browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Sal, Ama i Ander

Opowiadania

 

Sal, Ama i Ander

 

Marcus Expugnis wkraczał w bramy Perelonis tuż przed zachodem słońca. Jeszcze tylko kilku spóźnionych parobków minęło go w pośpiechu na zwodzonym moście i krata opadła z hukiem, tuż za jego plecami. Odetchnął z ulgą, choć wiedział, że gdyby nie zdążył, kolejna noc pod chmurką nie zrobiłaby różnicy. Teraz opatulił się mocno grubym, czarnym płaszczem – wieczór w tej skalistej okolicy był wyjątkowo chłodny – i rozejrzał się po strzelistych, kamiennych budynkach. Ogrom miasta, wybudowanego wiele setek lat wcześniej w celach obronnych, wydawał się przytłaczać. Perelonis należało bowiem do tych miast, postawionych na wysokiej skale, które w czasie wojny znakomicie nadawały się do obrony przed wrogami. A ponieważ mieszkało w nim ponad dziesięć tysięcy osób i posiadało wiele szklarni mogących zapewnić jako-taki byt przez dłuższy czas, tu zazwyczaj przenoszono stolicę na czas zmagań wojennych. Ale właśnie z tych samych powodów miasto należało do najmroczniejszych, najchłodniejszych i, właśnie, najbardziej przytłaczających ze wszystkich miast świata.
Marcus westchnął i pokiwał głową, wiedział bowiem, że prawdopodobnie przyjdzie mu tu spędzić resztę życia. Wychował się na wsi wśród pól i krów, ale trzy ostatnie lata spędził w samej stolicy – w Dervergu. Miasto było jeszcze większe niż to tutaj, jednak bez porównania wspanialsze. Położone w malowniczej okolicy będącej, jak mówi legenda, wgłębieniem po upadku tysiące lat wcześniej wielkiego meteorytu, czyste i wesołe. Kultura Dervergu stała na najwyższym poziomie – festiwale muzyczne, dziesiątki stowarzyszeń i ugrupowań czy gigantyczny księgozbiór w Wielkiej Bibliotece, w której Marcus mógł przesiadywać całymi dniami, to tylko nieliczne przykłady. Chłopak miał jednak tego pecha, że wśród nowicjuszy Salmosa należał do najgorliwszych i najinteligentniejszych. Właściwie był najgorliwszy i najinteligentniejszy. A to musiało oznaczać – chciał nie chciał – że po odbyciu nowicjatu zostanie wysłany właśnie do Perelonis, gdzie znajdowała się główna świątynia jego boga. A jednak, czuł to podświadomie, nie będzie to życie nudnego skryby.
Po zachodzie słońca Perelonis zamykało nie tylko bramy, ale również drzwi wszelkich domostw. Choć i w ciągu dnia można było zostać, z dużym prawdopodobieństwem pobitym i okradzionym, nocą wolano w ogóle nie ryzykować. Marcus postanowił nie rozpalać pochodni by nie zwracać na siebie uwagi, skorzystał więc z nabytej w czasie nowicjatu umiejętności widzenia w ciemnościach. Wszystko pojaśniało – i ściany domów zbielały, i kot goniący szczura, i starsza pani z przerażeniem zamykająca okno na poddaszu na widok przechadzającego się ulicą zakapturzonego mnicha. Expugnis nie krył przed sobą tego, że się bał. Nie miał ochoty zakończyć życia zanim się jeszcze na dobre rozpoczęło. Na widok kryjącego się w cieniu oprycha z nożem zmienił więc marsz w lekki trucht. Oby wpuścili go o tej godzinie do świątyni. Oby w ogóle do niej trafił! Biegł, mijając liczne zaułki i liczne stojące w nich postaci. Dziwkę – zabójczynię, bezdomnego kloszarda, wielkiego cyklopa z drewnianą pałką (cyklop w dużym mieście? – Zapytał sam siebie). W jednym zaułku ktoś wbijał komuś innemu nóż w brzuch, Marcus wiedział jednak, że jeśli spróbuje interweniować, sam również z pewnością zginie. A potem minął zaułek w którym ujrzał kobietę drgającą w konwulsjach i pochyloną nad nią postać mężczyzny. Mężczyzna wpił się w gardło kobiety. „Wampir!”, krzyknął do siebie w duchu przerażony Marcus biegnąc dalej. Nagle zatrzymał się. Coś kazało mu wracać. Ale co? Przecież nie może już jej pomóc. Szybko przeanalizował w myślach całą sytuację. Brzuch! Tak, kobieta była w ciąży! Na Salmosa, muszę ratować dziecko!
Wiedział, że liczba osób przeżywających ugryzienie wampira wynosi najwyżej jedną na sto, przy czym osoba ta staje się przez to kolejnym wampirem. Oczywiście jeśli jest człowiekiem – elfy bowiem na przykład nie przeżywają takich wypadków prawie wcale. Zaatakowana kobieta była elfką – co do tego Marcus nie miał wątpliwości. Co więcej, jeśli owa kobieta była w ciąży, prawdopodobieństwo przeżycia dziecka graniczy już z cudem. A jednak chłopak wiedział, że to nie jest zwykły przypadek. Że musi zawrócić. Tak też zrobił. Wyjął z tobołka srebrny nóż i wbiegł w zaułek. Wampir zauważył go. Oderwał się od zdobyczy i stanął na równe nogi. Chwilę stali naprzeciwko siebie patrząc sobie w oczy. Ale zaraz wampir zmienił się w ogromnego nietoperza i odfrunął nad dachami budynków. Marcus nie tracił ani chwili. Dobiegł do leżącej na ziemi ofiary. Tak jak sądził, była elfką, do tego leśną elfką (Kurde! Cyklop, wampir, leśne elfy! To miasto nie jest normalne!). Dziewczyna drżała cała w konwulsjach i dławiła się własną krwią. Otworzyła oczy – pewnie poczuła, że napastnik się wycofał. Ujrzała nad sobą przystojnego, ubranego na czarno bruneta.
– Błaghgh… Błagam!
Nagły odruch wymiotny wydobył z jej gardła mieszankę krwi, śliny i wampirzego jadu. Wszystko to trafiło na suknię Expugnisa, ale tym się akurat nie przejął. I tak byłą do wymiany.
– Błagam! – Próbowała znowu. Marcus zapomniał po co przyszedł. Sytuacja go przerastała – Błagam cię! Ratuj… ghy, ghy! Ratuj dziecko!
Tak, rzeczywiście. Miał ratować dziecko. Dzierżonym w dłoni nożem przeciął suknię elfki, ale wydawało się, że dzieciak nie miał jeszcze ochoty wychodzić. Zatrzymał nóż na wysokości brzucha.
– No zrób to! – Słowa dziewczyny zabrzmiały jak groźba. Wiedział, że za chwilę umrze. Odmówił krótkie błogosławieństwo i wbił nóż dość płytko w jej ciało.
– Aaaa! – Powietrze rozdarł krzyk kobiety. Marcus próbował go nie słyszeć, pociągnął ostrzem w górę i otworzył brzuch. Dziewczyna płakała. Chłopak nie myślał już o niczym. Zobaczył niemowlę. Miało zamknięte oczy i rozchylone usta. Wyjął je i jednym wprawnym ruchem przeciął pępowinę. Dziecko nie oddychało.
– Żyje? Powiedz mi… ghh… Powiedz mi, czy żyje!
– Tak. Tak, żyje – Expugnis skłamał, ale dziewczyna uśmiechnęła się i w tym momencie umarła. Marcus wiedział, że na zawsze zapamięta jej uśmiech.
Teraz chciał jednak jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Już odkładał ciało chłopca na ziemię obok martwej matki, gdy ten zachłysnął się pierwszym oddechem. Potem zaczął płakać. A więc jednak żyje! Chłopiec płakał z szeroko otwartymi ustami i Marcus zobaczył, że zaczątki kłów już zdążyły przebić się przez dziąsła. Przecież elfy nie mają kłów! Może ojciec nie był elfem? Albo… albo jad wampira, zamiast go uśmiercić, pomógł mu przeżyć! Marcus trzymał w rękach maleńkiego półwampira. To niespotykane. Niesamowite! Nagle w myślach młodzieńca pojawiła się stara przepowiednia Vanilii. Przepowiednia mówiąca o legendarnych dwudziestu jeden kulach i wybrańcu mającym zebrać je wszystkie.
– Jak to szło? – Pytał siebie, opatulając dzieciaka w podartą sukienkę jego matki – „Dwóch ojców miało jednego syna…”, tak. To by się zgadzało. Ojciec elf, który dał mu życie, oraz ojciec wampir, który pomógł mu przeżyć. „Dwóch ojców miało jednego syna. W świątyni śmierci życie zaczynał” – paradoks, mający w tej sytuacji podwójne wyjaśnienie. Urodził się w świątyni śmierci, czyli w umierającym ciele własnej matki. No i przecież świątynia boga śmierci to miejsce do którego właśnie się udaję!
Marcus czuł ogromne podniecenie. Zakrył twarz elfki pozostałością po sukni i wstał na nogi. Jak dalej szła ta przepowiednia? „Dwóch ojców miało jednego syna. W świątyni śmierci życia zaczynał. A jego imię – trzy święte konie. On wszystkie kule w swe zbierze dłonie”. Trzy święte konie? Nie miał wątpliwości o jakie konie chodzi. Legenda Vanilii, zwana również Legendą Dwudziestu Jeden Kul, mówiła o tym, że kilkaset lat temu przyszło na świat stworzenie zwane Vanilią. Podobno nazwano je tak ponieważ jego kolor nie mógł zostać określony jako jakikolwiek inny niż właśnie waniliowy. Gdy nadejdzie czas, stworzenie to miało pokonać siły zła i chaosu. By chronić jego życie, zebrało się dwadzieścioro jeden bogów, przy czym każdy był bóstwem odrębnej rasy, aby skonsultować co z nim uczynić. Postanowiono, że należy ukryć Vanilię w niebiańskim wymiarze i ustanowić klucz, by ją stamtąd wydobyć. Stworzono więc dwadzieścia jeden magicznych kul, z których jedną każdy z bogów zabrał ze sobą na ziemię i przekazał do ochrony swojej rasie. W każdej z nich zaklęto wielkie moce, przywołujące z niebiańskiego wymiaru najróżniejsze stworzenia, wysłane tam z Vanilią dla dodatkowej ochrony. Jednak jedynie zebranie wszystkich dwudziestu jeden kul w jednym, konkretnym miejscu mogło wywołać znów z zaświatów samą Vanilię. A dokonać miał tego właśnie wybraniec wymieniony w przepowiedni.
Marcus wiedział, że to tylko legenda. Jedynie kilka kul z pewnością istniało, istnienie kilku innych osnuły jeszcze większe legendy, a pozostałe stanowiły zagadkę – nie wiadomo ani co kryją, ani jakie rasy je posiadają, ani czy w ogóle istnieją. Kula ludzi istniała jednak naprawdę. Bogiem, który zaklął w niej stwory był Salmos, czyli właśnie bóg, którego Marcus miał zostać kapłanem. Czym były te stwory również wiedziało wielu – to trzy konie, należące niegdyś do ziemskich stajni Salmosa. Nosiły imiona Sal, Ama i Ander. „A jego imię – trzy święte konie”. Sal, Ama i Ander?
W tej samej niemal sekundzie obok nogi młodzieńca przebiegło podobne do jaszczurki stworzonko i zniknęło gdzieś między budynkami. Salamandra. Marcusa oświeciło. Salamandra. Narodziny Salamandra. Sal, Ama i Ander połączone w całość dają Salamaander, krócej – Salamander. To takie proste!
– Chłopcze! Będziesz się zwał Salamander!
Gdy wydobył z siebie te słowa, jak za chwilę stwierdził – raczej za głośno, usłyszał za plecami jakiś ruch. Odwrócił się. Zza rogu zaułka wychynęła postać tego samego cyklopa, którego widział wcześniej. Obok niego stało dwóch oprychów z nożami. Marcus zaczął się cofać, gdy napastnicy postąpili lekko do przodu. W jednej ręce trzymał opatulonego półwampirka, drugą wciąż dzierżył zakrwawiony nóż. Wiedział jednak, że ten nóż nie mógł uratować życia ani jemu, ani dziecku. W czasie nowicjatu nie nauczył się żadnej sztuczki przydatnej w takiej sytuacji. Przeciwnicy zauważyli przewagę i przyspieszyli kroku. Marcus cofał się tak długo, aż plecami dotknął zimnej ściany. Spojrzał w górę – nijak mógł się wspiąć na otaczające go, wysokie mury. Skrywał jednak tajną broń, której nie chciał używać nim znajdzie się w świątyni. Przypomniał sobie słowa swego ojca, również kapłana Salmosa, które ten wypowiedział wręczając mu ją: „Pamiętaj, to broń wielkiej mocy. Ilekroć znajdziesz się w potrzebie, nie wahaj się z niej skorzystać”. Napastnicy stali już bardzo blisko i Marcus wiedział, że właśnie znalazł się w potrzebie. Schował nóż do kieszeni płaszcza, sięgnął do tobołka i wyjął z niego sporej wielkości przejrzystą kulę, w której wnętrzu unosiła się czarna mgła, ciskająca co jakiś czas piorunami niczym chmury burzowe. Potem schwycił się za szyję i pociągnął za wiszącą na niej tasiemkę, wydobywając spod sukni zdobny medalion kształtu pustego w środku koła. W następnej sekundzie kula wypełniała już pustą przestrzeń medalionu. Teraz złapał w kulę promień jasnego księżyca. Z tym zazwyczaj nie było problemu – ponieważ trzech satelitów okrążało planetę, rzadko się zdarzało, by żaden z nich nie świecił. Odbita smuga uderzyła w ziemię dwa kroki dalej i zaczęła wydobywać z siebie identyczne chmury burzowe, jak te widoczne wewnątrz kuli. Wrogowie, którzy stali już tuż-tuż, nagle zaczęli się cofać zdziwieni. Marcus ucieszył się ze swej przewagi. Wypowiedział zaklęcie:
– Z mrocznej krainy snu, z Salmosa stajni tajemnych wzywam zabrane mu troje rumaków bezcennych. Stajnie zostawcie czyste. Przebądźcie otchłanie mgliste. Sal, Ama i Ander!
O istnieniu kuli ludzi, jednej z legendarnych dwudziestu jeden, wiedział nie tylko z opowiadań. Szkoląc się w derverskiej świątyni miał z nią styczność na co dzień. Zdarzało mu się obserwować, jak ojciec, poprzedni jej powiernik, wzywał zaklęte w niej moce. W ogóle opieka nad kulą należała do rodzinnej tradycji. Najpierw dziadek, który zostając przełożonym derverskiej świątyni Salmosa powierzył ją swemu synowi. Potem ojciec, kapłan (nie brał aktywnego udziału w wychowywaniu syna, opiekował się nim tylko przez ostatnie trzy lata). Wreszcie, po kolejnej udaremnionej próbie kradzieży najświętszej relikwii Salmosa rada świątyni postanowiła wysłać ją do Perelonis, gdzie miała być bezpieczniejsza. A ponieważ właśnie wyruszał tam Marcus, otrzymał on dodatkową misję i ojciec przekazał mu zaklęcie wzywające moce tkwiące w kuli. Tak też przedmiot, który właśnie miał uratować mu życie, znalazł się w jego posiadaniu.
Kiedy tylko najmłodszy z rodu Expugnisów wymówił ostatnie słowo zaklęcia, chmury burzowe wyrosły do niesamowitej wielkości. A potem zaczęły się z nich wyłaniać, po kolei, trzy święte konie. Najpierw pojawił się Sal – niski, krępy i niezwykle silny brązowy koń bojowy rasy imperial bronze. Jego lśniąca sierść mieniła się momentami na rudo pod wpływem księżycowego blasku. Sal wyszedł z chmury powoli, spokojnie, prychnął, pogrzebał w ziemi kopytami i spojrzał na stojących naprzeciwko niego oprawców. Jeden z przerażonych już teraz oprychów rzucił nóż na ziemię i uciekł w popłochu.
Ale nie minęły trzy sekundy nim z czarnej mgły wychylił się smukły, piękny łeb Amy. Zaraz za nim pojawiła się jej szczupła, zgrabna i wysoka sylwetka. Śnieżnobiała sierść gwiazdy zachodu – podobnie jak imperialny bronze, wymarłej już rasy – jedynie na grzywie i ogonie mieniła się na złoto. Ama majestatycznym chodem minęła wpatrzonego w jednookiego cyklopa Sala, zawróciła i podeszła do Markusa, chyląc przed nim łeb.
I wreszcie, tuż za nią, wyszedł koń o którym każdy słyszał, lecz niewielu kiedykolwiek spotkało. A nawet pośród tych, którzy go widzieli, zaledwie kilku uszło z życiem by móc o tym opowiedzieć. Ander należał bowiem do chaotycznej, złowieszczej rasy koszmarów. I tylko Salmos mógł poszczycić się tym, że kiedykolwiek takiego schwycił, ujarzmił i oswoił. Czarna sierść Andera, czarne kopyta, czarna grzywa i ogon, wszystko to nie pozostawiało złudzeń z kim ma się do czynienia. Koń był wyższy od Sala, lecz nie tak dobrze zbudowany. Niższy od Amy, ale nie tak zwinny. Siał jednak grozę. W jego krwistoczerwonych oczach widać było śmierć. Właściwie gdy chciał, mógł uśmiercić spojrzeniem. Tym razem chciał. Za moment drugi oprych leżał martwy na ziemi. Mgła opadła. Marcus uśmiechnięty schował medalion pod suknią i poklepał Amę po pysku. Potem odłożył na ziemię zawiniątko z malutkim Salamandrem, podszedł do ciała jego matki i bez wahania położył je na grzbiecie Andera. Ten odwrócił się i spojrzał Marcusowi w oczy. Spojrzenie, które przed chwilą położyło do grobu człowieka, teraz uśmiechało się miło do swego opiekuna. Marcus odwzajemnił uśmiech. Potem podniósł niemowlę z ziemi i wskoczył na grzbiet Amy.
– Naprzód! – Krzyknął i niezwykłym pędem przejechał między dwoma pozostałymi końmi, mijając osłupiałego cyklopa. Zaraz za nim ruszył Ander, prychając tylko na jednookiego wroga. Sal stał jeszcze chwilę. Nagle całym impetem umięśnionego ciała uderzył w mur, kilka centymetrów obok przeciwnika. Na dźwięk kapiącego z nogawek cyklopa moczu zarżał głośno, a zabrzmiało to jakby się śmiał. Potem puścił się w pogoń za swymi przyjaciółmi, pozostawiając kupkę gruzu w miejscu w które uderzył, oraz siedzącego na nim jednookiego.
Galop ulicami miasta na grzbiecie rozpędzonej Amy wydawał się czystą przyjemnością. Żadne ze znanych lądowych stworzeń nie było w stanie dorównać szybkością gwieździe zachodu. Taki problem mieli również imperialny bronze oraz koszmar, usiłujący nie stracić jej z oczu. Marcus specjalnie trochę przyhamowywał pęd Amy. Wszędzie wokół obserwował umykających w popłochu zabójców i cieszył się, że teraz nic mu już nie grozi. Ama bezbłędnie wchodziła w zakręty, kierując ich prosto ku świątyni. Tak, jakby kiedyś już tu była. Pędzący tuż za nią Ander rzucał nerwowe spojrzenia w boczne uliczki, jak wprawny ochroniarz. Sal nie wyrabiał na zakrętach i raz po raz rozbijał rogi domów w gruzy. A małemu Salamandrowi wydawało się to bardzo podobać, bo cały czas się uśmiechał.
Wreszcie spomiędzy budynków wyłoniła się ogromna budowla świątyni. Gigantyczna kopuła wyrastała wysoko ponad mury otaczające dziedziniec. Rzeczka krystalicznie czystej wody wpływała na teren rozległego przyświątynnego cmentarza i tuż przy murach rozdzielała się na trzy części. Dwie z nich opływały świątynię tworząc niewielką fosę, trzecia znikała w szczelinach muru by wypłynąć z drugiej strony i znów połączyć się w całość z pozostałymi dwiema, a potem opuścić cmentarz.
Ama wykonała skok ponad metalowym ogrodzeniem cmentarza i zręcznie klucząc między grobami kierowała się w stronę muru. Marcus odwrócił się by zobaczyć jak Sal i Ander wykonują z trudem podobny skok, przy czym Sal zahacza tylnymi nogami o przeszkodę i wgina część ogrodzenia do wewnątrz. Mur znajdował się już bardzo blisko. Nim zdążyli podbiec do bramy, most opadł na rzeczkę i krata uniosła się do góry. Trzy rozpędzone konie wpadły galopem na dziedziniec na dziedziniec świątyni, Marcus zwinnym ruchem zeskoczył z grzbietu Amy na ziemię, wciąż mocno trzymając niemowlaczka na ramieniu. Rozejrzał się wokół. Przy bramie stało trzech mnichów, ubranych tak jak on w czarne suknie i płaszcze. Widocznie czekali na jego przyjazd.
– To było bardzo efektowne wejście, panie Expugnis – rzekł jeden z mnichów tonem wskazującym na wyraźne niezadowolenie. Marcus musiał przyznać, że jego wejściu z pewnością nie brakowało efektowności.
– Może wprowadzisz swoje konie do środka, na późną kolację? – Drugi kapłan sprawiał wrażenie jeszcze bardziej mrukliwego i złośliwego. Ander rzucił w jego stronę groźne spojrzenie, ale Marcus poklepał go dla uspokojenia po pysku.
– Muszę się jak najszybciej widzieć z przełożonym.
– O, z pewnością, młokosie, z pewnością. Możesz się równie dobrze korzyć u naszych stóp, Edward Reech śpi o tej godzinie – trzeci może nie był aż tak zdenerwowany, ale na pewno najbardziej złośliwy. Ale w sekundzie gdy Sal stanął na tylnych nogach i wierzgnął przednimi, boczne drzwi świątyni otworzyły się. W blasku bijącym z wnętrza stał Edward Reech, najwyższy kapłan Salmosa.
– Co tu się dzieje? Skąd te hałasy o tak późnej porze?
– Przybył ten nowicjusz z Dervergu. Zaprosił trzy konie i jednego trupa. Mówiłem mu, że nie wolno cię budzić, ale widocznie zachowywał się zbyt głośno.
Reech udał, że nie słyszy słów trzeciego spośród mnichów. Podszedł powoli do grupy. Najpierw poklepał każdego z trzech koni po szyi. Potem bardzo delikatnie unósł ciało martwej elfki i ułożył je równo na ziemi. Następnie wskazał w stronę stajni schowanej głęboko na dziedzińcu, a rumaki natychmiast tam pobiegły. Dopiero wtedy zwrócił się w stronę Marcusa.
– Witaj Marcusie Expugnisie. Oczekiwaliśmy na ciebie i cieszymy się, że przybyłeś.
Chłopak padł na ziemię u stóp wielkiego mistrza. Jedną ręką oparł się o grunt, jednak drugą wciąż przytrzymywał owiniętego w szmatki malca.
– Och, błagam, bez zbędnych ceregieli. Nie jestem kimś takim, przed kim miałby się korzyć sam powiernik Kuli. Zresztą widzę, że masz zajętą rękę, a chyba nie chcesz zrobić krzywdy temu cennemu zawiniątku?
Reech upadł na ziemię naprzeciwko Expugnisa. Zdziwili się trzej kapłani, ale jeszcze bardziej zdziwił się sam Expugnis. Powoli zaczął podnosić się, to samo uczynił jego przełożony. Potem ten drugi wskazał na wciąż otwarte drzwi. Marcus wyruszył chwiejnym krokiem, Reech przytrzymał go za ramię. Trzej złośliwi kapłani dopiero chwilę potem skierowali się w ślad za nimi. Weszli do przestronnej sieni, a wprost z niej do dużego pomieszczenia ze stołem, na którym rozłożono syty posiłek. Edward zasiadł na ławie i spojrzał na Expugnisa.
– No to co tam masz w tym zawiniątku, przyjacielu?
Marcus nie wiedział od czego zacząć. Trzej kapłani stali tuż za jego plecami i czuł na sobie ich palące spojrzenia. Dwaj inni wychylili się z przeciwległych drzwi. Wreszcie przełamał się.
– Dziecko…
Usłyszał zaskoczone westchnięcia pięciu kapłanów, ale sam najwyższy kapłan wydawał się niewzruszony. To przekonało młodzieńca, że powinien mówić dalej.
– Byłem świadkiem śmierci elfki, której ciało pozostawiliśmy przed wejściem. Ona była w ciąży, postanowiłem więc uratować chłopca.
Jeden spośród mnichów zbliżył się do Markusa i zajrzał mu przez ramię. Ujrzał kły wystające z dziąseł zaciekawionego niemowlaka. Cofnął się instynktownie.
– Przecież to wampir! On przyniósł wampira do naszej świątyni!
– Rzeczywiście, jego matka zmarła na skutek ugryzienia wampira. Ale w jego ciele płynie krew elfów! Jad wampira wywołał w nim spore zmiany, a jednak chłopak przeżył…
– Nie możemy pozwolić, by wampiry żyły na terenie tego miasta! Należy go natychmiast spalić!
Mnich, który wykrzyknął te słowa, wyszarpnął zawiniątko Marcusowi i oddalił się o kilka kroków, ze zgrozą przyglądając się jego zawartości. Młodzieniec zaraz do niego doskoczył.
– Zostaw! To o nim mówi przepowiednia Vanilii, jestem tego pewien! „Dwóch ojców miało jednego syna. W świątyni śmierci życie zaczynał…” Przecież to logiczne! Dwóch ojców – to elf i wampir. A świątynia śmierci… To właśnie tutaj!
– ¦wietnie, smarku! – Któryś z mnichów prychnął, patrząc nie na niego, a na najwyższego kapłana, jakby oczekiwał od niego potwierdzenia – A trzecia linijka? „A jego imię – trzy święte konie”?
– Sal, Ama i Ander. Razem tworzą słowo Salamander. Tak ma na imię chłopak.
– Co, jego matka powiedziała ci to nim zginęła w konwulsjach? – Zaśmiał się jeden z dwóch kapłanów, którzy dopiero weszli do pomieszczenia.
– Nie. Gdy myślałem nad trzecią linijką, obok mej nogi przebiegła salamandra. Ona podpowiedziała mi imię dla chłopca.
– No doprawdy! – Wykrzyknął ten, który do tej pory nie zabrał jeszcze głosu – Mówiąca salamandra! Poza tym zanim zaczniesz następnym razem się wymądrzać, weź kilka lekcji pamięci. Trzymasz w dłoni Kulę Rumaków Salmosa, a nie pamiętasz najważniejszych dotyczących jej szczegółów! Przepowiednia brzmi: „Trzech ojców miało jednego syna”! Trzech, a nie dwóch!
Marcus stwierdził z przerażeniem, że mnisi mają rację. Po pierwsze przebiegająca obok niego salamandra wcale nic mu nie podpowiedziała, a tylko sprawiła, że wpadł na bardzo prosty pomysł. A po drugie przy całym podnieceniu towarzyszącym nietypowej sytuacji zapomniał dokładnego brzmienia przepowiedni. „Trzech ojców…” To znakomicie burzyło wszystko. Schylił głowę, ale jego dłoń powędrowała do kieszeni, w której leżał zakrwawiony nóż. Wiedział, że cokolwiek się zdarzy, nie pozwoli skrzywdzić dziecka.
Wtem Edward Reech podniósł się z ławy i spojrzał po kolei na każdego z zebranych.
– Prawdą jest to, co mówicie, przyjaciele – Przemówił i wszystko wokół umilkło – Prawdą niewątpliwą, a świadczącą tylko przeciw wam.
Wielkie poruszenie zawładnęło mnichami.
– Spokój! „Trzech ojców miało jednego syna” – tak brzmi pierwszy wers przepowiedni. Mamy ojca – elfa i ojca – wampira. Ale zapomnieliście o najważniejszym. Nie ten jest ojcem, kto spłodzi, ani nie ten, to dorzuci do tego swoje trzy grosze. Prawdziwym ojcem jest dopiero ten, kto pokocha. Kto wychowa. Kto za przyszłość swego dziecka odda całe życie. Ten jest prawdziwym ojcem, kto nie zawaha się zabić każdego z was nożem dzierżonym w dłoni i sam zginąć, by ocalić życie swego syna. Marcusie Expugnisie! Odłóż nóż i podnieś głowę do góry. Ty jesteś prawdziwym ojcem Salamandra i ty zajmiesz się wychowaniem go na elfa godnego zmierzyć się z ciążącą nad nim przepowiednią. Tu będzie jego dom aż do dnia, w którym przekażesz mu prawdę o jego pochodzeniu. A nazwany zostanie Salamander Expugnis – nosić będzie nazwisko po swym prawdziwym ojcu. A teraz proszę ciebie, Zygfrydzie, byś oddał Marcusowi jego syna i przyniósł z laboratorium flakonik surowicy. Będziemy musieli podawać ją chłopcu z mlekiem, a później i z wodą, by nie obudziły się w nim wampirze instynkty.
– Ależ Edwardzie!
– Nie wiem, Zygfrydzie, czy powinieneś mówić do mnie po imieniu w towarzystwie tego smarka.
– Oczywiście, mistrzu…
Mnich z niechęcią oddał zawiniątko Expugnisowi i wyszedł jednymi z licznych drzwi poza pomieszczenie.
– Marcusie – Reech zwrócił się znów do zaskoczonego ojca – chyba już pora, byś odesłał rumaki. Sądzę, że należy im się odpoczynek i coś smaczniejszego do jedzenia niż nasze siano.
Wśród mnichów dało się słyszeć szepty brzmiące trochę jak: „A więc to są konie Salmosa?” Expugnis skłonił czoło i odparł ze wzruszeniem:
– Tak jest, mistrzu.
– Ależ nie, nie, młodzieńcze. Mów mi Edward. Chyba nie ma powodu na używanie tak dostojnej nomenklatury. No, leć. Twoje konie czekają. A potem szybko wracaj, pewnie też jesteś głodny.

***

Następnego dnia wszyscy kapłani przeprosili Marcusa za swe zachowanie. I choć Zygfryd, upokorzony, już zawsze pałał w stosunku do niego i jego syna niechęcią, to pozostali pokochali niepokornego jak się okazało malca i z chęcią objęli go swoją opieką. Czarna Kula Ludzi trafiła do bocznej nawy głównej kaplicy Salmosa, gdzie mnisi pełnili od tej pory stałą straż, a tłumy zbierały się by obserwować burzowe chmury i pioruny kłębiące się wewnątrz tej największej relikwii. I choć Marcus tęsknił nieraz za „swymi” końmi, wzywał ich moc niezwykle rzadko, tylko w bardzo trudnych sytuacjach. Matka Salamandra została pochowana w odległym punkcie cmentarza, a na jej grobie wypisano słowa: „Tu leży matka elfka zabita przez wampira”. Postanowiono nie mówić chłopcu prawdy o jego pochodzeniu , póki Marcus nie uzna, że jest on już gotów do jej przyjęcia.
Cyklop… Tego samego dnia, w którym odbył się pogrzeb elfki, przybył do świątyni, pokłonił się modlącemu się wewnątrz Marcusowi, wszelkie zdobyte łupy wrzucił do świątynnej skarbony i opuścił miasto. Podobno widziano go w okolicach leżącego u podstaw skały ogromnego, nieprzebytego iglastego lasu w towarzystwie jednej z tych band, co to kradną bogatym by oddawać biednym. I tylko czasem pojawiał się w miejskiej świątyni i, wrzucając jakiś diament do skarbony, obserwował przezroczystą kulę wspominając, jak trzy wspaniałe konie napędziły mu takie stracha, że aż się posikał…

By Artdico

Opowiadania

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *