browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek jedenasty – Spotkanie z duszkiem

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek jedenasty
Spotkanie z duszkiem

 

Łza Jasmine spłynęła po jej policzku i spadła na ziemię. Nagle, niespodziewanie, miejsce jej upadku rozjaśniło się niesamowicie jasnym światłem i nie wiadomo skąd, w niewielkiej chmurze dymu, pojawiła się malutka istota, wzrostu około dwóch stóp, o fioletowych oczach, ciemnych włosach i zielonym ubranku. Z jej pleców wyrastały skrzydła rytmicznie uderzające powietrze. Istota zaczęła przeciągać się, jakby dopiero co wstała po bardzo długim śnie. Przetarła piąstkami swoje małe oczka i spojrzała na dzieci. Przyglądała się im przez jakiś czas, jakby mierząc ich siłę i zdolności, po czym zaczęła szaleć. Latała nad nimi dookoła zostawiając za sobą srebrny pył, który, opadając na ziemię, tworzył swoisty krąg. Zdziwieni przyjaciele nie wiedzieli co zamierza duszek i pomyśleli o ucieczce, gdy nagle ten wleciał z rozpędem w ciało Levisa. Pies po chwili uniósł się nad ziemią pośrodku okręgu, a dziwne światło wytworzyło wokół niego łunę. Wygiął się jakby w bolesnym skurczu, po czym wszystko uspokoiło się. Zniknęła tajemnicza poświata, a pył rozpłynął się na ziemi, tworząc dziwne i niesamowite znaki. W samym środku leżał Levis, a obok niego pojawił się duszek. Pies wyglądał, jakby był martwy. Całe to zdarzenie trwało może pół minuty. Dzieci przyglądały mu się z przerażeniem. Po chwili jednak Gavson otrząsnął się. Podbiegł do psa, wzbijając wokół siebie tumany pyłu, padł na kolana, odtrącił duszka na bok, obrzucając go pogardliwym spojrzeniem, po czym wziął Levisa w ramiona.

– Przepraszam… Ja nie wiedziałem, że to tak się skończy, nie chciałem… – Zaczął szeptać – To wszystko moja wina, nie powinienem pozostawiać was samych, gdybym mógł cofnąć czas… – Zamilkł na chwilę, mając łzy w oczach.

– Dobrze, chociaż, że zdajesz sobie sprawę, iż coś zrobiłeś nie tak – w jego głowie rozległ się niespodziewanie głos Levisa. Przestraszony chłopiec odskoczył do tyłu. Pies dalej leżał nie dając znaku życia.

– Levis? – Szepnął chłopiec przestraszony, ale telepata nie poruszył się – Jasmine… słyszałem… słyszałem ducha – Nagle poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Przestraszył się jeszcze bardziej i poderwał z krzykiem.

– Nie róbcie mi nic złego, oddam wam wszystko, co mam, powiem, co chcecie, tylko nie róbcie mi nic złego! – Powiedział jednym tchem z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi pięśćmi. Był pewien, ze to zbójcy ich naszli. W odpowiedzi usłyszał tylko lekkie westchnięcie Jasmine. Otworzył oczy i ujrzał twarz silącą się na uśmiech. Jej oczy wyrażały jednak niezmierny smutek. Podeszła do psa i usiadła obok niego, kładąc jego pysk na kolanach. Spojrzała na duszka, leżącego nieopodal.

– Nie wiem kim jesteś, ale cokolwiek zrobiłaś mojemu psu, powinno się zdarzyć i tobie – zerknęła na Levisa i jęknęła nagle czymś ożywiona:

– Gavson, zobacz, szybko! – Podniosła wzrok na chłopca stojącego pod drzewem ze zrozpaczoną miną, wyrażającą całkowite zwątpienie i zniechęcenie – Gavson! – Chłopiec niechętnie podszedł do dziewczyny – Spójrz – pokazała bok psa, który teraz był cały.

– To… to niemożliwe… przecież on był ranny i przez tą ranę nie żyje. Przez nią i przez… tą istotę… – Chciał wskazać duszka, ale on rozpłynął się jak rana na boku psa – Gwiazdo Poranka chodźmy stąd. Dziwnie się tu czuję… – Powiedział rozglądając się dookoła, blady na twarzy.

– Masz rację. Dzieją się tu dziwne rzeczy – odpowiedziała dziewczyna – Nie zwlekajmy. Może uda nam się jednak znaleźć sposób na uleczenie Levisa… W końcu skoro nie ma rany…

***

Przyjaciele ruszyli leśną ścieżyną, próbując natrafić na ślad zgubionej przez siebie halflińskiej drogi.

– Gwiazdo Poranka… – Zaczął nieśmiało Gavson, gdy wyszli z zarośli na ubitą drogę. Levis spoczywał w jego ramionach – Tam na pajęczynie… mówiłaś, że musimy porozmawiać… – Spojrzał na nią ukradkiem. Miała zamyślony wyraz twarzy. Nie odzywała się.

– Jasmine? – Przemówił chłopiec po dłuższej chwili ciszy – Może to niezbyt odpowiednia pora, ale chciałbym Cię przeprosić za moje zachowanie wtedy… na ścieżce. Nie wiem, co mnie opętało. Gdybym nie był takim głupcem, pewnie bylibyśmy teraz bezpieczni, Levis byłby cały, zdrowy i znów krytykowałby moje zachowanie. Może to dziwne, ale stęskniłem się za jego zrzędzeniem – zniżył glos i spojrzał na psa, jakby miał nadzieję, że ten zaraz skoczy na równe nogi i zacznie go besztać.

– To nie twoja wina – Jasmine położyła mu dłoń na ramieniu – Sama zachowałam się głupio pędząc niewiadomo gdzie, kierowana jakimś głupim instynktem.

– Ale… – wtrącił się Gavson.

– Nie przerywaj, proszę. Owszem, chciałam Ci coś powiedzieć. Coś o… przepowiedni – Gavsonowi wydało się, że wymyśliła to na prędce – Ale w świetle ostatnich wydarzeń już sama nie wiem, co myśleć – Przerwała. Szli chwilę w milczeniu. Gavson bał się odezwać. Jasmine odetchnęła, po czym zaczęła mówić dalej – Więc to już chyba koniec przepowiedni. Levis nie żyje a my zgubiliśmy się w lesie – łzy zaszkliły się w jej oczach – Tak wiec chyba będę musiała… – nie zdążyła dokończyć zdania, przed nimi bowiem ukazał się duszek. Ten sam, który narobił zamętu na polanie. Wyglądał na zezłoszczonego.

– Wiec to tak się odwdzięczacie? Ja tu ciężko pracuję, żeby wasz telepata znów mógł być sobą i nie słyszę nawet głupiego „dziękuję”? – Rzekł pięknym, melodyjnym głosem. Przestraszone i zaskoczone dzieci nie wiedziały, co odpowiedzieć – I nawet pracy nie dają dokończyć – zniechęcony duszek pokręcił głową – Na szczęście zostawiliście za sobą ślady – klasnął w dłonie, po czym wszyscy przenieśli się na polanę, gdzie w dalszym ciągu było pełno srebrnego pyłu.

– Połóż go w środku okręgu – latająca dziewczynka poleciła Gavsonowi. Ten jednak bał się ruszyć – No rusz się człowieku, za godzinę ósma, a lepiej żebyście do tego czasu byli na ścieżce niziołków – Gavson okrążył istotę jak największym łukiem, po czym położył psa w środku okręgu. Zdziwiona postać spojrzała na przyjaciół.

– Wy się mnie boicie? – Przypatrywała się uważnie ich przerażonym twarzom – jeszcze tego brakowało… ech… no w sumie częściowo to moja wina. Wybaczcie – rzekła łagodniejszym głosem – Jestem Feil. Ona – wskazała na Jasmine – przywołała mnie tutaj swoją czystą łzą. Dlatego nie mogę mieć przecież złych zamiarów – roześmiała się dźwięcznym głosem – A teraz wybaczcie, czas goni – zwróciła swoją piękną twarz w stronę kręgu i podniosła dłonie. Levis ponownie uniósł się w powietrze. Dookoła niego znów wirował pył, sprawiając wrażenie tornada. Dzieci stały zaślepione tym pięknym widokiem. Po jakichś trzech minutach wszystko zniknęło. Zostali tylko Levis i Feil.

– No to teraz powinno być wszystko w porządku – Feil uśmiechnęła się – No, co? Czemu patrzycie na mnie jak na wariata? Pobrudziłam się czy jak? – Nie usłyszawszy odpowiedzi pokręciła głową – Wracajmy więc – ponownie klasnęła w dłonie. Tym razem wszyscy znaleźli się na tak dobrze znanej im ścieżce niziołków. Na drzewie wciąż widniał ślad noża Gavsona.

– I tu was zostawię. Wiecie, co robić dalej. Znajdźcie coś do jedzenia, bo już pora śniadania. Tylko pamiętajcie, żeby nie schodzić ze ścieżki. Może się to dla Was źle skończyć, o czym już się chyba przekonaliście. A teraz bywajcie – ogarnęła wzrokiem ich twarze – I dbajcie o telepatę. Przynajmniej dziś nie powinien się zbytnio przemęczać – zaczęła rozpływać się w powietrzu – Telepato… pamiętaj o czym rozmawialiśmy…

– Feil! Poczekaj, proszę! – Krzyknęła Jasmine.

– Pamiętajcie, ze zawsze możecie mnie wezwać – rozległ się jeszcze w powietrzu dźwięczny głos duszka.

– Ale jak? – To pytanie dziewczyny pozostało już jednak bez odpowiedzi.

Gavson zaczął panikować.

– I co my teraz zrobimy? Pewnie zginiemy, napadną nas zbóje, albo dzikie zwierzęta, albo…

– Och ucisz się już. Wprowadzasz zbędne zamieszanie. Ile można być takim ciamajdą? Weź się w garść! Trzeba przygotować obozowisko, a ona sama tego nie zrobi! I że to niby ja zrzędzę? – Gavson aż podskoczył, gdy usłyszał Levisa. Spojrzał na psa. Napotkał jego czujne spojrzenie.

– Daj jej to – pies wskazał nosem na wisior pod swoją łapą – i przestań się mazgaić! Jesteś w końcu prawie dorosły! Prawda Gwiazdo Poranka? – Tym razem także Jasmine usłyszała cichutko w głowie głos telepaty, gdy oglądała tajemniczy medalion, który podał jej Gavson. Spojrzała zdziwiona na chłopca.

– Czy to był Levis? Ale… jak?

 

Autor: Lobi

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *