecznością: Ona musi być dziewicą.
Rzeczywiście była.
Drzwi oberży otworzyły się, do środka paradował niski urwis. Takie przynajmniej wrażenie odniósł bogaty kupiec. Wygląd przybysza nie zwiódł jednak siedzącego w kącie mężczyzny. Niziutki, potargany szatyn o aparycji nastoletniego chłopca był w rzeczywistości kenderem. I mężczyzna nie miał wątpliwości, że będzie to kosztować bogatego kupca majątek. Kenderzy byli bowiem rasą osobników, którzy kradli zawsze i wszystko. Kradli, bo musieli.
– Igły, nici, ziele…ninka! Kto chce, kto chce, malowane owce?! – Przybysz zaczął zachwalać przyniesione przez siebie i wyciągane raz po raz z kieszeni towary. Na wyraźny gest bogacza wołający go, zbliżył się do niego możliwie blisko, by przeprowadzić z nim dyskretną rozmowę. Obserwator znów się uśmiechnął.
Kupcy dokonali wymiany towarów i ten bogatszy (z pewnością posiadając portfel nieco lżejszy niż się spodziewał) podniósł się z krzesła. Powoli pomaszerował ku schodom i zaczął wspinać się na pięterko. Zaraz elfka zaprzestała tańców, ku zaniepokojeniu towarzyszących jej krasnoludów, i wraz z pozostałymi ochroniarzami powędrowała za swym szefem. Kender podszedł do baru i zamówił piwo, darząc barmana sutym napiwkiem.
I wtedy to się zdarzyło. ¦ciana do której skryty w kącie mężczyzna siedział tyłem eksplodowała. Wybuch wyrzucił go na środek Sali. Wykonał przewrót przez ramię i, wprawdzie nieco oszołomiony, ponownie stanął na nogi. Jego oczy zwróciły się tam, gdzie i oczy pozostałych zgromadzonych. Drewniane resztki ściany płonęły żywym ogniem. Szaleńczy bieg ku drzwiom pomógł mężczyźnie uniknąć kolejnego przykrego wybuchu, w którym zginął barman. Za chwilę brunet stał już na podwórku. W progu minęli go zaintrygowani krasnoludowie. Spojrzał w niebo. W górze szybowały trzy wielkie wyverny. Co chwila któraś z nich spływała ku ziemi i wtedy wypuszczała z gardła kulę ognia. Rozsypani po całym polu krasnoludowie ciskali w nią wówczas toporami, ale nie dawało to wielkich efektów. Raz po raz któryś z nich ginął w przepastnym gardle bestii.
Brunet zreflektował się, że przestał być sam. Spojrzał w lewo. Obok niego stał kender i, tak jak on przed chwilą, obserwował pole walki. Nagle odwrócił się i zatopił swój wzrok we wzroku mężczyzny. I obu wydało się, że w ciągu tego ułamka sekundy poznali się na przestrzał. Nie było to prawdą, ale przynajmniej wiedzieli, co muszą w tej chwili zrobić. I to, że tymczasowo są na siebie skazani.
Mężczyzna wbiegł do sali głównej. Kupiec i jego ochroniarze wciąż nie wyszli ze środka. Albo jeszcze nie rozeznali się w sytuacji, albo coś kręcą. Mógł myśleć tylko o jednym. O jednej.
Minął płonące stoły i płonącą podłogę. Na półkach za barem eksplodowała raz po raz kolejna butelka mocniejszego wina. Pomyślawszy o krasnoludzkim spirytusie znajdującym się w piwnicy wpadł w panikę. „Salmosie, dodaj mi skrzydeł!”
Wskoczył na pierwszy, drugi, trzeci schodek. Schody jeszcze nie płonęły. Za chwilę był na piętrze. Rzucił się do pierwszych z brzegu drzwi i już miał je pchnąć, gdy zreflektował się, że warto wydobyć broń.
Nie miał miecza.
Dziwne, przecież miał miecz. Dlaczego więc go nie miał? To nic. Mógł wybierać między srebrnym nożem noszonym w cholewie (podobno jego ojciec wydobył go na świat z pomocą tego ostrza), a krótkim łukiem. Wybrał to drugie. Nałożył strzałę na cięciwę i kopnął z całej siły w drzwi.
Kupiec leżał na podłodze. Miał poderżnięte gardło. Elfka leżała na łóżku. Dwaj ochroniarze nachylali się nad nią. Pierwszy trzymał z całej siły za ramiona, drugi kolanami przygniótł nogi i był na dobrej drodze ku rozcięciu jej bluzki. Na dźwięk rozwalanych drzwi obaj odwrócili się w stronę przybysza.
– Chyba nie wiecie co się dzieje na zewnątrz, hę?
– Eeee – Zdążył odpowiedzieć ten bliższy nim krótka strzała utkwiła mu w czole. Drugi był przerażony.
Przybysz uśmiechnął się do niego. Elfka widocznie nie zauważyła błysku, który w tym momencie ujrzał jej kolega po fachu. Ten zaraz poderwał się z miejsca i z wrzaskiem skoczył przez zamknięte okno, wybijając szybę. Nie zdążył dolecieć do ziemi. Brunet przez sekundę widział opadające w dół ciało wyverny. Gdy wznosiła się ku górze mógł przysiąc, że słyszał jeszcze krzyk ochroniarza dobywający się z jej gardła.
– Czego tu? – Elfka zwróciła jego uwagę uprzejmie dziękując za ratunek.
– A tak sobie przyszedłem, popatrzeć co u ciebie. Ale jeśli chcesz, mogę sobie pójść – Odpowiedział, przerzucając panią ochroniarz przez ramię.
– Zostaw mnie! Zostaw mnie, zboczeńcu! – Elfka zaczęła okładać go pięściami. Uśmiechnął się i wybiegł na korytarz. Podbiegł do schodów. Schody nie istniały.
Przez chwilę stał, z elfką przewieszoną przez ramię, i wspominał czasy, gdy mieszkał sobie w Perelonis, gdzie wszystkie schody budowano z kamieni. Nie mogły spłonąć. Nie w ciągu dwóch minut.
Potężny huk przerwał jego rozmyślanie. Pozbawił go również dylematu. Wybuchło bowiem jedno ze znajdujących się za nim pomieszczeń. „Parszywe wyverny” – syknął w myślach, podnosząc się z podłogi parteru, na który zostali bezwzględnie zepchnięci.
– No i coś ty narobił, idioto?!
Udawał, że jej nie słyszy. Udawał, że nie czuje bólu w kolanie na które spadał, byle ona nie uderzyła o ziemię. Udawał, że nie czuje tego, jak ciągle okłada jego plecy pięściami. Wybiegł na zewnątrz.
Ostatnich dwóch krasnoludów ostatkami sił walczyło z ostatnimi trzema wyvernami. Mężczyzna rozejrzał się za kenderem. Zwiał? Zjadły go? Jedna z bestii zniżyła się i puściła kulę ognia w stronę stojącej do tej pory stajni.
Zanim jednak kula trafiła w jej dach, przez otwarte na oścież drzwi wybiegł brązowy koń. Koń ciągnął wóz, a na wozie siedział kender.
Stajnia eksplodowała.
Brunet rozpoczął szaleńczy bieg w prawo, tam bowiem kierował się jeszcze dość odległy wóz. Mężczyzna postanowił nabrać rozpędu. Elfka wciąż bezwzględnie okładała go pięściami.
Koń zrównał się z nim w galopie. „To klacz, a nie koń” – nie wiedział dlaczego właśnie to zauważył.
– Wskakujcie! – Kender nie odwracał wzroku od drogi. Wóz wyprzedzał biegnących. Biegnącego i niesioną.
Wyprzedził.
Mężczyzna zatrzymał się. Nie wiedział czemu nie wskoczył na wóz kiedy miał taką możliwość. Właściwie chyba się bał.
– Biegnij, kretynie!- Wrzasnęła nagle niesiona przezeń elfka. Odwrócił się. Wyverna była tuż za nim i jeszcze wypuściła kulę ognia. Ruszył.
Nie wyobrażał sobie, że może biec szybciej niż koń. Biegł szybciej. W trzy sekundy dopędził wóz i chwycił się drewnianej deski poniżej białej plandeki. Odbił się od ziemi. Rzucił elfkę na podłogę wozu („Auć!” – Krzyknęła) i złapał łuk. Odwrócił się, wychylił z wozu i wycelował wprost w serce dopędzającej ich wyverny („Gdzie podziała się ta kula ognia?”). Wypuścił strzałę. Drugą. Trzecią. Bestia padła na ziemię. Kłapnęła zębami tuż za wozem i wyhamowała o piasek. Mężczyzna zobaczył, jak daleko z tyłu druga wyverna pożera ostatniego krasnoluda. Odetchnął i otarł czoło. Odwrócił się. Wyciągnął dłoń do elfki.
– Expugnis. Salamander Expugnis.
– Phhy! – Uśmiała się przez zamknięte wargi – A mogę ci mówić „Jaszczur”, he he he?!
Cofnął rękę. Przetarł nią włosy. Wyruszył chwiejnym krokiem ku przodowi wozu.
– Solair! Mam na imię Solair!
Zapamiętał. Usiadł na koźle, obok kendera.
– Wredna baba. Ale nieźle tańczy – Zagadnął „uroczy łobuziak”.
– Tak? Już zaczynam żałować, że się po nią cofnąłem. Salamander Expugnis.
Podał rękę złodziejaszkowi.
– Vexo. Mówią mi Vexo. A, no i masz. To może ci się jeszcze przydać.
Vexo podał Expugnisowi jego miecz. Brunet uśmiechnął się do siebie. Złośliwie? Gdzieś, daleko w lesie, wybuchający spirytus krasnoludzki wysadził to, co pozostało po przydrożnej oberży.

Autor: Artdico Gnorofex

Opowiadania

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *