browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek osiemnasty – Biały kot

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek osiemnasty
Biały kot

 

Stali tak dłuższą chwilę, przyglądając się interesującej sytuacji, aż wreszcie Levis zakończył rozmowę z halflinką i podszedł do nich.

– To jest Lobi – przedstawił kobietę telepatycznie Gavsonowi. – Powiedz im.

– Gavson otworzył usta, ale nieznajoma już zdążyła ukłonić im się grzecznie.

– Jestem Lobi – przedstawiła się z uśmiechem. – Ty to pewnie, Gavson? – Zwróciła się do chłopca. Ten kiwnął potakująco głową.

– Miło mi cię poznać – popatrzyła na niego uważnie. – A dziewczynka nazywa się Jasmine, dobrze zapamiętałam? – spojrzała na psa.

– Tak, zgadza się – ukłoniła się jej dość niezgrabnie dziewczyna.

– A gdzie Stuknięty?

– Schowany pod moim fartuszkiem – odpowiedziała Jasmine.

– Chodźcie, nie będziemy tak stać na środku ulicy w takim tłoku. Zrobię wam herbatkę – ruszyła przed siebie. – A z tobą – spojrzała gniewnie na węża – rozprawię się później.

Dzieci popatrzyły po sobie niepewnie, później zerknęły na Levisa, który już biegł tuż obok nowopoznanej, wreszcie ruszyli w ślad za nimi.

– Mieszkam w centrum – powiedziała, odwracając się do tyłu – ale pójdziemy bocznymi uliczkami, żebyście się nie zgubili w tym tłumie.

Szli jeszcze przez chwilę główną ulicą, gdzie ze wszystkich stron otaczały ich kolorowe wystawy; stoiska pełne rozmaitości, od żywności zaczynając, poprzez biżuterię, na trumnach kończąc. Nagle skręcili w boczną ulicę wypełnioną ceglanymi budynkami, w przeciwieństwie do tych betonowych przy centralnych drogach.

Wszystkie w zasadzie były tego samego koloru, lecz kiedy się przyjrzało domom dokładnie (a Gavson robił to bardzo dokładnie, do tego stopnia, że pozostali musieli siłą odciągać zarówno jego wzrok, jak i dłonie, gdy chciał wydłubywać cegły, tak na pamiątkę, jak twierdził) zauważało się, że każdy miał inny kształt okien, inne kolory firanek, że na niektórych parapetach znajdowały się kwiaty, a czasami nawet w oknach widniały buzie zaciekawionych dzieci.

W czasie drogi kilkakrotnie skręcali to w prawo, to w lewo, wspinali się po schodach, a innym razem schodzili. Fenicea, czyli Miasto na Polanie, położona była bowiem na stoku wielkiego wulkanu. Budynki w zasadzie ustawione były piętrowo, a uliczki wiodące do nich – bardzo poplątane.

Nareszcie zatrzymali się przed budynkiem, który zrobił na nich ogromne wrażenie. Dwupiętrowy, zbudowany był z ciemnozielonych kamieni ociosanych ręką znawcy i mistrza. Dach, pokryty czerwoną dachówką, nie miał tradycyjnego kształtu, ze wszystkich stron wyrastały z niego małe daszki ozdobione błękitnymi okrągłymi okiennicami i framugami okien, w których widniały różnokolorowe firanki.

Lecz najwspanialsze były drzwi. Nie zwykłe, ludzkie, lecz typowo halflińskie, dębowe, okrągłe, z mosiężną, równie okrągłą klamką pośrodku.

– Witajcie w moich skromnych progach – pokłoniła się im Lobi, po czym pchnęła drzwi, które łagodnie otworzyły się do środka.

Powoli weszli do przedpokoju, a raczej tunelu, z którego odchodziły na boki niezliczone ilości okrągłych drzwi.

– To część mieszkalna mojego domu – wyjaśniła. – Reszta ma ludzkie wymiary, że pozwolę sobie tak to określić, oprócz strychu, gdzie mieści się moja pracownia.

Hall był przestronny, wypełniała go przyjazna i domowa atmosfera. Zaprowadziła ich do, jak się zorientowali, ogromnego salonu, gdzie znajdował się kominek wypełniony trzaskającymi w ogniu deseczkami, wygodne fotele naprzeciw niego, oraz kanapa. Wszystkie ściany otoczone były półkami i kredensami, zastawionymi drogocenną zastawą i niespotykaną wręcz ilością książek.

– Usiądźcie wygodnie, a ja zaparzę herbatę i przyniosę placki z jabłkami i jagodami.

– Levis – odezwała się Jasmine, gdy kobieta wyszła z pokoju. – Kim ona jest?

– To moja stara znajoma, bardzo dobra przyjaciółka – odpowiedział pies nie samej Jasmine, ale wprost w myśli Gavsona, które skupiały się raczej na czerwonych cegłach, które mógł mieć, gdyby mu pozwolili je wydłubać. – Znam ją bardzo długo, możecie spokojnie tutaj odpocząć i o nic się nie martwić. Lobi jest bardzo znaną projektantką szat, robi je dla każdego: dla ludzi, elfów, krasnoludów, halflingów i innych stworzeń. Polana znana jest ze swoich win i z mody. A jeśli chodzi o modę, najbardziej znana jest Lobi. Szyje szaty dla tych, którzy dadzą jej zlecenie.

– Ale tylko takie, Levisie – nagle odezwała się halflinka, wnosząc na tacy parujący dzbanek, talerzyki i filiżanki – które mnie zainteresują.

Gavson powtórzył szybko słowa psa i zwrócił się do kobiety:

– Słyszysz, co mówi Levis, pomimo, że nie są to słowa skierowane do ciebie?

– Tak, słyszę telepatyczny głos każdego stworzenia, taki mam dar.

Postawiła tacę na małym stoliczku przy kanapie i podała im na talerzykach po kawałku ciasta, a także gorącą herbatę w pięknych, zdobionych kwiatami filiżankach.

– A teraz – uśmiechnęła się – opowiedzcie mi coś o sobie. Levis przekazał mi waszą historię krótko, tak, że wiem, dlaczego i skąd wędrujecie i kogo spotkaliście. Ale kim jesteście, tego nie wiem.

Opowiedzieli po kolei o sobie wszystko, gdyż Lobi okazała się bardzo dobrym słuchaczem, nie przerywała im, ewentualnie zadawała pytania, ale tylko kiedy mówca skończył. W dodatku wydawała się godna zaufania, gdyż Levis ją znał, jak zauważyli ze sposobu ich zachowań, bardzo dobrze. Tak więc rozmawiali bardzo długo, przy czym Gavson pożerał niezliczone ilości ciasta, wspierany w tym procederze przez Stukniętego, który pozbywał się wszystkiego, łącznie z okruszkami, choć jakoś niewiarygodnie delikatnie obchodził się z kruchą porcelaną.

Tak spędzili przyjemnie cały dzień, aż nastał wieczór.

– Nagrzeję wam wodę na kąpiel – rzekła Lobi, wstając z fotela. – Na pewno czujecie się zmęczeni. A jutro zastanowimy się, co będziemy robić dalej.

Dzieci otrzymały od niej ogromne błękitne ręczniki, Gavson dostał szarą podomkę i równie szarą piżamę, a Jasmine zielony szlafrok i długą koszulę z koronką. Pies i dzięcioloid odmówili udziału w tak niecnym procederze, jakim była kąpiel.

– Śpijcie dobrze – pożegnała ich Lobi i zamknęła się w swoich prywatnych pokojach, połączonych wewnętrznym przejściem, z osobną łazienką. Każdy z gości otrzymał oddzielny pokój, który jednak znajdował się obok pozostałych. Nie za duże, lecz bardzo przytulne, każdy charakteryzował się różną barwą, w której był utrzymany, począwszy od dywanu, aż po firanki, okienka i okiennice.

Zasnęli bardzo szybko w wygodnych, miękkich łóżkach, otoczeni wspaniałymi poduszkami i kołdrami.

***

Rano obudziło Gavsona jasne światło wschodzącego słońca, które, odbijając się od okien sąsiednich domów, trafiało przez okrągłą szybkę prosto na jego twarz. Spotkał Jasmine już gotową, w hollu.

– Część, Gavson – uśmiechnęła się koleżanka.

– Yhm… – ziewnął chłopak. – Ale mi się dziwne rzeczy śniły, jakieś psy latające i halflingi grające w krykieta moją głową.

– To byłby ciekawy widok – uśmiechnęła się złośliwie. – Chodź, idziemy zrobić śniadanie. I bądź cicho. Może reszta jeszcze śpi.

W kuchni jednak, jak się okazało, czekała już gorąca herbata, świeże rogaliki, masło i przeróżne dżemy.

– Hej, ziooom! – zawołał nagle na nich Stuknięty. – Levis i Lobi są w pokoju gościnnym, Lobi ma gościa, fajnie, co ziom?! Macie szybko zjeść, umyć się i ubrać, bo gość nie będzie czekał na was w nieskończoność.

– A co to za gość? – zapytał Gavson.

– Fajny, ziom, gość, bardzo fajny – to mówiąc odleciał.

Umyci i przebrani w szaty, które naszykowała im gospodyni, weszli do pokoju gościnnego, tego samego, w którym zeszłego dnia opowiadali halflince o sobie i pili do wieczora herbatę. Pokój wyglądał tak samo, lecz jego zapach się zmienił. Choć okienka były otwarte i wpuszczały do środka świeże, rześkie powietrze, ogromny salon przepełniony był zapachem kwiatów.

Na zielonej kanapie siedziała Lobi, ubrana w śliczną, kwiecistą sukienkę; na podłodze przy niej leżał Levis. Obydwoje wpatrzeni byli w dziewczynę, która siedziała w jednym z foteli i głaskała leżącego na jej kolanach białego kota. Nie wyglądała ani na młodą, ani na starą. Serdecznie patrzyła na Lobi i uśmiechała się do niej, a jej zielone oczy iskrzyły ognikami, będącymi odbiciem płomieni harcujących w kominku. Brązowe włosy zaplecione miała w warkocz, który tworzył koronę na jej głowie, przyozdobiony błękitnymi spinkami idealnie komponującymi się z jej niebieską sukienką, przepasaną granatowym pasem. Na skrzyżowanych nogach widniały delikatne, błękitne pantofelki.

– To zapewne, goście, o których mówiłaś – kobieta zwróciła się miękkim i melodyjnym głosem do gospodyni, spoglądając uważnie na chłopca i dziewczynę.

– A tak – Lobi również zwróciła na nich swój wzrok. – To Gavson i Jasmine – przedstawiła ich. – A to jest Gabriel – wskazała dłonią dziewczynę.

– Lobi i Levis opowiadali mi o was – dziewczyna przedstawiona jako Gabriel uśmiechnęła się łagodnie. – Wyglądacie na dobrych i mądrych ludzi. Zapewne zastanawiacie się, kim jestem, ale usiądźcie zanim powiem cokolwiek, nie musicie przecież tak stać w drzwiach, patrząc na mnie z otwartymi ustami – przerwała na chwilę, dając im czas na zajęcie miejsc, napiła się herbaty i pogłaskała śpiącego na jej kolanach kota.

– Przyszłam tutaj, gdyż Lobi zaprojektowała dla mnie nowe szaty – wyjaśniła. – To, co mam na sobie, to również jej projekt – wskazała na swoje ubranie. – Przypuszczam, że to co ubraliście dziś, również należy do bogatych kolekcji Lobi.

Spojrzeli na swoje ubrania i na jej suknię. Dopiero teraz zauważyli podobieństwo w dobranych barwach i szyciach.

– Zatem, jak się wam podoba życie w tym mieście? – Zapytała Gabriel, odkładając filiżankę na spodek, który trzymała w lewej dłoni.

– Nie widzieli miasta w całej okazałości – odpowiedziała za nich Lobi. – Przywędrowali wczoraj rano i zabrałam ich do siebie. Jedyne, co zwiedzili, to boczne uliczki, którymi prowadziłam ich do swego domu.

– Wielka szkoda – zasmuciła się kobieta. – Cóż, na pewno będziecie mieć ku temu wiele sposobności. Na mnie już czas. Bardzo dziękuję za gościnę, pyszną herbatkę, jak zawsze i oczywiście za suknie – podniosła kilka kolorowych toreb, a biały kot zeskoczył jej z kolan, przeciągnął się i umył kocim zwyczajem pyszczek. – Było mi miło was poznać – skinęła lekko głową, patrząc na gości Lobi. – Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Do zobaczenia Lobi – zawołała wychodząc, a wraz z nią zniknął zapach kwiatów.

– Cóż za wspaniała osóbka – zaklaskała w dłonie halflinka. – Jak ja lubię, kiedy mnie odwiedza i zawsze prosi, bym projektowała jej takie śliczne suknie. Coś wspaniałego! Chodźcie moi mili – zwróciła się do dzieci. – Pokażę wam moją pracownię, póki mam czas, bo później przyjdą umówieni klienci i będę bardzo zajęta.

Poprowadziła ich krętymi schodami, które znajdowały się na końcu hollu, i za chwilę znaleźli się w górnej części domu. Od strony wejścia prywatnego, czyli tego, którym poprzedniego dnia wprowadziła ich halflinka, było to drugie piętro. Lecz od strony wejścia dla klientów, znajdującego się przy głównym deptaku, w górnej części miasta, był to parter, a wchodziło się do środka pokonując kilka stopni.

– Oto moje Królestwo Szat – Lobi ogarnęła gestem ogromną salę wypełnioną po brzegi wieszakami i manekinami odzianymi w piękne, różnokolorowe szaty. Jeśli salon wydawał się im ogromny, to to miejsce przytłaczało wręcz swymi rozmiarami. Wydawało się, że pod nim musi znajdować się całe mieszkanie Lobi. Było to zresztą prawdą.

Na środku sali znajdował się piedestał otoczony z trzech stron ogromnymi lustrami.

– Tutaj klienci mogą zobaczyć, jak prezentują się w swoich nowych szatach – wyjaśniła gospodyni. – Cała ta sala stanowi zbiór wszystkich moich kolekcji, dla kobiet, mężczyzn i dzieci wszelkich ras. Moja prawdziwa pracownia mieści się jednak na stryszku. To moje Królestwo Marzeń, tak je sobie nazwałam. Chodźcie, zaprowadzę was.

Ruszyli przed siebie, przyglądając się wszystkim szatom, które wyglądały naprawdę olśniewająco. Przeszli całą szerokość sali, wreszcie dotarli do okrągłych, dębowych drzwi z metalową klamką pośrodku. Lobi delikatnie nacisnęła klamkę, a drzwi same otworzyły się do środka, ukazując im mosiężne, kręte schody na górę. Wspięli się po nich ostrożnie, zgięci w pół, gdyż przystosowane były do rozmiarów halflinga, a nie chłopca i dziewczynki.

Pracownia Lobi urządzona była w typowo halflińskim stylu. Delikatne firanki z haftowanymi, jasnymi jak słońce zasłonkami zdobiły okrągłe okienka. Framugi okienek i okiennice były jasnozielone. Przy największym oknie, obok którego znajdowały się dwa mniejsze, stał dębowy stół z blatem uniesionym pod kątem tak, że krawędź stykająca się ze ścianą znajdowała się wyżej, by lepiej się przy nim pracowało. Leżało na nim pełno białych kart, ołówków, kolorowych farb i pędzli oraz kredki.

Po prawej stronie pracowni znajdowały się małe półeczki, a na nich setki ułożonych w kostki materiałów w różnych deseniach. Naprzeciwko, pod ścianą, mieściło się pełno stojaków z kartami gotowych już projektów.

– Jak się wam podoba mój stryszek? – Zapytała dumna właścicielka. – Prawda, że ładnie?

Pokiwali głowami potakująco, nie mogąc z wrażenia domknąć ust.

– Hej, ziooom! – Zawołał nagle dzięcioloid. – Ale tu super! W końcu mogę sobie polatać z gałęzi na gałąź! – To krzycząc zaczął fruwać ze stojaka na stojak, przewracając ich kilka. Na szczęście na tych konkretnych stojakach nie wisiały żadne projekty.

– Obiecuję ci, że pójdziemy wieczorem na spacer, tylko przestań latać jak szalony – zawołała przerażona projektantka.

– Lobi – odezwała się Jasmine – on jest szalony, myślę, że zdążyłaś to zauważyć.

Halflinka nie usłyszała jednak jej słów, biegając za szalejącym po pracowni ptakiem. Całe zajście skończyło się, gdy Stuknięty nie zauważył belki umieszczonej pod sufitem i wleciał w nią z hukiem. Wszyscy otoczyli go przerażeni, lecz ten poderwał się, pozbywając się lekkiego zeza wywołanego uderzeniem, i zawołał:

– Super było, ziooom! Ja chcę jeszcze raz!

Jasmine schwyciła go i ukradkiem przeniosła na dolne piętra. Do drzwi większej pracowni pukali już klienci.

***

Po zachodzie słońca, jak obiecała, wyszli na główne ulice, które o tej porze były puste i ciche, by pozwiedzać najciekawsze miejsca i jednocześnie dać Stukniętemu możliwość rozwinięcia skrzydeł.

Mimo pustki na ulicach próbowali uciszać dzięcioloida, lecz ten nie zwracał na to uwagi. Latał od głowy jednego z towarzyszy do drugiego, próbując wystukać na niej nowe rytmy, które „ułożył” w swojej stukniętej głowie. Gdy, po ciągłym odganianiu, znudził się, zaczął dokładniej badać dachy domów, które mijali.

– Hej, ziooom! – wołał. – Tu coś wystaje! Ooo… Jakie wielkie! Ziooom, to coś ma dziurę! Hej, zioom, chcesz zobaczyć?! Ale super! A tu jest inne, też ma dziurę! I coś z tego wychodzi! Jaaaa… Jakie fajne, ziooom! Chodź zobaczyć, ziom!

– Stuknięty – zasyczała Lobi. – Zamknij się, obudzisz wszystkich ludzi w okolicy!

– Ale ziom, tu coś wychodzi z tego cosia! – Zawołał, krążąc uparcie nad dymiącym kominem.

– To komin, tępaku – wyjaśniła poirytowana halflinka. – A to, co się z niego wydobywa, to dym z kominka.

W końcu Stuknięty zleciał do nich, ale był nie do poznania, cały czarny i pokryty siwą sadzą.

– Super, ziooom, co?! Teraz mam inny kolor!

Schwytanie rozochoconego ptaka kosztowało ich wiele nerwów i trudu. W końcu Jasmine, Lobi i Gavson złapali dzięcioloida i zaplątanego w szal projektantki donieśli siłą do domu.

***

Tak minęło im kilka dni. Dwa z nich spędzili na czyszczenie z sadzy i dymu Stukniętego, któremu tak spodobał się nowy kolor, że nie chciał dać się doczyścić. Problem był taki, że za każdym razem, gdy zdążyli doprowadzić go do porządku, ten zaraz wpadał do kominka, wygaszonego na szczęście (lub nieszczęście, według Levisa) i tarzał się w popiele, przywracając swój wcześniejszy wygląd. Dopiero po zagrożeniu powrotem do zoo, pozwolił się wyczyścić, a i tak na wszelki wypadek zamknięto kominek.

Piątego dnia Lobi poprosiła ich na górę, do wielkiej sali dla klientów.

– Przygotowałam coś dla was – powiedziała. – Jasmine, ty i Gavson dostaniecie ode mnie płaszcze i szaty podróżne. Uszyto je z bardzo dobrego materiału, więc będą trwałe.

Odsłoniła dwa manekiny, pierwszy ubrany w zieloną suknię z ciemnozielonym pasem oraz szary płaszcz z kapturem, z czterema guzikami na piersiach, drugi w błękitną koszulę z długim rękawem, szare spodnie i równie szary płaszcz, zapinany na pięć guzików na krzyż.

– Dla ciebie, Jasmine, mam jeszcze coś specjalnego – powiedziała wyciągając z szufladki pudełko. – To są najwspanialsze buty, jakie wykonał szewc z tego miasta, sławny na całą krainę – otworzyła powoli opakowanie. W środku znajdowały się delikatne, zielone, płaskie pantofelki, wyszywane złotymi nićmi.

– Wykonano je z magicznego materiału, który nigdy się nie niszczy i nie przemaka. Nie ściągaj ich nigdy, gdyż chronią swego właściciela przed złem. Dla ciebie, Levisie – zwróciła się z kolei do psa – mam specjalną obrożę, choć może lepiej nazwać to talizmanem – zawiesiła mu na szyi łańcuch. – Ciebie również będzie chronił, choć uważasz, że tego nie potrzebujesz. A ty, Stuknięty – tu z kolei odwróciła się w stronę dzięcioloida – otrzymasz ode mnie tę wstążeczkę. Uszyłam ją z tego samego materiału, z którego wykonano pantofelki Jasmine. Daję wam to wszystko teraz, gdyż jutro o świcie musicie wyruszyć w dalszą drogę – w tym miejscu zwiesiła głos. – Ale, jeśli pozwolicie, chciałabym iść z wami.

– Musimy iść? Chcesz iść z nami? Ale dlaczego? – Zapytał Gavson.

– Mam wielu przyjaciół, którzy mi pomagają. Donieśli mi, że mój dom nie jest już bezpieczny ani dla was, ani dla mnie. Zresztą i tak zabawiliście w tym mieście już wystarczająco długo. Dlatego wyruszamy jutro o świcie. A chcę iść z wami, gdyż mam swoje powody. I sprawy do załatwienia w stolicy.

– Zostawisz pracownię? – Zdziwiła się Jasmine.

– Nie martw się, moja droga. Domy halflingów potrafią sobie radzić, gdy nie ma ich właściciela. Rozumiem, że postanowione? – Uśmiechnęła się, klaszcząc głośno w dłonie.

I właśnie wtedy ktoś zapukał do drzwi.

Lobi przyjęła obojętny wyraz twarzy, otworzyła je i odebrała białą kopertę. Bez słowa otworzyła ją i przeczytała na głos: „Podążajcie za białym kotem”.

***

O świcie wszyscy byli gotowi, każdy miał na sobie prezenty od Lobi, a dzieci i halflinka nieśli również przewieszoną przez ramię torbę wypełnioną prowiantem na kilka dni.

– Ruszamy – powiedziała Lobi, stając przed nimi. Również miała na sobie szary płaszcz z kapturem. W ręce trzymała drewniany, rzeźbiony kij, który w miejscu, gdzie położona była dłoń kobiety, pokrywało srebro. Na jej ramieniu spoczywał przyprawiający Gavsona o ciarki wąż, Anguis.

Wyszli drzwiami od strony mieszkalnej. Wtedy Lobi pociągnęła za sznureczek od wiszącego dzwonka. Coś zaszumiało, a dom, który mieli przed oczami zaczął się kurczyć i po chwili stali przed pustym placem.

– Do zobaczenia kiedyś – wyszeptała Lobi i ruszyła przed siebie. Pozostali z zaskoczeniem patrzyli na miejsce, w którym przed chwilą stał dom, a teraz leżał piękny, czerwony chodnik. Plac właściwie.

– Co? – Właścicielka odwróciła się ku nim z uśmiechem. – Nie widzieliście nigdy magii halflińskiej?

Poprowadziła ich ponownie bocznymi dróżkami, lecz tym razem w innym kierunku. Doszli do małego placyku z fontanną. Na jej kamiennym brzegu siedział duży, biały kot o ogromnych, szarych oczach.

– Ach, wspaniale! – Westchnęła Lobi. – Wszystko w porządku, idziemy dalej.

Ogromny kot zeskoczył leniwie z fontanny i ruszył, a oni podążyli za nim. Wyprowadził ich z miasta. Długo wędrowali, mijając jedyne na świecie tak żyzne pola, małe wioski i zabudowania gospodarcze. Gdy kilka godzin później stanęli na skraju lasu, obejrzeli się, by podziwiać cudowny widok przedstawiający miasto rozparte na wschodnim stoku ogromnego wulkanu, otoczonego polami i winnymi sadami. Potem, wzdłuż traktu, zagłębili się w las. Kilkadziesiąt metrów dalej czekał na nich powóz, zaprzężony w dwa białe konie.

 

Autor: Elisabeth Chan

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *