browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek pierwszy – Jasmine, Gwiazda Poranka

Opowiadania || Następny »

 

Odcinek pierwszy
Jasmine, Gwiazda Poranka

 

Jasmine obudziła się jak zawsze przed świtem. Ubrała się, wydoiła krowy, nakarmiła świnie i kury, wypuściła psa za ogrodzenie i poszła do piekarza po bułki. Wracała właśnie przez plac malutkiego miasteczka Herbertown, gdy wzeszło słońce. Spodziewała się usłyszeć tu dość nieśmiały głos, który zdarzało jej się słyszeć codziennie od trzech lat:

– Dzień dobry, Gwiazdo Poranka!

– Cześć, Gavson. Bardzo miło znów cię tu widzieć.

Gavson był od niej młodszy o niespełna rok. Przyszedł na świat czternaście lat temu, w biednej, wielodzietnej rodzinie. Nie należał do lubianych osób, dla wszystkich był popychadłem. I dla rówieśników, i dla starszych, i dla własnego rodzeństwa. Jedyną osobą, która zawsze stawała po jego stronie, była Jasmine. Niejednokrotnie zdarzyło się już, że wracała do domu porządnie posiniaczona po tym, jak wstawiła się za młodszym kolegą. Gavson w rzeczywistości był po prostu strasznie ciamajdowaty i wymagał wzmożonej opieki („Dawniej takie dzieciaki zwykło się porzucać w lesie!” – mawiała jego matka, bynajmniej bez miłości w głosie). Chłopiec uwielbiał Jasmine i sam nazwał ją Gwiazdą Poranka, ponieważ, jak zauważył, „zawsze wschodziła wcześniej niż słońce”. Przed trzema laty i on stał się taką gwiazdą poranka.

– Daj, pomogę ci – Gavson niemal siłą wyszarpnął Jasmine siatkę z bułkami, a ta roześmiała się, oddając mu ją. Wracali do jej domostwa dość szybkim krokiem, gawędząc i śmiejąc się głośno. Ona była wyższa niż Gavson, choć, jak sam chłopiec twierdził, „podobno mężczyźni rosną dłużej niż baby”. Była bardzo ładna i dość dobrze, jak na swój wiek, zbudowana, a długie czarne włosy nosiła związane w dwa warkoczyki. Gavson natomiast cechował się włosami złotymi jak pszenica oraz oczami błękitnymi jak niebo. Włosy miał krótko przystrzyżone, a wszyscy mieli nieodparte wrażenie, że obcina je sobie sam.

– Jasmine – jęknął, gdy już stanęli przed jej domem, a jego humor wyraźnie się pogorszył.

– Słucham? – Wyglądała na zainteresowaną, ale chłopiec tylko zająknął się dwa razy i odparł:

– Nie, już nic. Wszystko w porządku. Do widzenia, Gwiazdo Poranka.

– Do widzenia, Gavson – odpowiedziała, ale była pewna, że kolega chciał powiedzieć jej coś więcej. Wzięła jednak tylko siatkę i poszła do domu. Chłopak odszedł.

Jasmine odłożyła bułki na stół, wyszła na podwórko i zaczerpnęła ze studni wody, żeby umyć twarz. W przeciwieństwie do Gavsona, wychowywała się w najbogatszej rodzinie w miasteczku. Posiadali trzy krowy, cielę, pięć świniaków i spore stado drobiu, a także dużo uprawnej ziemi. Rodzice zajmowali się trojgiem pięknych dzieci: synem Thomasem, który miał 18 lat oraz córkami – piętnastoletnią Jasmine i najmłodszą, dziesięcioletnią Rose. W drodze było kolejne maleństwo.

Jasmine umyła się i poszła szykować śniadanie. Jej ojciec w międzyczasie obudził się i zaczął budzić pozostałych. Jasmine nie zauważyła ani tego, ani późniejszego wzmożonego ruchu w domu. Zastanawiała się, o co chodziło Gavsonowi. Myślała i myślała. „Który dziś dzień?” – zapytała wreszcie samą siebie i natychmiast udzieliła sobie odpowiedzi: „27 virdis – urodziny Gavsona!”. Jasne, zapomniała o jego urodzinach. Czternastych urodzinach. Nagle przestała się uśmiechać, zbladła i usiadła na krześle. No tak, czternaste urodziny!

– Córeczko, co ci jest? – zapytała troskliwa matka, lecz Jasmine rzekła tylko:

– Głowa mnie rozbolała, muszę się położyć.

Pobiegła na górę, do swojego pokoju, usiadła na łóżku i zaczęła gorączkowo myśleć.

Problem polegał na tym, że czternastoletni chłopcy – to chłopcy osiągający pełnoletniość. W dniu czternastych urodzin wyprawiano ich w podróż do stolicy kraju, Dervergu, w celu zarejestrowania ich pełnoletniości w specjalnym urzędzie. Wyruszali w pojedynkę, jedynie z bochnem chleba i dwunastoma złotymi szylingami, jak nakazywała tradycja. Większość wracała z wyprawy żywa, do tej pory nie odnaleziono jedynie trzech chłopców, którzy wyruszyli z Herbertown. „Ale przecież jego kochająca matka mogła zapomnieć nawet o daniu mu tego chleba!” – pomyślała dziewczyna i natychmiast podjęła plan karkołomny, lecz, jak się jej zdawało, jedyny słuszny. Wyjrzała przez okno i patrząc na słońce określiła godzinę: zbliżała się dziesiąta. Gavson na pewno już wyszedł, ale nie mógł odejść daleko. „No dobrze, ale przecież wyprawiając chłopców w taką podróż, z pewnością wie się, co się robi”. Jednak po chwili inna myśl zaświtała w jej głowie: „A dlaczego niby kobiet się nie wyprawia? Dlaczego sprawę mojej dorosłości rok temu załatwiał osobiście ojciec? Przecież od zawsze marzę o podobnej przygodzie!” Wiedziała, że jeśli pójdzie za Gavsonem, ani ona, ani on mogą nie zostać nigdy przyjęci z powrotem w miasteczku. Złamaliby przez to kilka zasad, a do tego przecież idzie za Gavsonem! Za kimkolwiek innym, ale za Gavsonem? „A właśnie dlatego za nim pójdę!”. Wyciągnęła z szuflady karteczkę i kałamarz (a jej rodzina należała do jednej z niewielu umiejących pisać i czytać w okolicy) i napisała: „Mamo, tato, Róziu i Tomku! Wyruszyłam za Gavsonem w podróż, nie szukajcie mnie. Chłopiec sobie sam nie poradzi, muszę mu towarzyszyć. Przepraszam Was i kocham. Kiedyś na pewno wrócę!” Położyła karteczkę na biurku, wyjęła z szufladki 20 złotych szylingów, odliczyła 12 („zagram zgodnie z regułami, przynajmniej po części”) i wyszła przez okno. Na podwórku na szczęście nikogo nie było, więc zeszła na dół po podporze tarasu i wybiegła za ogrodzenie w tej samej letniej sukience, którą miała na sobie, gdy rano spotkała Gavsona na placu. Usłyszała za sobą szczekanie psa. Kudłaty, szarobury kundel podbiegł do niej, merdając ogonem. Zapomniała, że wypuściła go rano za ogrodzenie.

– Cicho, Levis, cicho, bo mnie zdradzisz! – Schyliła się i pogłaskała psiaka. Rozejrzała się wokoło, na szczęście nikt nic nie zauważył.

– No, wracaj do domu.

Pobiegła drogą prowadzącą do lasu, ale pies rzucił się za nią, wciąż merdając ogonem i głośno szczekając.

– No dobra, jak musisz – chodź ze mną, tylko już zamknij paszczękę – szepnęła i razem ruszyli w kierunku gęstego lasu.

 

Autor: Artdico Gnorofex

Opowiadania || Następny »


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *