browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek dziewiętnasty – Zapomniana

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek dziewiętnasty
Zapomniana

 

Powóz toczył się dość szybko wśród wąskich alejek między drzewami. Nie zatrzymali się ani na chwilę, aż otaczający ich las stał się bardzo gęsty, tak gęsty, że nie mogli nic zobaczyć miedzy drzewami. Tam powóz zwolnił.

– Mamy przed sobą długą drogę – powiedziała Lobi. – Zajmijcie się czymś, bo szybko się znudzicie – to mówiąc owinęła się szalem i zamknęła oczy.

Jasmine spoglądała przez okno, nie wiedziała gdzie są i dokąd jadą, ale okolica się jej podobała; było jeszcze na tyle rano, że wczesne słońce przebijało się przez położone najniżej gałęzie i odbijało się wśród liści. Rozpoznawała po nim porę dnia, w miarę jak unosiło się coraz wyżej. W końcu zatrzymali się na maleńkiej polanie. Wyglądała jak mała wyspa pośród morza szumiących drzew. Wysiedli i ułożyli się w kółku na rozłożonym kocu, wkoło przygotowanego posiłku, czyli suchego prowiantu i herbaty.

Lobi wypuściła swojego węża by sobie upolował jedzenie oraz pobuszował wśród trawy. Biały Kot zaś przeciągnął się leniwie i wskoczył na kolana Jasmine, gdzie zwinął się w kłębek i zasnął, mrucząc zadowolony.

– Lobi, dokąd my jedziemy? – Zapytała Jasmine, głaszcząc go delikatnie po głowie.

– Nie martw się, jedziemy w bezpieczne miejsce, tam, gdzie nikt nas nie będzie śledził i gdzie będziecie mogli zdecydować, którą drogę obrać, by iść dalej.

– Ktoś nas śledzi?

– Nie widać ich, ale wyczuwałam ich obecność w mieście, dlatego wyruszyliśmy tak szybko i tak wcześnie. Gabriel ostrzegła mnie w porę, bym przygotowała wszystko.

– Czyli co? Kim oni są?

– Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie, teraz nie zaprzątajcie sobie myśli niepotrzebnymi sprawami – uśmiechnęła się do nich ciepło.

– Pani – pojawił się woźnica. – Musimy ruszać, jeśli chcemy dotrzeć na czas.

– Tak, oczywiście – podniosła się. – Chodźcie, dzieci, czas nas goni.

– A ja, a ja?! – Krzyczał Stuknięty krążąc nad nimi.

– Ty również musisz wsiąść do powozu, dla naszego bezpieczeństwa.

– Muuuszęęę?

– Niestety tak, mi również nie podoba się twoje towarzystwo, zwłaszcza, że śmierdzisz – spojrzała na niego pochmurnie.

– Nie śmierdzę!

– Śmierdzisz. Stuknięty! – Zdenerwowała się. – Nie mamy czasu się kłócić, natychmiast do wozu!

– Tak, proszę pani – wpadł posłusznie do środka i skulił się na podłodze obrażony.

Lobi usiadła wygodnie, zadowolona z humoru dzięcioloida, który nie zadawał już głupich pytań; reszta milczała.

Levis niespokojnie patrzył to na okno w powozie, to na Lobi, jakby się nad czymś zastanawiał, ale nie odezwał się od wyruszenia ani słowem.

Mijała godzina za godziną, w końcu niebo pokryło się barwami zachodzącego słońca, które zniknęło za szczytami drzew. Las przestał być tak przyjacielski, jak wydawało się wcześniej. Zaczęli słyszeć dziwne odgłosy, pomruki i szelesty wzdłuż drogi, którą jechali. Woźnica przyspieszył, jakby wyczuwając, że wokoło staje się niebezpiecznie. Niebo było ciemnogranatowe, nierozjaśnione ani jedną gwiazdą. Wśród drzew widzieli od czasu do czasu błyszczące się oczy jakichś zwierząt; tak przynajmniej się im wydawało.

– Gdzie jesteśmy? – Zapytał wystraszony Gavson, patrząc z przerażeniem przez okno i co chwilę przymykając oczy.

– W lesie, mój drogi, w lesie. Nie ma się czego bać, to tylko noc, w lesie zawsze tak jest – uspokajała ich Lobi, lecz nie udało się jej zamaskować drżenia głosu, które wskazywało, że też jest zdenerwowana.

– Tak? To dlaczego przyspieszyliśmy?

– Bo nie możemy się spóźnić – odpowiedziała łagodnie.

– Spóźnić na co? – Zapytała Jasmine.

– Mamy spotkanie z bardzo ważną osobą, która nas oczekuje. A raczej was. – W jej oczach pojawił się błysk sprawiający niezbyt przyjacielskie wrażenie.

Levis spojrzał na nią zaintrygowany, ale zaraz ziewnął i zwinął się w kłębek.

– Przestań panikować, Gavson – chłopak usłyszał jego głos. – To tylko las, nie byłeś nigdy w lesie nocą?

– Nigdy w takim lesie…

– Tchórz… – spojrzała na niego Jasmine i pokręciła głową z rezygnacją.

Poczuli, że powóz ruszył pod górę, lecz w panujących ciemnościach nie byli w stanie nic zobaczyć. Po kilku minutach zatrzymali się, a woźnica otworzył drzwiczki.

– Jesteśmy na miejscu, pani.

Biały Kot przeciągnął się leniwie i wyskoczył z powozu. Popatrzył w prawo, a potem w lewo i nagle zniknął.

– Gdzie on jest? Czy widzieliście? – Zaczął Gavson pokazując na miejsce, gdzie przed chwilą było zwierzę.

– Lobi, gdzie my jesteśmy? – Zapytała Jasmine, rozglądając się wokoło.

Znajdowali się na szczycie wysokiej, lecz płaskiej góry, którą czyjeś zdolne ręce przeistoczyły w pałac z ogromnym ogrodem wypełnionym roślinami i marmurowymi posągami aniołów, niewiast, nimf oraz zakapturzonych postaci. Teraz jednak wszystko spowiła mgła, która w połączeniu z ciemnym niebem sprawiała upiorne wrażenie.

– Chodźcie za mną – odezwała się halflinka i ruszyła przed siebie, nie czekając na nich.

***

Szli szeroką aleją, którą spowiła biała, gęsta mgła. Czuli, że ktoś obserwuje ich ze wszystkich stron, lecz nie potrafili powiedzieć, kto to taki. Jasmine mimowolnie szła blisko Gavsona, podobnie jak Levis, jedynie Stuknięty niczym się nie przejmował, ale leciał bardzo nisko, by nie zgubić się we mgle.

Lobi nie odzywała się ani słowem, narzuciła kaptur od płaszcza, zakrywając szczelnie swoją twarz.

Cała sytuacja wydawała się jakaś podejrzana, tajemnicza, złowroga i nieprzyjazna. Nie wiedzieli, co się dzieje i dlaczego. To ich jeszcze bardziej przerażało. Znajdowali się w obcym miejscu, gdzieś… nawet nie wiedzieli gdzie, otoczeni mgłą i jakimiś ludźmi, jeśli byli to ludzie. Lobi, której ufali, zmieniła się, stała się obca. Nie mieli oparcia w nikim, kto powiedziałby im, co się tak naprawdę wokoło nich dzieje.

Nagle zatrzymali się przed ogromną, wykutą z żelaza bramą w kształcie zawiniętych pnączy z liśćmi. Podtrzymywały ją potężne, zakapturzone posągi. Wszędzie panowała cisza, przerywana jedynie szumem drzew, rosnących wzdłuż alei, którą tu doszli.

Brama otworzyła się bezszelestnie, a po jej drugiej stronie zapaliły się pochodnie trzymane przez posągi, stojące wzdłuż drogi. Były to anioły w przeróżnych pozach, każdy innej urody i gabarytów, lecz wszystkie trzymały w dłoniach pochodnie. Były smutne; opuszczone twarze witały gości bez uśmiechu, zimnymi, kamiennymi oczami.

Ruszyli dalej; obecność posągów sprawiła, iż szli szybciej. Mgła nie opuszczała ich ani na krok, wciąż gęstniejąc, na tyle, na ile było to jeszcze możliwe.

Przed nimi wyłonił się ogromny dom, wielkością równy pałacowi. Pokryty złotem i srebrem, które mieniło się w płomieniach pochodni, otoczony posągami podobnymi do tych, które widzieli w mijanym ogrodzie. Wszystko sprawiało niesamowite wrażenie przepychu i bogactwa, a zarazem smutku i samotności. Wszędzie bowiem były posągi, martwe, zimne, smutne i milczące, jak grobowce.

– Wejdźcie – powiedziała Lobi, zsuwając kaptur. Dotknęła drzwi, które otworzyły się do środka.

Ujrzeli wnętrze. Był to ogromny hall wyłożony marmurową posadzką, we wzór biało-czarnej szachownicy. Przy każdej ścianie znajdowały się posągi aniołów, nimf i innych istot, podobne do tych, które towarzyszyły im od momentu, kiedy wysiedli z powozu, tym razem jednak przyozdobione złotem, srebrem i drogocennymi kamieniami. Na ścianach jarzyły się ogromne lampy, a z sufitu pokrytego malowidłami zwisały żyrandole, wszystkie kryształowe.

Weszli posłusznie do środka, ale skupili się tuż przy drzwiach.

– Co tak stoicie? – Spytała Lobi. – Chodźcie, nie ma czasu gapić się na siebie.

Popchnęła Jasmine do przodu, a za nią Gavsona. Levis spojrzał na halflinkę zamyślonym wzrokiem.

– Lobi, nie musisz ponaglać tak moich gości, nikomu się nie spieszy.

Spojrzeli w górę. Na końcu hallu znajdowały się szerokie, marmurowe – również ozdobione posągami – schody prowadzące na górę. Na półpiętrze rozchodziły się, jedne w lewą, drugie w prawą stronę, pośrodku zaś znajdowało się ogromne, okrągłe lustro w złotej oprawie w kształcie girland kwiatów i winorośli.

Ku nim schodziła młoda kobieta; w białej sukni ze srebrnymi haftami wyglądała jak jeden z posągów. Tuż za nią kroczył ten sam biały kot, który towarzyszył im w podróży.

– Witajcie w moim domu – powiedziała melodyjnym głosem. – Mam nadzieję, że mieliście dobrą podróż. Zapewne jesteście zmęczeni i głodni, wasze pokoje oraz jadło już czekają.

Levis cofnął się gwałtownie.

– Lobi, z kim ty podpisałaś pakt?! – Spojrzał na halflinkę gniewnie i z przerażeniem w oczach.

– Levis, o co ci chodzi? – Zapytał Gavson, bo Levis mówił tak, by i on go usłyszał. – Jaki pakt?

– Nie obawiaj się Levisie, nie jestem tą, za którą mnie uważasz. Jestem do niej podobna, ale to nie ja. – Odezwała się nieznajoma.

– Skąd przyszło ci do głowy, że mogłabym was zdradzić? – Oburzyła się Lobi. – Znamy się tyle czasu, a ty wątpisz w moją przyjaźń i wierność?

– Lobi – uśmiechnęła się kobieta. – Pozwól, że to ja wyjaśnię, co się dzieje.

– Proszę bardzo – wzruszyła ramionami.

– Czy ty nie jesteś przypadkiem Gabriel, ta dziewczyna, którą spotkaliśmy u Lobi? – Zapytała nagle Jasmine.

– Zgadza się, cieszę się, że mnie rozpoznałaś.

– Ale wyglądasz jakoś inaczej – rzucił podejrzliwie Gavson.

– Wyglądam tak, jak wyglądam naprawdę. W mieście przybieram inną postać, by nikt mnie nie rozpoznał.

– Dlaczego?

– Przejdźmy do jadalni, zjecie posiłek, a ja w tym czasie wszystko wam opowiem, jeśli oczywiście Levis na tyle mi ufa, by pozostać w tym domu – spojrzała uważnie na psa.

– Wybacz, że wziąłem cię za nią, nie miałem intencji cię obrazić, pani – pies niespodziewanie się ukłonił.

– Dlaczego on się jej kłania? – Szturchnął Jasmine Gavson.

– A to ja mam niby wiedzieć, tak?!

Gabriel uśmiechnęła się do psa, zawróciła na schodach, a oni podreptali za nią.

Trafili do ogromnego korytarza, gdzie na stolikach stały wazony z przeróżnymi kwiatami. Co jakiś czas mijali zamknięte, rzeźbione drzwi pokryte złotem.

– Ale tu bogactw – powiedział Gavson. – W życiu nie widziałem tyle złota i srebra.

– Klejnotów – dodała Jasmine. – Lobi – zwróciła się do halflinki. – Kim jest Gabriel?

– Dowiecie się w swoim czasie.

– Dlaczego nie powiedziałaś, że jedziemy do niej?

– Bo nie było tego w planie, jednak ktoś nas śledził. Musiałam podjąć taką, a nie inną decyzję.

– I nic mi nie powiedziałaś? – Oburzył się Levis.

– Wybacz, nie chciałam ryzykować, że ktoś usłyszy.

– Czyli tutaj jesteśmy bezpieczni, tak? – Wtrącił się Gavson.

– Tak, przez jakiś czas będziemy tutaj bezpieczni, ale nie możemy zostać zbyt długo.

– Dlaczegooooo? – Odezwał się Stuknięty. – Tu jest fajnie, ziom. Ja chcę zostać.

Weszli do ogromnej jadalni; podłoga, podobnie jak w hallu, była marmurowa, lecz w piaskowym odcieniu. Stojący na środku ogromny, długi stół pokrywały talerze i półmiski z potrawami. Naszykowano cztery nakrycia, jedno u szczytu stołu a resztę zaraz przy nim. Dla Levisa postawiono oddzielnie, przy małym stoliku, podobnie jak dla Stukniętego.

– Siadajcie, proszę – wskazała im krzesła kobieta.

Pojawili się służący, którzy nałożyli im posiłek oraz nalali wina.

– Od czego powinnam zacząć? – Gabriel odłożyła kielich z winem i spojrzała na nich smutno. – Czego chcecie się dowiedzieć najpierw?

– Kto nas śledzi i dlaczego? Kim ty jesteś? – zaczęła wymieniać jednym tchem Jasmine. – Dlaczego nie możemy wędrować dalej? Dlaczego twój dom jest taki straszny? Dlaczego stoi w lesie? Dlaczego jest tutaj tyle posągów aniołów?

– W takim razie zacznę od mojego początku – uśmiechnęła się lekko. – Rozumiem, że Lobi nie powiedziała ani słowa na mój temat.

– Raczej nie – odezwał się Levis. – Nie powiedziała nic, nawet czemu jesteś wśród nas, jeśli dobrze zgaduję, kim jesteś.

– Wyobraźcie sobie człowieka, który przez całe życie wierzył, że gwiazdy słyszą ludzką mowę, że czasami spadają na ziemię, by stać się ludzkimi istotami i żyć wśród zwykłych ludzi…

***

Tak właśnie zaczyna się ta historia.

Człowiek ten wierzył, a swoją wiarę wlał w dusze swoich dzieci, wnucząt i tak na pokolenia, aż stało się to legendą, nie wiarą.

W tym czasie, na niebie pojawiły się dwie nowe gwiazdy, jedna widoczna była w ciągu dnia, druga w nocy. Bliźniacze siostry, które nigdy nie mogły się spotkać. Opowiadano legendy, że jest to kara za ich nieposłuszeństwo wobec Stwórcy, ale śmiertelnicy nie znali prawdy.

Prawda, w sumie, czym ona była w tej historii?

Przyszła noc, wyczekiwana przez wszystkich jak co roku, kiedy to całe niebo usiane było spadającymi gwiazdami.

Spadające gwiazdy… to było marzenie każdego człowieka – mieć taką, która będzie spełniać twoje życzenia.

Traf chciał, że jedną z gwiazd znalazł potomek owego starszego pana, który tak usilnie wierzył w ich moc. Chłopiec ten podniósł kawałki kamienia, jakie pozostały po niej i wypowiedział życzenie: „By gwiazdy, które są przeklęte spotkały się kiedyś i złamały klątwę oraz by jedna z nich została ze mną na wieki.” Kamienie zaiskrzyły się, a potem zniknęły w jego dłoniach. Rozczarowany chłopiec wrócił do domu i zapomniał o całym zdarzeniu.

Minęły lata. Z chłopca śmiertelnik stał się dorosłym mężczyzną, który pasjonował się muzyką, teatrem i malarstwem. Został znanym artystą, który zarówno grał, jak i pisał sztuki teatralne. Potrafił godzinami przesiadywać w swojej pracowni bądź w ogrodzie i tworzyć, czasami nawet malował.

Raz, podczas malowania, zobaczył dziewczynę w swoim ogrodzie. Siedziała na huśtawce i patrzyła w niebo. Była piękna, ni stara, ni młoda, wydawało się, że jej cała postać błyszczy, a we włosach mienią się klejnoty.

Podszedł do niej cicho, by nie uciekła i patrzył urzeczony.

– Dlaczego tak mi się przyglądasz? – Zapytała nagle, odwracając twarz w jego stronę.

– Bo wydaje mi się, że widzę Anioła – odpowiedział i podszedł do niej. – Kim jesteś?

– Kiedyś mały chłopiec znalazł kamień, będący częścią gwiazdy, która spadła. Wypowiedział wtedy życzenie, a nawet dwa. Chciał, by dwie gwiazdy, bliźniaczki, spotkały się choć raz i by jedna z nich została z nim na zawsze. On zapomniał, ale życzenia wypełniły się. Dwie siostry spotkały się, na swoje nieszczęście, a jedna z nich została tu, na ziemi, by dzielić z nim swój los.

– Czy to możliwe? – Zatrzymał się przed nią zaskoczony. – Jesteś jedną z tych gwiazd?

– Tak, zawsze świeciłam w dzień, towarzysząc wam. Moja siostra pojawiała się w nocy. Nigdy się nie spotykałyśmy.

– Dlaczego? – Usiadł na trawie przed nią zaciekawiony.

– Jesteśmy bliźniaczkami, lecz moja siostra uważała zawsze, że to ja jestem faworyzowana. Znienawidziła mnie przez to.

– Była o ciebie zazdrosna?

– Tak, choć nie miała ku temu powodów. Zawsze robiłam wszystko, by miała jak najlepiej – powiedziała smutno.

– Co się stało, kiedy się spotkałyście?

– Moja siostra bardzo się zmieniła, będąc ciągle otoczona Nocą. Przepełniała ją gorycz i nienawiść, którą skierowała przeciwko mnie. Nie musisz wiedzieć, co się stało. Moja siostra odeszła.

– Umarła?! – Przerwał jej.

– Nie. Odesłałam ją do krainy, gdzie zapadła w sen.

– Ty zostaniesz tutaj, ze mną? – Zapytał nieśmiało.

– Tak, zostanę z tobą.

– Nie chcesz wrócić do swojego domu?

– Nie, podoba mi się tutaj. Zawsze chciałam zobaczyć jak to jest żyć jak śmiertelnicy.

– Jak masz na imię?

– Nie mam imienia. Powinnam je mieć? – Posmutniała.

– Czy mogę ci je nadać?

– Chyba tak – powiedziała nieśmiało.

– Czy może być Gabriel? Jesteś piękna, jak Anioł. Czytałem kiedyś książkę o Aniele, Gabriel, która była najpiękniejszym Aniołem, jaki się narodził. Ty jesteś piękna, nawet wydaje mi się, że słowo piękna to jest jeszcze za mało.

– Gabriel?

– Podoba ci się?

– Tak, bardzo – uśmiechnęła się szeroko. – Dziękuję.

– Jestem William – ukłonił się jej. – Chodź, pokażę ci mój dom, który będzie od dzisiaj też twoim domem. Nie oczekuję, że się we mnie zakochasz i zechcesz zostać moją żoną, dlatego sama zdecydujesz, czy zostaniesz tutaj, czy odejdziesz.

– Czy naprawdę, pomimo swojego życzenia, pozwoliłbyś mi odejść, gdybym chciała?

– Nie chcę żebyś była nieszczęśliwa z mojego powodu. Chcę być twoim przyjacielem, nie wrogiem.

Poprowadził ją do domu, tego samego, w którym podróżnicy słuchali tej historii. Wtedy jednak nie był tak bogato zdobiony i nie posiadał rzeźb.

– Mieszkam sam, gdyż moja matka umarła przy moich narodzinach, a ojciec dwa lata temu.

– Był ciężko chory – stwierdziła.

– Skąd wiesz?

– Obserwowałam cię od chwili, kiedy dowiedziałam się, że będę z tobą.

– Czyli nie muszę ci opowiadać o sobie, bo wszystko wiesz.

– Tak, ale nie wiem jakim jesteś człowiekiem. Widziałam wiele twoich czynów, ale twojego serca jeszcze nie znam.

– Mam nadzieję, że kiedy je poznasz, nie rozczarujesz się.

Zaprowadził ją do jadalni, gdzie razem zjedli obiad.

– Wydaje mi się, że przydałyby ci się jakieś suknie, zapewne niczego nie masz.

– Czy to nie wystarczy? – Dotknęła skromnej sukienki, którą miała na sobie.

– Raczej nie, ale nie martw się, zaraz pojedziemy do sklepu i kupimy ci wszystko, czego będziesz potrzebować.

Przygotowano powóz i ruszyli do miasta. Gabriel pierwszy raz mogła zobaczyć, poczuć i dotknąć tego wszystkiego, co przez całe swoje istnienie tak uważnie obserwowała. William nie potrafił ukryć radości, jaką sprawiało mu opowiadanie o wszystkim, co ich otaczało, wyjaśnianie po co jest każda rzecz i w jaki sposób można jej używać. Lecz największą przyjemność sprawił jej, kiedy weszli do sklepu z sukniami. Zaraz zajęła się nią krawcowa, która przynosiła coraz to wspanialsze i piękniejsze suknie, gdyż Gabriel nie tyle nie mogła się zdecydować, co chciała wszystkie zobaczyć, dotknąć. Interesował ją każdy szczegół materiału, każda ozdoba i haft. Krawcowej tak to zaimponowało, że zaproponowała jej, by przychodziła do jej sklepu, a ona będzie jej wszystko tłumaczyć i uczyć swojego fachu.

Ludzie nie pytali skąd pochodzi Gabriel, kim jest i co robi. Szanowali Williama za jego ciężką pracę oraz znali jego rodzinę przez tyle pokoleń, że z góry uznali Gabriel za dobrą osobę i od razu przyjęli do swojej małej społeczności.

Dziewczyna spędzała czas czytając, słuchając muzyki, poznawała wszystko to, czym otaczał się William. Pokochała kwiaty, potrafiła spędzać całe dnie w ogrodzie przyglądając się im i wdychając ich zapach. Kiedy William pokazał jej, jak malować farbami, tworzyła wspaniałe obrazy ogromnych polan pokrytych kwiatami, albo wybierała jeden, konkretny, który uznała za najpiękniejszy i uwieczniała go. Drugim jej ulubionym zajęciem było przesiadywanie u pani Moriss, krawcowej, która po jakimś czasie tak przyzwyczaiła się do jej towarzystwa, że zaczęła traktować jak własną córkę, której nie miała. Nauczyła ją wszystkiego, co potrafiła, a Gabriel rozwinęła te umiejętności uwieczniając to, co kochała, czyli kwiaty. Potrafiła je zrobić ze wszystkiego – albo układała je z fałd materiałów, albo haftowała, robiła oddzielnie i przyszywała do gotowych już sukien. Dzięki temu salon pani Moriss stał się sławny na całą okolicę. Później pojawiali się ludzie z odległych miejscowości, którzy przyjechali specjalnie po suknie zdobione przez Gabriel.

Czas mijał, a Gabriel nie decydowała się opuścić Williama, pomimo tego, że miała jego pozwolenie. Mężczyzna był dumny, że ludzie ją pokochali, nie zadając żadnych pytań. On również ją pokochał, od momentu, kiedy ją zobaczył, ale uświadomił to sobie o wiele później.

Tworzył sztuki, malował, pisał książki, a kiedy chciał się oderwać od tego świata, spędzał czas z nią, siedząc w ogrodzie i słuchając jej opowieści o kwiatach. Nigdy nie mówiła o czasach, gdy żyła jako Gwiazda, jakby o tym zapomniała albo chciała zapomnieć. Szanował jej decyzję i nie pytał. A mógł. Raczej powinien był, gdyż to wyjaśniłoby wiele spraw, mogłoby nawet zmienić to, co wydarzyło się później.

Po dwóch latach pobrali się, byli ze sobą szczęśliwi. Kochali się.

William tworzył, był u szczytu swojej kariery, robił to wszystko myśląc tylko o Gabriel, a ona czerpała z tego radość.

Do czasu. Zaproszono go do odległego miasta na konferencję poświęconą sztuce teatralnej. Miał być głównym gościem. Chciał, by pojechała z nim, jak zawsze, ale pani Moriss, z którą się zżyła, rozchorowała się ciężko i dziewczyna nie chciała jej opuścić. Pojechał sam.

Wrócił po trzech tygodniach, tak jak obiecał. Niby nic się nie zmieniło, lecz ona wyczuła zmianę w jego sercu. Zachorował. Była to dolegliwość, na którą żaden lekarz nie potrafił znaleźć lekarstwa. William zamykał się w swojej pracowni i przesiadywał tam godzinami. Czasami, kiedy odzyskiwał na chwilę zmysły, malował obrazy przedstawiające posągi Aniołów, nimf, niewiast i zakapturzonych postaci, które, jak mówił, śniły mu się, a miały chronić Gabriel. Nigdy jednak nie chciał powiedzieć przed czym miały chronić. Dawał je do rzeźbiarzy, którzy wiernie odtwarzali jego dzieła. Ozdabiał nimi ogród, dom, aleję prowadzącą do domu i tą przed bramą wejściową. Po pewnym czasie stało się to jego obsesją.

Mieszkańcy wspierali dziewczynę, jak tylko mogli. Lecz nikt nie przewidział, że młody panicz zniknie pewnego dnia we własnym ogrodzie, by już nigdy się nie pojawić…

***

– To tyle? – Zdziwiła się Jasmine. – Uważasz, że to nam wyjaśniło całą sprawę?

– Ależ nie, to jest dopiero początek. Wierzchołek góry lodowej – podała kielich, by nalano jej ponownie wina.

– Co masz na myśli? – Levis spojrzał na nią uważnie.

– Czy kiedy szliście przez mój ogród, nie mieliście uczucia, że ktoś was obserwuje, że ktoś idzie za wami?

– Tak było – odpowiedział.

– Właśnie – odłożyła kielich na stół. – Od tego się zaczęło. Kiedy William zniknął, nie wiedziałam, co się stało, gdzie go szukać. Czekałam, łudziłam się, że wróci. Ale tak się nie stało. Zamiast tego, coś zaczęło się dziać w ogrodzie. Jakieś szmery, ruchy, zawsze, kiedy nikogo tam nie było, wieczorem i nocą. Mijał miesiąc za miesiącem, a ja wciąż go szukałam. Zaczęłam przeszukiwać dom, mając nadzieję, że coś znajdę, jakiś ślad, wskazówkę, gdzie może być. Zamiast tego znalazłam jego pamiętnik, a raczej zapiski. Nie były systematyczne. Czasami były to kartki zapisane maczkiem, czasami jedno zdanie. Jednak pozwoliły mi domyśleć się, co się tak naprawdę stało.

– Co z tymi głosami z ogrodu? – Przerwał nagle Gavson dziwnie zdenerwowany.

– Głosy należą do posągów, które mijaliście zarówno w ogrodzie, jak i przy alei do domu. Mój ukochany kazał je wykonać z jakiegoś magicznego kamienia, który je ożywił. Strzegą mnie, dlatego otaczają dom; kiedy odejdę, pójdą za mną. A kiedy nadejdzie czas, przebudzą się.

– Przebudzą się? – Zdziwiła się Lobi. – Co masz na myśli?

– Teraz są to kamienne posągi, a w nich zaklęte duchy. Kiedy nadejdzie czas, obudzą się i zrzucą swoje skorupy, staną się sobą.

– Wróćmy do zapisków – poprosił Levis. – Co takiego odkryłaś?

– Moją siostrę ktoś przebudził.

– Czy to możliwe? – Poruszyła się Lobi. – Mówiłaś, że ją uśpiłaś.

– Tak, uśpiłam. Jednak, jeśli ktoś dysponował odpowiednią magią i potęgą, mógł ją obudzić i właśnie to zrobił. Ona zaś, żeby się zemścić na mnie, odebrała duszę Williamowi.

– Zabrała duszę?! – Poderwał się Gavson. – Jak to zabrała duszę?!

– Gavson, co się dzieje? – Popatrzyła na niego uważnie. – Czy coś cię trapi?

– Jak ona mogła zabrać mu duszę?!

– Nie wiecie, co się tak naprawdę wydarzyło między mną a moją siostrą… – Westchnęła.

Służący zabrali resztki potraw i sprzątnęli ze stołu, pozostawili jedynie świeczniki, kielichy oraz dzbany wypełnione winem.

– Powiedz nam – Lobi oparła się o krzesło, krzyżując dłonie. – Widzę, że jest wiele rzeczy, których mi również nie powiedziałaś.

– Owszem, nie wiń mnie za to, tak było bezpieczniej dla ciebie i dla mnie. Nie będę mówić wam, dlaczego nas rozdzielono, ludzie mieli rację, zostałyśmy przeklęte. A raczej moja siostra. Nie jest ważne, dlaczego. Chodzi o to, że pozostała w Mroku, Noc ją ciągle otaczała, niezależnie od pór roku i dni. Latami, wiekami, ciągle to samo. Stała się Czarną Gwiazdą, taką, która traci blask, która traci duszę i zaczyna karmić się duszami innych.

– Ona zjadła duszę Williama?! – Wyprostowała się Lobi.

– Nie, jego nie. On jest przy niej, uwięziła go w Pozytywce. Ale o niej opowiem innym razem, teraz chcę wyjaśnić wam, dlaczego nie jesteście bezpieczni. Moja siostra znalazła Przewodnika, czyli kogoś, kto jest od niej potężniejszy i oddaje jej swoją moc, towarzyszy jej, pomaga. Ona dąży do tego, by zniszczyć wszystko, co kocham, czyli tę krainę. Niesie za sobą zagładę, dlatego ją przeklęto.

– Jaki ma to związek z nami? – Zapytał Levis.

– Ona obserwuje was od jakiegoś czasu, jej Cienie podążają za wami. Jej myśli skupiają się na Jasmine, wciąż krążą wokół niej. Nie wiem dlaczego.

– Słyszycie? – Gavson zaczął rozglądać się po jadalni.

– Co takiego?

– Ten głos… Szept…

– Nic nie słychać.

– Ale ja słyszę.

– Co takiego mówi ci ten głos? – Gabriel podniosła się z krzesła.

– Woła mnie…

– Skąd?

Gavson zerwał się i wybiegł z pokoju. Ruszyli w ślad za nim. Chłopak biegł przed siebie, nawet na nich nie patrząc. Przebiegali korytarz, pokój za pokojem, wpadli do ogromnej biblioteki, skąd, po krętych schodach, wspięli się do pracowni Williama. Wszystko pokrywały białe prześcieradła, nie było widać niczego, paliły się jedynie pojedyncze świece w rogach ogromnego pokoju. Gavson przebiegł przezeń, podszedł do portretu Gabriel, który namalował Will, przekręcił na złotej ramie różę, a obraz przesunął się, ukazując tajne przejście. Chłopak nawet się nie zawahał, pomimo swojej zajęczej odwagi. Natychmiast wbiegł do środka, chwytając w ostatniej chwili świecznik, by widzieć drogę.

Wąski korytarz prowadził ich przed siebie. Nagle pojawiły się strome schody w dół, a następnie szerszy korytarz. Gdy tylko zeszli po schodach, brzegi podłogi zapaliły się, odkrywając przed nimi rowy wypełnione smołą.

– To się samo zapaliło, prawda? – Zapytała Jasmine. – Dobrze widziałam.

– Tak, zapaliło się – przytaknęła Lobi.

Gavson zwolnił, lecz pewnie szedł naprzód, jakby nie był sobą.

Zatrzymał się dopiero przed ogromnymi, drewnianymi drzwiami, które zabarykadowano dwiema potężnymi belkami połączonymi grubym łańcuchem spiętym na końcu ogromną kłódką.

– Jak to otworzymy? – Zastanowił się Gavson.

– A musimy? – Cofnęła się Jasmine. – Wydaje mi się, że zamknięto to nie bez powodu.

– Ja to zrobię – Gabriel podeszła do drzwi i dotknęła kłódki dłonią. Usłyszeli szczęk i łańcuchy opadły na ziemię.

Gavson ściągnął belki i pchnął drzwi. Ujrzeli przed sobą ogromną komnatę, a raczej pomieszczenie wypełnione wodą, na której znajdował się ogromna platforma w kształcie kwadratu, do której prowadziła wąska ścieżka.

Chłopak uniósł świecznik wyżej i ruszył przed siebie. W miarę, jak posuwał się do przodu, ich oczom ukazywał się niesamowity widok. Ściany pokrywały malowidła ukazujące przeróżne walki, zwycięstwa, hołdy. Wszystko to jednak dotyczyło Aniołów, które walczyły między sobą; różniły się tylko kolorami skrzydeł. Wszystkie piękne, tak bardzo, że nie można było odróżnić kobiety od mężczyzny. Potężne, emanowały siłą, odwagą, mądrością, ale niektóre również okrucieństwem, nienawiścią. Miały krew na dłoniach i uśmiechały się z triumfem.

Po środku platformy znajdowało się podwyższenie, a na nim mały stolik w kształcie dwóch rozłożonych dłoni, tworzących jakby kielich. Wewnątrz nich widniała cienka płyta, a na niej leżała mała, stara książka spięta dwiema sprzączkami połączonymi w jedno zamknięcie na środku okładki. Książka była cała czarna, jedynie sprzączki i zapięcie mieniły się złotawym kolorem, lecz nawet one były tak stare, że ściemniały, wtapiając się w czerń.

– Gavson, nie dotykaj niczego – Gabriel złapała chłopca za rękę. – Nie wiem, kto cię tu przywołał. Ja nigdy nie widziałam tego miejsca, lecz wyczuwam czyjąś obecność. Czy słyszysz jeszcze ten głos?

– Mówi mi, że księga jest dla ciebie… i wisior, a pióro masz oddać Jasmine, będzie ją chronić.

– Wisior? Pióro? Nic takiego tutaj nie widzę – pochyliła się nad rozłożonymi dłońmi.

Ostrożnie podniosła księgę, pod nią leżało białe pióro oraz kryształowy wisiorek w kształcie łzy na długim, srebrnym łańcuszku. Zabrała wszystko, podała pióro Jasmine, a sama spojrzała na wisiorek w swej dłoni oraz na księgę.

– Nie wiem co to wszystko znaczy, ale lepiej będzie, jak wrócimy do mieszkalnej części domu i tam się spokojnie zastanowimy.

W ciszy wrócili do biblioteki, po czym każdy poszedł do swojego pokoju. Milczeniem uzgodnili, że jak na jeden dzień wystarczy im wrażeń i będą dyskutować dnia następnego.

Podróżników obudzono dość wcześnie i od razu zaprowadzono do jadalni, gdzie czkała na nich Gabriel ze śniadaniem.

– Witajcie, przepraszam, że tak wcześnie każę wam wstawać, ale wydaje mi się, że nie ma zbyt dużo czasu na lenistwo – przed nią leżała księga, a na szyi widniał długi łańcuszek z wisiorem.

– Otworzyłam księgę i przeczytałam ją. Kluczem był wisior – miała dziwny wyraz twarzy.

– Co takiego w niej było? – Lobi usiadła obok niej.

– Nie wiem, kto ją napisał i czyj głos słyszał Gavson, ale księga opowiada o mnie. To jest moja prawdziwa historia.

– To ta, którą nam opowiedziałaś nie była prawdziwa?

– Tak mi się wydawało, ale się myliłam. Ktoś musiał mi to wmówić. Nie jestem Gwiazdą i nigdy nią nie byłam.

– To kim jesteś? – Zapytała dziwnie poruszona Jasmine.

– Tego właśnie chcę się dowiedzieć, dlatego postanowiłam, że będę wędrować z wami, jeśli oczywiście mi pozwolicie.

– A twoja siostra?

– To nie jest moja siostra, kazano jej podążać za mną, ale nie wiem dlaczego – potarła czoło. – To jest takie skomplikowane i niejasne.

– Nie martw się, będziesz z nami – Lobi położyła dłoń na jej ramieniu. – Na pewno dowiesz się wszystkiego. Odnajdziesz swoją przeszłość.

Reszta nie odezwała się. Jedynie Levis popatrzył ze smutkiem na Gabriel i wyszedł z jadalni niezauważony przez nikogo.

– Tak mi przykro – pomyślał.

***

Służba przygotowała dla nich wszystko, nawet nie myśleli o drodze, do czasu, kiedy spotkali się w hallu. Gabriel zeszła do nich ostatnia.

– Stuknięty – spojrzała na dzięcioloida – bardzo cię proszę, abyś od tej chwili latał nisko, nad nami, nie oddalał się na więcej niż trzy metry i nie krzyczał. Od tego zależy nasze bezpieczeństwo. Ruszymy przez las, dłuższą drogą, ale bezpieczniejszą, przez Mgliste Polany.

– Ale mówią, że tam straszy – wtrąciła Lobi.

– To stare legendy, nic nam nie będzie, głowa do góry – uśmiechnęła się do nich. – Lobi, czy masz ze sobą swojego pupila? – Zwróciła się do halflinki.

– Oczywiście, jest tutaj – pokazała na specjalną kieszonkę w plecaku, który miała narzucony na plecy. Wewnątrz niej wąż zwinięty w kłębek smacznie spał.

– To bardzo dobrze, przyda się nam jego instynkt w czasie drogi. Biały Kot również idzie z nami – pogładziła zwierzaka, który siedział na końcu poręczy i czyścił sobie łapkę.

Podobnie jak pozostali, miała na sobie strój podróżny – żadnych sukienek, tylko spodnie włożone do wysokich oficerek sznurowanych do kolan, narzucony płaszcz z kapturem i plecak, na dłoniach rękawice bez palców. Biały Kot wskoczył na jej plecak i ułożył się wygodnie w kieszeni podobnej do tej, którą miała w swoim plecaku Lobi. Wzięli swoje kije podróżne i ruszyli ku drzwiom.

– Biały Kot będzie wskazywał nam drogę, jest stworzony z mojej magii, dlatego potrafi znikać i pojawiać się kiedy tylko chce. Jest bardzo dobrym przewodnikiem.

Na koniec Gabriel zwróciła się do służby.

– Opiekujcie się moim domem, do czasu aż wrócę. Jeśli jednak tak się nie stanie, postępujcie tak, jak zapisał pan William w swoim testamencie. Dziękuję wam za waszą pracę i opiekę nade mną.

Ukłonili się jej i odprowadzili wszystkich do bramy.

***

Kamienne pomniki zniknęły zarówno z alei jak i z ogrodu.

– Na nas czas, widzę, że wszystko się już zaczęło – powiedziała Gabriel i ruszyła spowitą gęstą mgłą ścieżką ku lasom, a oni spojrzeli na ogród, który zostawiali za sobą, jej dom, a następnie na drogę przed sobą. Wiedzieli, że czeka ich jeszcze dużo niespodzianek i wyzwań.

Jednym z nich była tajemnica, którą skrywała Gabriel…

 

Autor: Elisabeth Chan

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *