browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek trzynasty – Stuknięty

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek trzynasty
Stuknięty

 

Około południa obudziło ich prześwitujące przez liście słońce. Gavson z żalem stanął na nogi i przetarł rozespane oczy. Levis przeciągnął najpierw swe przednie, potem tylne łapy, po czym głęboko ziewnął.

– Dobra, młody. Bierz garnek i idziemy dalej, bo przespaliśmy pół dnia – usłyszał Gavson głos Levisa.

– Po pierwsze tylko około czterech godzin, jak sądzę, a po drugie to po co nam ten garnek?

– Głupie zadajesz pytania. Przecież dobrze wiesz, że posłuży nam nie raz, do ugotowania zupy na przykład. Podejrzewam, że chciałeś raczej zadać pytanie: „dlaczego ja mam nieść ten garnek?”

– O co miałem zapytać, zapytałem – Gavson z niewesołą miną chwycił duży garnek za ucho i ruszył przed siebie.

– Gavson! – Jasmine krzyknęła w stronę chłopca poprawiając warkocze.

– Słucham, Gwiazdo Poranka.

– Idziesz w złą stronę. Stamtąd przyszliśmy.

– No przecież wiem – chłopiec spłonął rumieńcem i zawrócił.

Wędrowali w dalszym ciągu tą samą halflińską ścieżką, której monotonność przestała jednak Gavsonowi doskwierać. Jasmine szła przecież obok i dotrzymywała mu towarzystwa, Levis, choć wciąż złośliwy, żył i gotował pyszne zupy, wokół rozkwitał prawdziwy dziewiczy las, a w koronach drzew ćwierkały przeróżne ptaki. Gdzieś w oddali słychać było przerywane stuknięcia dzięcioła. Chłopiec wymachiwał swym nożem i wywijał garnkiem, wyraźnie zadowolony.

Jasmine schwyciła prawą dłonią za medalion wiszący u jej szyi.

– Czyli mówisz – zaczęła w stronę Levisa – że ten medalion sprawia, że mogę słyszeć, gdy przemawiasz do mnie telepatycznie.

– To już przecież wiesz – usłyszała w głowie głos psa, do którego nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić.

– Tak, ale mówiłeś, że ma on jeszcze jakieś inne funkcje – nie dawała za wygraną.

– Jedną już poznałaś. Można na nim ugotować pyszną zupę z szyszek. Ale bez żartów. Chcesz wiedzieć, to mogę ci powiedzieć tylko tyle, że ten medalion to jeden z magicznych wynalazków duszków. Same duszki, za wyjątkiem dwóch osobniczek, do których należy nasza znajoma Feil, trzymają się z dala od innych istot rozumnych. Medalion ten był własnością Feil, którą mogła przekazać dowolnie wybranej istocie na wyłączność…

– Czemu zapadła taka cisza? – Gavson przerwał Levisowi wywód.

– Cicho, właśnie Levis opowiada mi o medalionie – Jasmine zganiła chłopca.

– Jak to? To dlaczego ja go nie słyszę?

– Bo mówię do niej, a nie do ciebie, baranie – pies skwitował rozmowę.

– Aha, to przepraszam – Gavson zamilkł, a Jasmine ponownie zamieniła się w słuch.

– Tak więc Feil mogła przekazać medalion dowolnie wybranej istocie – kontynuował swój wywód Levis – i wybór padł na ciebie, po szybkiej konsultacji ze mną. Stwierdziłem, że mogę w tej podróży mieć potrzebę bezpośredniego kontaktu z tobą. Jest jednak mały haczyk – medalion, choć posiada wiele pozytywnych funkcji, przy zbyt częstym stosowaniu może mieć negatywny wpływ na posiadacza, czyli w tym wypadku na ciebie. Dlatego jeszcze raz zwracam ci uwagę, byś nie nadużywała mocy medalionu, a w razie czego nie starała się nad nim panować, lecz lekko poddawała się jego działaniu. Teraz więc proszę cię już, byś wypuściła medalion z dłoni.

– Dobrze Levis. Dziękuję za wytłumaczenie.

Jasmine puściła wisiorek, po czym podbiegła do idącego przed nią Gavsona, by przekazać mu to, co usłyszała od psa.

***

Od jakiegoś czasu szli w ciszy, podziwiając piękno przyrody. Jasmine zbierała kwiaty i zajadała rosnące przy drodze owoce, Gavson starał się wśród drzew wypatrzeć stukającego bardzo szybko dzięcioła. Levis tylko zdawał się niespokojnie kręcić głową. Im głośniejszy był dźwięk uderzeń dzięcioła o drzewo, tym mniej spokojnym zdawał się być Levis. Gavson jednak nie zważał na to, usilnie szukając ptaka. A dźwięk stukania stawał się coraz bliższy i głośniejszy, aż nagle, gdy znajdował się tuż-tuż, zamilkł.

– Hej hej, ziom! Ziooom! – Na głos tych niespodziewanych słów Gavson odwrócił się i omiótł wzrokiem cały teren. Levis zatrzymał się wyraźnie zdenerwowany. Jasmine chwyciła za medalion:

– Levis, słyszałam głos. Czy to znów jakiś telepata?

Levis zadarł głowę i w momencie jego uszy stanęły na baczność w akcie przerażenia. Zaraz skulił się na ziemi i przykrył głowę łapami.

– Kryjcie się kto może! To Stuknięty!

Na dźwięk tych słów, odbijających się echem w jej głowie, Jasmine odruchowo wskoczyła w krzaki przy ścieżce. Gavson zadarł głowę i w ostatniej chwili zobaczył dzięcioła opadającego w jego stronę. Ptak siadł na czubku jego głowy. I wtedy właśnie Gavson poczuł tak dziwny ból, jakiego nie czuł nigdy w życiu. Dzięcioł o sile gnomiego wiertła zaczął stukać go niezmiernie szybko w głowę. Gdy chłopiec machnął rękami by odpędzić intruza, ten leciutko uniósł się do góry i zaczął opadać w stronę Levisa. Pies z podkulonym ogonem popędził w stronę krzaków.

– A jak ziom, a jak, że Stuknięty! Oto ja we własnej osobie! Wyłaź z tych krzaków, ty tchórzu!

Widok dzięcioła stojącego na skraju ścieżki i szybko otwierającego dzióbek by wyrzucać z niego słowa był tak niesamowity, że Gavson wnet zapomniał o bolącej głowie. Wtem Levis wyskoczył z krzaków i schwycił ptaka za ogon. Za ogon tylko i to wyrywając mu jedynie kilka piór, gdyż dzięcioł w ułamku sekundy uniósł się w górę. Kolejny ułamek sekundy – i już pikował w stronę psa. Levis w ostatniej chwili uniknął ciosu odskakując na bok, ptak nie wyhamował przed ziemią i wbił się dziobem w piasek. Wtedy Gavson stwierdził, że wykorzysta sytuację i prędko zakrył dzięcioła garnkiem, siadając na jego dnie.

– Ha ha, więc tak sobie poczynacie, ziom – spod garnka dobył się skrzekliwy głos.

– Gavson – zadziwiona Jasmine wyjrzała zza krzaka – wydaje mi się, że to nie był najlepszy pomysł.

– Dlaczego?

Gavson nie musiał długo czekać na odpowiedź. Seryjka szybkich stuknięć w dno garnka uświadomiła mu, że ciosy w tyłek mogą być równie bolesne, jak te zadane w głowę.

– Au! – Krzyknął zeskakując na ziemię.

– No to mieliśmy garnek – westchnęła Jasmine obserwując małą główkę dzięcioła wychylającą się z dziury, którą sam sobie wystukał. Levis skoczył nad garnkiem usiłując schwycić tą głowę w zęby, ale Stuknięty schował się do środka, tak że pies przeskoczył nad celem i wpadł na Gavsona, wywalając go na ziemię. Ptak skorzystał z chwili i, wyfrunąwszy z nieużytecznego już naczynia, zleciał na Levisa i zaatakował go szybką seryjką w głowę.

– Dość! Dość! Wygrałeś! – Gavson usłyszał te słowa Levisa, choć nie były skierowane do niego.

– A jak! – Dzięcioł uniósł się w górę i osiadł na pierwszej z brzegu gałęzi – A jak, ziom! Ja zawsze wygrywam.

Levis wstał, to samo uczynił Gavson. Pies spojrzał na Jasmine, ta schwyciła medalion.

– To jest właśnie Stuknięty – zaczął telepata, wycierając obolałą głowę w piasek i trawę – Nie znoszę gościa, ale mamy ze sobą wiele wspólnego, niestety…

– A jak, ziom! – Tym razem głos dzięcioła dzieci usłyszały nie normalną drogą, lecz telepatycznie, zupełnie jak głos Levisa.

– No właśnie – kontynuował pies – Między innymi jest telepatą. Stuknięty…

– Właściwie to Rodryk Selev Kordensen III – znów głos dzięcioła – ale złośliwcy nazwali mnie „Stuknięty”.

– Bo jesteś stuknięty – podsumował Levis, po czym mówił dalej – Stuknięty nie jest bowiem zwykłym dzięciołem. Należy do starożytnej rasy dzięcioloidów, bestii podobno z natury inteligentnych, co jednak poddałbym w wątpliwość.

– Hej, ziom, nie przeginaj!

– Tak czy inaczej, rasa ta jest z natury inteligentna, z natury rozgadana i, jako jedna z niewielu, z natury zdolna do telepatii. Całe szczęście w tym, że rasa ta żyje w zupełnie innych obszarach świata, a swego czasu została po prostu przywieziona na statku z innego kontynentu, by służyć jako eksponat w ogrodach zoologicznych. Dzięcioloidzi jednak nie znoszą niestety niewoli i wszystkie osobniki wyginęły. Pech zrządził, że z wyjątkiem jednego.

– Uciekłem, ziom. Nie pytaj jak, ale uciekłem.

– Stuknięty znalazł sposób jak uciec z więzienia, po czym przeniósł się z dala od cywilizacji, by uniknąć kolejnej wpadki. Teraz buszuje po pobliskich lasach i atakuje niewinne stworzenia.

– Pierwsza rzecz, to tylko z nudów, ziom, a druga to taki jesteś niewinny jak ja jestem żaba. Tak czy inaczej, to grozi nam tutaj wyginięcie, ziom, choć tak krótko żyjemy na tym lądzie.

– Na nic mu mówić, że może sobie poderwać zwykłą dzięciolicę i z dużym prawdopodobieństwem wyklują im się dzięcioloidzi.

– A ty byś się chciał wiązać, ziom, z jakąś niedorozwiniętą suką?

Stuknięty, niby obrażony, odwrócił się tyłem i skrzyżował skrzydła na piersi. Dzieci wybuchły śmiechem.

– Dobra, drużyno – Levis przemówił do Gavsona i Jasmine – czas w drogę, bo robi się późno.

Gavson wyrzucił zepsuty garnek w krzaki i pomaszerowali wzdłuż ścieżki, zostawiając z tyłu obrażonego Stukniętego.

– Hej hej, ziom! Ziooom! – Dzięcioloid krzyknął na cały dziób, lekko szybując w pogoni za drużyną – Chyba nie wyda ci się dziwne, że na was właśnie tu czekałem i że nie pozwolę wam iść nigdzie beze mnie?

– Nie – Levis odpowiedział telepatycznie – Domyślałem się tego. Możesz iść z nami, tylko bez wygłupów, bo cię rozszarpię.

– Dzięki, ziom! Wdzięcznym na wieki – Stuknięty sfrunął delikatnie na kark psa i zaserwował mu krótką seryjkę w czubek głowy. Levis warknął i podskoczył, chwytając ptaka zębami, nim ten zdążył odlecieć. Potoczyli się w krzaki. Po chwili dzięcioł wyfrunął z nich, głośno krzycząc:

– No co? No co, ziom? To już pożartować nie można?

Levis wyskoczył za nim i patrząc na niego obrócił się w kółko, szczekając głośno. Roześmiany Gavson podbiegł do Jasmine:

– Berek!

***

Słońce chyliło się już ku zachodowi. Jasmine szła równolegle z Levisem, na którego karku spokojnie siedział Stuknięty. Gavson wędrował trochę z przodu i, odwrócony w stronę pozostałych, opowiadał jak zachowałby się, gdyby z lasu wyszedł na nich ogromny wilk.

– I lewą! I prawą! – Wymachiwał przed sobą złożonymi pięściami. Levis wyglądał na poirytowanego, jednak Jasmine i Stuknięty zrywali boki ze śmiechu. Wtem Gavson poczuł na plecach dużą gęstwinę krzaków, a gdy cofnął się jeszcze o dwa kroki przedzierając się przez nie zobaczył już tylko owe krzaki i ani śladu pozostałych bohaterów. Zdziwiony, ale jeszcze nie zatrzymany do końca, odwrócił się o 180 stopni. Przy obrocie o 90 stopni zauważył, że właśnie wyszedł z lasu, zostawiając jego ścianę po swej lewej ręce. Odwróciwszy się do końca ujrzał przed sobą bardzo szeroką i rwącą rzekę, po której drugiej stronie widniał podobny las jak ten za nim. A ponieważ nie zdążył jeszcze wyhamować, zachwiał się na nogach i, próbując złapać równowagę, zahaczył lewą stopą o wystający z ziemi korzeń. Rozpaczliwie zamachał rękami i głośno krzyknął, po czym wylądował w lodowatej i głębokiej wodzie. Próbował złapać się czegoś, ale prąd niósł go coraz bardziej na środek i coraz dalej do przodu. Do tego sam, swymi rozpaczliwymi ruchami, ściągał się na dno. Nagle usłyszał plusk nad swoją głową, po czym coś schwyciło go za kołnierz i wyciągnęło na powierzchnię. Usłyszał nad sobą trzepot skrzydeł, swą prędkością i dźwiękiem przypominający skrzydła ważki.

– Ratunku! – Zaczął krzyczeć – Ratunku! Gigantyczna ważka!

Jakieś inne stworzenie podpłynęło od spodu i zaczęło wciskać mu się między ramiona.

– Aaa! Pomocy! Wąż! Wąż mnie atakuje!

– Zamilcz gamoniu i chwyć mnie mocno za szyję! – Usłyszał w swej głowie głos Levisa. Spojrzał w dół. To właśnie Levis płynął pod nim. Natychmiast zacisnął ramionami pętlę na jego szyi.

– Zgłupiałeś? – Levis znów wysłał telepatyczną wiadomość – Nie tak mocno! Nie mogę oddychać!

Gavson poluzował uścisk i dał się prowadzić psu. Coś w dalszym ciągu trzymało go za kołnierz i trzepotało skrzydłami jak ważka. Chłopiec szybko zbliżył się do brzegu i ujrzał stojącą na nim Jasmine, trzymającą w ręku długą gałąź.

– Szybko, chwyć się tego! – Krzyknęła do kolegi, którego nie trzeba było dwa razy prosić. Natychmiast puścił szyję Levisa, objął ramionami gałąź i korzystając z psa jako podpórki odbił się, wskakując na wysoki w tym miejscu brzeg. To, co trzepotało skrzydłami nad jego głową puściło jego kołnierz i odfrunęło. Chłopiec wpadł w ramiona Jasmine, ta przytrzymała go. Teraz oboje obserwowali jak zza skarpy wynurzył się Stuknięty przebierając skrzydłami tak szybko, że nie dało się ich prawie zobaczyć i w swych szponach trzymający za kark Levisa. W momencie, gdy z dość dużej wysokości zrzucił go na ziemię, sam opadł na nią z hukiem, siadając na kuprze z nogami do przodu, rozkładając skrzydła i pochylając głowę.

– Dajcie spokój – powiedział dysząc ciężko – latanie w trybie ważki jest naprawdę wyczerpujące, ziom.

To powiedziawszy padł na wznak i jeszcze ciężej dysząc obserwował chmurki przesuwające się po czerwonym niebie. Levis w tym czasie wstał i otrzepał się z wody wprost na Jasmine, wciąż trzymającą Gavsona w ramionach. Teraz oboje usiedli, a Jasmine zaczęła się głośno śmiać.

– Pewnie, że nie ma co płakać – usłyszała głos Levisa, gdy odruchowo złapała za medalion – Przynajmniej wzięliśmy kąpiel. Mogę wam powiedzieć, że jesteśmy nad Velbą, czyli ścieżka doprowadziła nas tam, gdzie przypuszczałem.

– A właśnie Levis – przerwał mu Gavson, telepiąc się z zimna – Gdzie jest ścieżka halflingów? – Spytał, rozglądając się po ścianie pozostającego z tyłu lasu.

– Tutaj – Jasmine odpowiedziała za psa, wstając i rozdzielając dwa pobliskie krzaczki – Między tymi krzaczkami.

– To faktycznie, gdyby ktoś nie wiedział, że tu jest, nigdy by jej nie znalazł. Proszę Levis, kontynuuj.

– Chciałem tylko powiedzieć – podjął dalej Levis – że idąc w górę Velby, na północny wschód, za jakieś trzy dni powinniśmy dojść na Polanę. Tam możemy wynająć wóz z końmi za 75 złotych szylingów i już za tydzień powinniśmy być w Dervergu.

– Ale Levis – Jasmine rzekła zakłopotana – Jest taki problem, że jeśli Gavson nie zgubił swoich pieniędzy, to mamy tylko 24 złote szylingi.

– Tak, mam swoje tutaj – Gavson dotknął sakiewki przy pasku.

– I tak brakuje jeszcze 51, więc nic z tego.

– Psia kostka. Nie wystarczy nawet na konia z kulawą nogą. No nic, coś wymyślimy. Póki co zbierzcie jakieś drewno na ognisko, bo robi się chłodno, a my musimy się wysuszyć.

Dzieciaki weszły z powrotem na halflińską ścieżkę i nazbierały drew. Już po chwili ułożyły je w stos, a Levis spojrzał na nie i… zapłonęły żywym ogniem.

– Stara sztuczka – zwrócił się do zdziwionych towarzyszy – Działa tylko na małe stosy drewna. Nigdy nie miałem okazji rozwinąć tej umiejętności.

Niedużo czasu minęło nim wszyscy oschli. W tym czasie nastała noc.

***

Jasmine z Gavsonem leżeli w pobliżu ogniska dość blisko siebie, przykryci jakimiś dużymi liśćmi. Levis siedział kawałek dalej, nad rzeką. Stuknięty umościł się na jego głowie. Patrzyli w księżyc, który akurat świecił na nieboskłonie.

– Spójrz, Jasmine – szepnął do dziewczyny Gavson – Oni chyba jednak muszą się bardzo lubić. Siedzą tam i w milczeniu patrzą w gwiazdy.

– Daj spokój. Oni nie milczą tylko rozmawiają telepatycznie.

– Tak? A dlaczego ja ich nie słyszę?

– Przecież Levis już ci mówił, że możesz słyszeć tylko to, co aktualnie mówią do ciebie.

– No dobrze. A skąd ty wiesz, że oni rozmawiają?

– Widzisz – Jasmine uniosła dłoń z medalionem do góry – Ten medalion ma większą moc, niż powiedział mi Levis. Słyszę, że rozmawiają. Myślę, że nie jestem w stanie zrozumieć o czym mówią, bo to nie są słowa skierowane do mnie, ale wiem, że rozmawiają.

– Jasmine, proszę, odłóż ten medalion. Przecież Levis mówił ci, żebyś go nie nadużywała.

– Och Gavson, dopiero zaczynam panować nad jego mocą…

– Pamiętasz, Levis prosił żebyś nie próbowała nad nim panować.

– Oj, to była tylko taka przenośnia. Idź spać, ja zaraz skończę.

Gavson zamknął oczy i wkrótce usnął. Jasmine schwyciła medalion mocniej w swoją dłoń i coraz mocniej skupiała się na rozmowie dwóch zwierzaków. Wkrótce z ciągłych szumów i szelestów zaczęła wyłapywać pojedyncze sylaby, a nawet słowa. „Spotkanie…” „wyprawa…” „wyruszmy…”. Jednak gdy usłyszała w swej głowie swoje imię przestraszyła się i rozluźniła uchwyt medalionu. Przerywane i nic nie znaczące słowa znów zmieniły się w szum i szelest. Niedługo potem dziewczyna zasnęła.

 

Autor: Artdico Gnorofex

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *