browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Pierwszy odcinek specjalny – Ten, którego imię brzmi…

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Pierwszy odcinek specjalny
Ten, którego imię brzmi…

 

Satysfakcja z podjęcia słusznej decyzji towarzyszyła Thomasowi zaledwie przez kilkanaście minut od opuszczenia siedziby halflingów. Kiedy wszedł na drogę prowadzącą do Herbertown, powróciły wątpliwości. Może nie powinien był opuszczać siostry, tym bardziej, że zostawił ją w niedoborowym towarzystwie psa i niedorajdy. Co gorsza, stracił szansę, prawdopodobnie jedyną w życiu, na oderwanie się od codzienności, uczestniczenie w czymś niezwykłym i zobaczenie kawałka świata. Miał bowiem nieodparte przeczucie, że Jasmine weźmie udział w jakichś doniosłych wydarzeniach. I to o niej będzie się mówiło, nie o nim. Dręczyło go też to, że musiał okłamać siostrę, próbując ją uspokoić i że w rzeczywistości nie ma żadnej halflińskiej ścieżki prowadzącej do Herbertown. Zmierzając powoli w kierunku wioski, Thomas myślał, jak ubrać w słowa wszystko to, co się wydarzyło, jak zawiadomić o śmierci ludzi, których tak dobrze znali i on, i jego ojciec, i wszyscy inni żyjący w tej niewielkiej, lecz wspierającej się i zżytej społeczności.

Nagle stanął jak wryty. Kilkanaście metrów przed nim, pod starym pochylonym drzewem, siedziała postać owinięta w szary, zniszczony płaszcz. Kaptur zasłaniał twarz, ale z sylwetki i mowy ciała Thomas wyczytał, że ma do czynienia ze starcem. Jak to możliwe, że zauważył go dopiero teraz? Młody mężczyzna zrzucił winę za to na swoje zamyślenie. Równie dobrze mogli go zajść bandyci, a on zorientowałby się dopiero, gdy któryś z nich przesunąłby nożem po jego gardle. Thomas otrząsnął się z ponurych myśli.

– Hej, staruszku, zgubiłeś drogę?

Postać w płaszczu odwróciła powoli głowę. W wyrazie twarzy starca było coś uderzającego. Świdrujący wzrok przeszywał Thomasa na wylot. W całej tej sytuacji było coś tak niesamowitego, że brat Jasmine zaczął wątpić, czy stary człowiek istnieje naprawdę, czy jest tylko wytworem jego wyobraźni. Przyspieszył kroku, chciał jak najszybciej znaleźć się w Herbertown, wśród znajomych ludzi. Chęć przeżycia przygody uszła z niego błyskawicznie. Kiedy uszedł już spory kawałek, odwrócił się, bo nadal czuł na sobie wzrok nieznajomego, ale ten siedział nieruchomo, wpatrzony w las. Wierzchołkami drzew zatrząsł zimny wiatr z północy.

Thomas szedł coraz szybciej mimo narastającego zmęczenia. Po spotkaniu z zakapturzonym człowiekiem postanowił, że nie pozwoli sobie na dłuższy odpoczynek, zwłaszcza że lada chwila zapadnie zmrok. Tak bardzo żałował, że gdy Jasmine uwolniła go z klatki, nie zdążył zabrać swojego miecza. Zaczął zastanawiać się, co teraz może robić jego siostra… i wtedy ich zobaczył. Wszystkich sześciu. Stali na skraju drogi, jakieś dwieście metrów przed nim i wyglądało to tak, jakby się naradzali. Thomas rzucił się szybko w stronę najbliższych drzew. Przylgnął do najgrubszego pnia i spróbował zebrać myśli. Jak długo będą tak stać? Przyczajony za drzewem, zesztywniały z napięcia, Thomas zobaczył błysk w oku najniższej z postaci i jej wzrok skierowany w swoją stronę. Rzucił się na oślep w las. W tym momencie gnom wskazywał pewnie właściwy kierunek, a jego towarzysze szykowali się do pogoni. „Gdyby nie ten pokurcz, pewnie dałoby się zmylić pościg” – myśli przebiegały przez głowę Thomasa właściwie poza jego świadomością. Za bardzo był skupiony na przedzieraniu się przez gęstwinę, żeby móc opracować jakiś plan. Nie było czasu na myślenie. Był tylko on i ścigający go ludzie. I gnom. I las. I ból. Thomas podniósł się z ziemi z obolałym kolanem. Musiał się potknąć o wystający konar. Przez dziesięć minut siedział i nasłuchiwał, ale dochodziły do niego tylko odgłosy lasu. Po raz drugi w ciągu dwóch dni otarł się o śmierć i cudem jej uniknął.

Przedzierał się przez las już od dobrych kilkunastu godzin. Noc ustąpiła miejsca porannym promieniom słońca i robiło się coraz cieplej. Chłopak stracił orientację, nie wiedział, w którą stronę powinien się kierować. Był zmęczony, poobijany, głodny. Tak bardzo chciał się znaleźć przy ciepłym kominku we własnym domu, bezpieczny w otoczeniu rodziny i przyjaciół. „Odwagi, Thomasie” – powtarzał sobie. – „Co pomyślałby ojciec, gdyby zobaczył, jak użalasz się tu nad sobą?”.

Szelest w krzakach sprawił, że Thomas bezwiednie sięgnął do pasa, ale nie znalazł tam miecza. Z poszycia wychynął opierzony kształt i rozejrzał się ostrożnie, po czym gdaknął zadziornie i znów zanurzył się w krzakach. Thomas prawie krzyknął z radości na widok kurczaka. Rzucił się w jego kierunku, mając nadzieję, że ptak doprowadzi go do siedziby ludzi. Kolczaste krzewy strzępiły mu ubranie, gałęzie kaleczyły skórę na twarzy, a on biegł przed siebie za głosem pierzastego wybawiciela. Za chwilę drzewa zaczęły się przerzedzać, po czym las ustąpił miejsca licznym zabudowaniom. Thomas znajdował się w wiosce, która do złudzenia przypominała jego rodzinną miejscowość. Zdezorientowany, omiatał wzrokiem znajome budynki. Jak niewielka była szansa na to, że jego wielogodzinne błądzenie doprowadzi go ostatecznie do celu! Jeszcze przed chwilą był przekonany, że zmierza w zupełnie innym kierunku, a teraz zaczął już rozpoznawać w twarzach przechodniów znajome rysy. Chciało mu się płakać z radości. Nagle przypomniał sobie o kurczaku. Jeszcze w lesie zwrócił uwagę, że ptak porusza się w jakiś nienaturalny sposób, ale nie miał nawet czasu się nad tym zastanowić. Teraz widział wyraźnie – kurczak miał dwie dodatkowe łapy, którymi w najlepsze grzebał właśnie w ziemi! Thomas zrozumiał, że powrót do wioski musiał zawdzięczać magii, a więc ktoś czuwał nad nim. Być może czuwa też nad Jasmine…

Stary, wyliniały pies przegonił czworonożnego ptaka. W głębi wioski kilku wieśniaków głośno się sprzeczało. Jeden z nich dzierżył w ręce zapaloną pochodnię, co wyglądało osobliwie w pełnym świetle dnia. Płomień leniwie walczył z podmuchami wiatru. Thomas poprawił strój i ruszył w kierunku rodzinnego domu. Przy drzwiach uderzył go w nozdrza znajomy zapach ziół i pieczonego chleba. Nie spotkał nikogo w przedsionku, więc udał się na piętro. Ojciec zwykł przesiadywać popołudniami w pokoju na górze. Kiedy wiek i nadwyrężone zdrowie nie pozwalały mu już na ciężką pracę fizyczną, zajął się lepieniem groteskowych figurek z gliny. W jego kolekcji znajdowały się niezwykłe postaci rodem z podań i baśni: rogate humanoidy, zwierzęta z ludzkimi twarzami, dziwne stworzenia z pogranicza jawy i snu. Gdy Thomas uchylił drzwi, zobaczył rzędy figurek poustawianych na obszernych półkach. Jego ojciec siedział na krześle i w skupieniu pracował nad swoim kolejnym dziełem.

– Ojcze… – Thomas nie wiedział, jak zacząć.

– Wejdź, synu. A więc wracasz samotnie?

– Posłuchaj, ojcze. Wpadliśmy w zasadzkę bandytów. Nie mieliśmy szans. Jasmine żyje. Nie musisz się o nią martwić.

– Kim jest Jasmine?

„Zwariował” – stwierdził z przerażeniem Thomas.

– Jasmine… twoja córka.

– Mam nadzieję, że nie próbujesz sobie zażartować ze starego człowieka, synu. Wiesz jak bardzo twoja matka i ja chcieliśmy mieć córkę.

– Ale przecież… A Rose…? Może lepiej będzie, jak zostawię cię samego.

Thomas wycofał się z pomieszczenia. Coś trzymało go w miejscu, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Dom pozornie wyglądał tak samo, jednak coś się tu zmieniło. Nie czuł się dobrze ani bezpiecznie w tym miejscu. Pomyślał, że trzeba wszystko wyjaśnić do końca, odetchnął i jeszcze raz pchnął drzwi do pokoju.

Krzesło nadal znajdowało się w tym samym miejscu, z tą tylko różnicą, że puste. W pomieszczeniu nie było żywej duszy. Thomas wpadł do środka, sprawdził każdy kąt, wyjrzał nawet przez okno, ale siano znajdujące się poniżej było nienaruszone – mężczyzna nie mógł wyskoczyć, pozostałby jakiś ślad. Chłopaka oblał zimny pot. Minęło zaledwie kilkanaście sekund odkąd rozmawiał z ojcem. A może jednak więcej? Jak mógł rozpłynąć się w powietrzu? Czyżby znowu magia? Thomas sięgnął pod krzesło. Podniósł niedokończoną ludzką podobiznę i po raz kolejny zamarł z przerażenia. W rysach glinianej figurki rozpoznał twarz napotkanego na drodze do Herbertown starca.

Thomas wybiegł z domu. Cały świat wirował mu przed oczami. Nieopodal przebiegł kurczak o czterech łapach. Wszyscy wieśniacy wydawali się podobni jak krople wody. Każdy miał znajome rysy. Czyje? Ojca? Starca? Może gnoma? I po co im te pochodnie?

– Zostawcie mnie! Nie zbliżajcie się! Kim wy jesteście? DEMONY!

Ostatnie słowa Thomasa zniknęły w powszechnej wrzawie. Ludzie z pochodniami zacieśnili krąg wokół krzyczącego, zupełnie bezbronnego mężczyzny.

Stary człowiek w zniszczonym płaszczu stał na małej polance pośrodku lasu. Zsunął kaptur i nasłuchiwał. Daleko wśród konarów rozległ się śpiew godowy przydrzewca. Mężczyzna wyciągnął zza pasa sakiewkę i odwiązał sznurek. Trochę żółtego proszku wysypało się na trawę i wsiąknęło w glebę. Nie mógł tego zobaczyć młody człowiek leżący nieopodal przy wysokim drzewie. Miał zamknięte oczy i znajdował się we śnie tak głębokim, że graniczącym ze śmiercią.

– To nie było rozsądne, przyjacielu. Urządzanie sobie drzemki w środku lasu, choćby nie wiem jak bardzo było się zmęczonym – głos starca w płaszczu był czysty i głęboki. – Przykro mi, ale teraz musisz zapłacić za ten błąd. Ześlę na ciebie sny, jakich nie byłbyś w stanie wyobrazić sobie w najgorszych wizjach. Najpierw ty, później twoja siostra. Dzięki tobie dotrę także do jej snów, a wtedy…

Pierś śpiącego powoli podnosiła się i opadała. Jego wargi poruszały się bezładnie. Widział swojego oprawcę, ale to nie była rzeczywistość. Widział jego twarz w tysiącu różnych twarzy i poznał jego imię.

Słońce zeszło w swojej codziennej wędrówce poniżej linii drzew. Starszy człowiek narzucił kaptur i wysypał nieco proszku z sakiewki na głowę Thomasa, a następnie popatrzył na niego jakby ze współczuciem.

– Gra dopiero się rozpoczyna, nieszczęsny chłopcze.

W wiosce oddalonej o wiele mil ojciec wciąż czekał na swojego syna.

 

Autor: Taurus Person

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *