browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek siedemnasty – Lobi

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek siedemnasty
Lobi

 

Słońce niedawno zaszło. Niebo wysoko nad ziemią było ciemnoniebieskie, ale tuż nad koronami drzew różowiła się jeszcze słoneczna poświata. Jasmine dostrzegła pierwsze gwiazdy. Wśród nich rozpoznała Bonus Casa. Przypomniała sobie o legendzie, która mówiła, że gwiazda ta wskazuje wędrowcom przyjazny dom i dobrych ludzi, którzy z chęcią każdego ugoszczą. Dzisiaj Bonus Casa – Bezpieczny Dom – migotała radośnie, wskazując Polanę. Jasmine uznała to za dobry znak.

– Oglądasz swoje siostry, Gwiazdo Poranka? – zażartował Gavson i położył się obok niej, kładąc ręce pod głowę. Ziewnął szeroko, nieco znudzony i wyraźnie śpiący.

Jasmine nie odpowiedziała. Ostatnio w ogóle kiepsko rozmawiało jej się z chłopcem, bowiem dokuczało jej poczucie winy. Jeszcze niedawno chciała opuścić swoich przyjaciół. Ale dokąd chciała się udać? W jakim celu?

Czuła, że musi gdzieś pójść. Jakby coś – lub ktoś – nieustannie ją wołało. Wrażenie, co prawda już nie tak silne, pozostało do teraz, błądząc gdzieś na granicy świadomości. Potrzeba, by skierować swoje kroki tam, gdzie… Cóż, na pewno gdzieś. Wcześniej jakoś nie miała problemu z obraniem kierunku i sądziła, że gdyby tylko poszła za wzywającym ją głosem, z pewnością nogi same by ją poprowadziły.

Wolała tego jednak na razie nie roztrząsać, szczególnie, że chęć opuszczenia towarzyszy zmalała ostatnio do tego stopnia, iż czasem wręcz o niej zapominała. Chyba, że Gavson…

Jasmine zmarszczyła brwi, zauważywszy, że ta dziwna potrzeba – czymkolwiek była – wzrastała niemal niezauważalnie zawsze wtedy, gdy Gavson był w pobliżu.

– O! – Radosny okrzyk chłopca gwałtownie wyrwał ją z rozmyślań – Spójrz! To Astrum Mater!

Istotnie, Gwiazda Matka pojawiła się na coraz ciemniejszym niebie. Gavson wpatrywał się jeszcze chwilę w niebo, po czym nagle spochmurniał.

– Myślisz, że pozwolą nam wrócić do wioski? – zapytał cicho – Złamaliśmy prawo. No i przez nas niektórzy wyruszyli w pościg i zginęli…

Jasmine przygryzła dolną wargę.

– Nie przez nas. To nie nasza wina, że w lesie byli zbójcy. Poza tym uratowaliśmy mojego brata. Obiecał pogadać z ludźmi. Myślę, że w domu nie spotka nas nic nieprzyjemnego.

Gavson nie wyglądał na do końca przekonanego i wciąż wpatrywał się uparcie w coraz wyraźniejszą gwiazdę.

– Wiesz, chciałbym wrócić do domu. Nie teraz – dodał szybko – ale po prostu chciałbym, żeby nie robili mi w domu wymówek, że poszła ze mną dziewczyna – Spojrzał na Jasmine przepraszającym wzrokiem – Nie chodzi o Ciebie, tylko o zasady. Sama rozumiesz – moi starsi bracia wyruszyli sami, wrócili sami i w ogóle… Pełna samowystarczalność.

Choć Gavson tego nie powiedział, Jasmine zrozumiała przekaz: „Ja taki nie jestem”.

Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. W końcu Gavson mówił prawdę – Jasmine pobiegła za nim dlatego, że bała się, iż chłopiec sobie nie poradzi.

– Mama powiedziała, że będę mógł się w końcu w czymś wykazać – wyrzucił nagle z siebie i zaczerwienił się.

Gavson zawsze chciał swojej matce zaimponować, bardziej nawet, niż ojcu. Jasmine nie rozumiała tego, szczególnie, że jego matka była raczej nieprzyjemną kobietą i nie wyrażała się pochlebnie o swoim synu.

Dziewczynka tylko westchnęła i spojrzała w zamyśleniu na świecącą pełnym blaskiem Astrum Mater.

***

Słońce stało wysoko na niebie, na którym nie było ani jednej chmurki. Rynek był zapełniony ludźmi, niziołkami i przedstawicielami wielu innych ras. Gdzieniegdzie można było nawet dostrzec mieszańców, lecz trzymali się oni w zbitych grupkach i rozmawiali ze sobą cicho, jakby nie chcąc rzucać się w oczy. Gwar rozmów, odgłosy wydawane przez najprzeróżniejsze zwierzęta, głośny śmiech dzieci biegających pomiędzy stoiskami, oraz reszta typowych dla miasta dźwięków powodowały, że Jasmine i Gavson musieli krzyczeć do siebie, by móc się w ogóle usłyszeć.

Chłopiec był zafascynowany tym zatłoczonym miejscem, w którym nikt nie zwracał na nich uwagi. Potrącano ich i nie zaszczycano nawet przelotnym spojrzeniem. Matki były zajęte pilnowaniem swych dzieci, a reszta handlowała czym tylko mogła. Gavson zdołał dostrzec kilka betonowych domów. Zawsze marzył, by przyjrzeć się tym cudom architektury.

– Gavson! – usłyszał głos w swojej głowie, który natychmiast przypisał Levisowi – Ty gamoniu, chodź do nas, bo jeszcze się zgubisz! Jeśli myślisz, że znajdziemy cię w takim tłumie, to grubo się mylisz!

– Idę, idę – mruknął do siebie chłopiec i niechętnie odwrócił się od dużego, betonowego budynku – Czemu tak wariujesz? Pali się?

Szli tak przez jakiś czas, aż domy zaczęły być większe i ładniejsze, a towary w stoiskach droższe. W końcu weszli na brukowaną drogę, gdzie tłok i hałas nie był aż tak duży.

– Doszliśmy do tej bogatszej części miasta – wyjaśnił Gavsonowi Levis – Niedaleko stąd znajduje się Fenicea. Ludzie stamtąd przyjeżdżają tu na targi, bo tylko tutaj można korzystnie sprzedać swój towar. No i nie można zapomnieć, że Forum jest miastem handlujących, znanym na całej Polanie. Problem w tym, że tu zawsze jest drogo – jeśli chcemy załatwić sobie jakiś transport, musimy przejść do niewielkiej osady, leżącej pomiędzy Forum i Feniceą.

Gavson powtórzył te informacje Jasmine i zaczął ze zdwojoną uwagą rozglądać się po pobliskich domach, szukając wzrokiem betonowych budynków. Przeszedł kilka kroków, kiedy nagle poczuł, że jego stopy w coś się zaplątują i stracił równowagę.

– Leeecęęę! – zdążył wrzasnąć i padł na twarz, boleśnie zbijając sobie nos. Po chwili poczuł, jak coś ciągnie go za rękaw.

– Wstawaj, ty mały pacanie, i następnym razem patrz pod nogi! – Usłyszał Levisa.

– Ale zabawa, zioooom! – dobiegł ich spod fartuszka Jasmine nieco przytłumiony głos Stukniętego.

– Cicho! – szepnęła dziewczynka, mocniej ściskając mały tobołek. – Chcesz, żeby ktoś cię usłyszał?!

Stuknięty, jako bardzo rzadki i cenny dzięcioloid, byłby bardzo opłacalną zdobyczą dla niektórych chciwych osób, których tu nie brakowało. A że wprawne oko mogłoby dzięcioloida rozpoznać bez problemu, Jasmine, Levis i Gavson ustalili, że bezpieczniej będzie, jeśli Stuknięty pozostanie w ukryciu. Oczywiście temu ostatniemu wybitnie się to nie podobało, ale widmo ogrodu zoologicznego przywróciło mu rozsądek.

Gavson podniósł się w końcu z ziemi, a Jasmine zaczęła energicznie otrzepywać mu ubranie.

– Hej, przestań! – Zaoponował chłopiec i cofnął się do tyłu, następując na coś śliskiego. Usłyszeli wściekły syk.

– Co… – zaczął Gavson, jednak nie dane mu było dokończyć. Zielony wąż z brązowo-żółtymi zygzakami, długości około metra, zasyczał przeciągle i błyskawicznie wśliznął mu się w nogawkę spodni.

– AAAAAA!!! – Wrzasnął chłopiec, machając w panice nogą – Niech ktoś to zabierze!

Jasmine spojrzała z przerażeniem na przyjaciela.

– Czy ten wąż może być jadowity? – Wyjąkała. Jej pytanie tylko wzmogło strach Gavsona, który zaczął biegać w kółko. Ludzie zaczęli przystawać i przyglądać się temu niezwykłemu widowisku.

– Anguis! – Usłyszeli nagle dźwięczny, kobiecy głos – Anguis, ty gadzie, poczekaj, niech no tylko cię dopadnę!

W ich stronę biegła szybko halflińska kobieta, z długimi, kasztanowymi lokami opadającymi jej na plecy. Ubrana była w niezwykle gustowną, choć skromną suknię z delikatnego, zielonego płótna.

Dobiegła w końcu do Gavsona i chwyciła go mocno za ramiona – musiała stanąć na palcach i wyciągnąć ręce. Nawet jak na halflinga, była bardzo niska.

– Anguis, wyłaź natychmiast! – Rozkazała, patrząc w okolice nóg przerażonego i zdezorientowanego chłopca.

Powoli i jakby niepewnie, z jednej z nogawek wypełzł wąż. Jego żółte oczy błysnęły w Słońcu, gdy spojrzał na wściekłą kobietę.

– Przepraszam cię, mój drogi – zwróciła się ta do Gavsona, który jak najszybciej odsunął się od węża – A z tobą będę musiała sobie pogadać – warknęła do Anguisa, który zasyczał niespokojnie w odpowiedzi.

W tej sekundzie Levis podbiegł do kobiety jak oparzony i szczeknął głośno. Ta spojrzała na niego uważnie i nagle jej zarumienioną, pełną twarz rozjaśnił promienny uśmiech. Pochyliła się nad psem i zaczęła go głaskać, patrząc mu uważnie w oczy.

– Co się dzieje? – zdziwiła się Jasmine.

– Levis chyba z nią rozmawia – orzekł Gavson, przysuwając się bliżej przyjaciółki i wciąż zezując podejrzliwie na Anguisa.

– Nie chyba, a na pewno, ziom. Łoł, ale numer! – wykrzyknął Stuknięty, wystawiając dziób spod fartuszka Jasmine – Levis ją zna i nazywa ją Lobi!

***

Powietrze zajaśniało nieokreśloną barwą i tuż przed Beloc’iem zmaterializowała się Feil. Jak zwykle skinęła tylko głową, z szacunkiem, ale wyraźnie wyczuwalnym chłodem. Czarodziej był pewien, że gdyby zbliżył dłoń do duszka, wyczułby powiew zimnego powietrza. Cóż, zawsze uczuciowa Feil łączyła nieświadomie swoje odczucia z posiadaną mocą. Nigdy mu to specjalnie nie przeszkadzało, dopóki nie okazało się, że to właśnie przez nią medalion był chwilami taki kapryśny. Zupełnie jakby razem z mocą przejął część cech po swojej „matce”.

– Dziewczyna – rzucił krótko czarodziej. Feil uniosła w górę brwi, a w jej wielkich, fioletowych oczach zamigotało zdumienie.

– Och, już się dowiedziałeś? – Zdziwiła się i podleciała do stolika, przy którym siedział Beloc – Nie łudź się. Jasmine nie podda się twojej kontroli.

– Dlaczego dałaś medalion akurat jej? – spytał spokojnie czarodziej, nie komentując ostatniego zdania.

– Mogłabym próbować wyjaśnić ci tę sprawę. Jednak nigdy nie wierzyłeś w przepowiednie, prawda?

Beloc uśmiechnął się kpiąco i splótł palce, zatapiając w Feil niesamowite spojrzenie swoich ciemnych oczu.

– Czyżbyś ofiarowała jej medalion ze względu na przepowiednię? Doprawdy, moja droga Feil, starzejesz się. Przepowiednie nie czynią z ludzi nikogo wyjątkowego. I ta dziewczyna też taka nie jest.

– Ale jeszcze jej nie dostałeś – stwierdziła z satysfakcją jego rozmówczyni. Uśmiech Beloca tylko się poszerzył.

– Zapewniam cię, że niewiele brakowało. Następnym razem mi się uda.

Feil zatrzepotała mocniej skrzydełkami i spojrzała butnie na czarodzieja.

– Niemożliwe! – Wyrzuciła z siebie w końcu – Przecież ona wie, jak posługiwać się medalionem, nie mogłaby…

– A jeśli wie – przerwał jej Beloc – to znaczy, że się nie stosuje. Że jest słaba.

Feil zacisnęła piąstki, ale nie odezwała się.

– Cóż, w każdym razie wypadałoby ci podziękować – powiedział z sarkazmem czarodziej – W końcu ten medalion trafił do kogoś, kto zaczął go używać. Chociaż muszę przyznać, że trochę się na tobie zawiodłem. Sądziłem, że wybierzesz kogoś, kto będzie dla mnie większym wyzwaniem – zaszydził.

Feil odleciała kilka metrów i spojrzała zła na czarodzieja.

– To nie ja ją wybrałam – powiedziała w końcu – Medalion to zrobił.

Po czym zniknęła w oślepiającym blasku. Zaszokowany ostatnią wieścią czarodziej obserwował chwilę, jak srebrny pył opada na podłogę.

 

Autor: Tikula Amarie

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *