browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek piętnasty – Głęboki dół

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek piętnasty
Głęboki dół

 

– Jasmine! Gdzie jesteś?! Jasmine! – Od dłuższego czasu słychać było rozpaczliwe wołanie przyjaciół. Drzewa odbijały ich głosy, a wiatr niósł je we wszystkie strony świata. Jedynie rzeka, jakby na złość, utrudniała szukanie grupce towarzyszy, uderzając o leżące na brzegu kamienie. Mimo starań, Gwiazdy Poranka nadal nie znaleziono. Gavson usiadł pod drzewem i, zakrywając obiema rękami twarz, niespodziewanie zaczął się trząść. Levis i Stuknięty siedzieli nad brzegiem rzeki. Panowała między nimi niezręczna cisza. Każdy był pogrążony w swoich myślach, okrytych śladami mroku i tajemnicy.

– Hej… znajdziemy ją. Nie martw się – Gavson poczuł, jak czyjś mokry nos dotyka wierzchu jego dłoni. Obrzydzony wilgotnym i śliskim dotykiem natychmiast zerwał się na nogi. Oczy miał jeszcze mokre. A może Levisowi tylko tak się wydawało…?

– Może… może coś się jej stało? Ale miała medalion! Mogła Ci powiedzieć, że się zgubiła! – mówił, niemalże krzyczał Gavson, patrząc w poczciwe oczy psa. Stary kudłacz okrążył kilka razy chłopaka, poczym zatrzymał się na wprost niego, mierząc go wzrokiem. Kiedy pies usiadł, Stuknięty podleciał i usadowił się na jego głowie, tworząc osobliwą piramidę. Jakby się zmówili.

***

Minęło zaledwie pół godziny, a trójka przyjaciół była już gotowa do drogi. Stuknięty wymyślił „Niezawodny Plan B”, który, jak nazwa wskazuje, nie może zawieść i musi doprowadzić do Jasmine. Levis na samym początku nie był przychylny pomysłom nadpobudliwego dzięcioloida, jednak gdy dowiedział się, iż to on ma pełnić „najważniejszą” funkcję, zgodził się na realizację planu. W ten sposób kudłacz, z poważną miną, pochylony tak nisko, jak tylko pozwalał mu na to jego kręgosłup, obwąchiwał wszystko to, co się ruszało bądź nie. Gavson podążał za tropicielem, ale minę miał wciąż posępną, uważał bowiem, że Stuknięty nie wie co mówi, i że absolutnie nie powinno się go słuchać. Wyżej wymieniony pomysłodawca siedział na ramieniu Gavsona, natrętnie wpatrując się w jego ucho, i w równych odległościach wydając dźwięki podobne do skrzeczenia papugi, na dodatek przeplatane słowami „Elo ziooooom”. Nos Levisa był jakby złączony z ziemią jakąś tajemną mocą, gdyż pies nawet nie odwracał się, by spojrzeć dlaczego Gavson co kilka sekund zirytowany krzyczy na dzięcioloida. Dlatego też zdziwieniem zareagowali Gavson i Stuknięty, gdy pies zatrzymał się.

– Mam coś! Ona tędy szła… Jestem pewien! Szybko! – Levis, jakby przypomniały mu się czasy kiedy był szczeniakiem, szybkim truchtem, machając ogonem w prawo i lewo, biegł za tropem. Podążali bardzo wąską i krętą ścieżką, sklepienie niebieskie całkowicie zasłoniły wysokie drzewa i mimo, że nie było jeszcze nawet południa, otoczenie wydawało się spowite mrokiem. Gavson, który zachowywał się znacznie ciszej niż przedtem, wziął do ręki grubego kija i mocno zacisnął dłonie. Stuknięty, gdy zobaczył nerwowy ruch chłopca, począł się śmiać, uważając, że to idealny moment do kontynuacji irytowania swojego towarzysza. W pewnym momencie Levis się zatrzymał. Nie rozumiejący niczego młodzieniec podszedł bliżej do psa, który bacznie obserwował znajdującą się jakieś 6 metrów dalej polankę, z dziurą o średnicy 3 metrów w ziemi.

– Co to ma być?! Ziom! Miałeś nas zaprowadzić do Gwiazdy Poranka! – Stuknięty zaskrzeczał nad uchem psu, po czym zadał mu krótką seryjkę ciosów w głowę. Levis próbował odgryźć dzięcioloidowi morderczą broń, która zadawała bolesne ciosy. Mimo wszelkich starań kundla, pół minuty później Stuknięty niestety nadal posiadał dziób. Gavson szturchnął Levisa, nerwowym ruchem głowy wskazując na dół.

– Co z tym? A jak tam coś się czai? Przecież tego nie zabijemy! Zginiemy! Wszyscy na raz! – Chłopiec mamrotał te słowa, tuląc do piersi drąg, który przez cały czas niósł ze sobą.

– Durniu! A skąd ty wiesz co tam jest? Hmm? Przecież nawet tam nie podeszliśmy… – Usłyszał telepatyczne myśli. Mina chłopaka nabrała wyrazu powagi i urażenia, jeśli w ten sposób można to określić. Wtem do Gavsona podleciał Stuknięty i, zezując, skrzeczącym głosem stwierdził:

– Hej! Zioooooom! A tam Jasmine leży! Na samym dole! – Jak na komendę Levis i chłopak podbiegli do dołu. Był to wilczy dół, głęboki na 6 metrów. W środku było bardzo ciemno, na glebie leżały liście i gałęzie. Medalion wydawał z siebie nikłe światło. Gwiazda Poranka leżała na dnie nieruchomo, nie dając oznak życia, jej lewa noga była ułożona pod dziwnym kątem.

– No, ziomy! Jak ją wyciągniecie? Myślcie! Ja swoje zrobiłem, wykonałem mój „Niezawodny Plan B”! – Pierwszy odezwał się dzięcioloid – Nie mamy liny, a tym bardziej drabiny. To jak, na plecach ją wyniesiecie?

– Hm… Mamy linę. Jak najbardziej mamy – Odpowiedział Levis, po czym udał się na prawo od dołu i znikł w zaroślach. Wrócił po krótkiej chwili, niosąc w pysku coś, co rzeczywiście było liną. Gavson spojrzał zaskoczony i, nic nie mówiąc, przywiązał jeden koniec do dużego, solidnego drzewa. Trzeba było wyciągnąć Jasmine z wilczego dołu, ale żeby to zrobić, ktoś musiał zejść na dół.

– Ja? Wytłumacz mi, przecież ja nie umiem. Nie uda mi się wejść z dołu na samą górę! – Jęczał chłopak w czasie, kiedy schodził na dół po swoją przyjaciółkę. Gdy znalazł się na dole, najpierw podniósł medalion i schował go do kieszeni, by potem o nim nie zapomnieć.

– No! I co ja mam teraz zrobić!? – Zirytowany krzyczał z dołu do Levisa. Rozbawiony pies, którego to pytanie ani trochę nie zaskoczyło, odpowiedział:

– Załóż jej medalion na szyję… To chyba akurat nie jest aż tak skomplikowane?

Gavson wyjął medalion z powrotem i założył go na szyję Jasmine. Zdziwiony brakiem jakiejkolwiek reakcji ze strony medalionu, lekko zdezorientowany ponownie spojrzał tam, gdzie pierwotnie stał pies. Nie było go tam. Nie zbyt długo jednak. Po chwili kudłacz znowu się pojawił. Tym razem trzymał w pysku jakieś ziele, które zrzucał na ciało Gwiazdy Poranka. Medalion począł wytwarzać błękitno-srebrne światło, które rozświetliło cały dół. Gavson, oślepiony, zamknął oczy. Gdy je otworzył, naprzeciw niegoego stała Jasmine. Była bardzo brudna, ale uśmiechnięta.

– Gavson! Jak… dobrze, że mnie znaleźliście! – mówiła, rzucając się w objęcia przyjaciela. Ten odwzajemnił uścisk, ale chwilę potem, nadal zdziwiony, spytał ja:

– A czemu ty chodzisz? Przecież miałaś coś z nogą! I jak mamy wyjść?

Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko złapała za linę i wspięła się na górę.

– Teraz obwiąż się dookoła pasa Gavson! – Krzyknęła z góry. Chłopak wykonał polecenie. Rozbawiony Levis, mrucząc w myślach docinki typu „I kto tu kogo ratuje?”, podszedł do liny i, chwyciwszy ją w zęby, zaczął wyciągać z pomocą swej pani Gavsona. Gdy ten znalazł się już na górze, otrzepał się i zaczął pytać:

– Co Ty tam robiłaś?!

Spodziewał się jakiejś sensownej odpowiedzi, ona jednak rzekła tylko:

– Chciałam zrobić śniadanie.

I więcej już nic nie mówiła.

 

Autor: Jaszczur

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *