browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek dziewiąty – Kłótnia i sieć

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek dziewiąty
Kłótnia i sieć

 

Dawno minęło południe, gdy ogromny entuzjazm panujący w drużynie przed świtem całkowicie wygasł. Gavson, który od rana z radością wymachiwał nożem ofiarowanym mu przez Dinny’ego, teraz maszerował ze spuszczoną głową. Jasmine zajmowała się przeżuwaniem malin, które rosły wszędzie dookoła. Levis niezmiennie kroczył na przedzie, obwąchując drogę. Odkąd wyruszyli, szli wciąż ciasną, wskazaną im przez niziołki ścieżką, która zdawała się nie mieć końca. Do tego gorące słońce przebijało się przez ciężkie korony drzew i porządnie doskwierało podróżnikom. Wreszcie zdenerwowany Gavson zatrzymał się i ze złością wbił nóż w pobliskie drzewo.

– Dość! Mam tego dość – Zaczął niespodziewanie krzyczeć – Jak długo można iść tą samą niezmienną ścieżką?

– Weź się w garść – Usłyszał jednocześnie od Jasmine i Levisa. Kolejne zdania różniły się już jednak.

– Skoro Thomas odszedł, tylko ty jesteś tu facetem! Zresztą to twoja wyprawa, nie możesz się poddawać! – Krzyczała zdenerwowana Jasmine.

– To dopiero początek! Jeśli zaczniesz wykazywać rozmemłanie już na początku, strach pomyśleć co będzie z nami za trzy tygodnie! – Jak zwykle spokojne echo rozlało się w głowie chłopca.

– Błagam! Tylko nie oboje na raz! Zresztą, macie rację! To moja wyprawa, ja jestem tu facetem i nie zamierzam wykazywać rozmemłania! Tylko powiedzcie mi: po co właściwie za mną leziecie?

Słowa te padły z ust Gavsona szybko i spontanicznie, uderzona nimi Jasmine nagle zamarła, a jej czoło zrosiły krople potu. Jak on, Gavson, mógł zadać jej takie pytanie? Jej – osobie, której zawsze mógł zaufać. Jedynej, której mógł zaufać. Tej, która przecież poszłaby za nim w ogień.

– Bo jestem twoją przyjaciółką – Rzuciła suchą odpowiedź drżącym głosem – Ale oczywiście jeśli nie życzysz sobie mojego towarzystwa, ja mogę wrócić do domu.

– I bardzo dobrze Jasmine, bardzo dobrze! Regulamin zabrania ciągania za sobą kobiet. Nie masz prawa przeszkadzać mi w podróży!

– Nie bądź głupi – Levis użył swej telepatii – Twoje życie może zależeć od tego, czy z tobą pójdziemy.

– I zabieraj tego przemądrzałego kundla! Dość już mam jego drażniącego głosu wewnątrz głowy!

Chłopiec usłyszał szloch za swoimi plecami, lecz natychmiast wyjął z drzewa wbity w nie nóż i pobiegł przed siebie. Po chwili był już sam na sam ze sobą.

***

„Cóż to za beznadziejny przypadek” – Myślał sobie Levis, gdy gonił za swą właścicielką, która cały czas zanosiła się od płaczu biegnąc przed siebie drogą, sprawiającą wrażenie będącej tą samą, którą szli rano – „Ledwo odrósł od ziemi, a już taki chojrak. To niesamowite co się dziś wyrabia z ludźmi. Wiadomo – miał prawo się zezłościć, w końcu nigdy jeszcze nie przeżywał tylu rzeczy na raz. Ale żeby od razu krzyczeć na wszystkich i zostawać samemu, obrażając się na cały świat? I do tego jeszcze Jasmine nie zna się na telepatii. Cóż pozostało mi robić?”

Telepata, mimo swego wieloletniego doświadczenia w tej dziedzinie, miewał chwile, gdy różne myśli zaprzątały mu głowę, ograniczając pole działania mocy. Ta chwila okazała się być taką. Mimo tego, że biegł za swoją panią jedynie o kilka kroków z tyłu, nie wyczuł ogromnego niebezpieczeństwa czającego się na nią za najbliższym drzewem. Co więcej – nie zauważył nawet kiedy zboczyli ze ścieżki, którą powinni się poruszać. Dlatego w ostatniej chwili zatrzymał się przed wielką pajęczą siecią rozpiętą między dwoma pniami wiekowych dębów. Jasmine nie miała tyle szczęścia. Jeszcze przed chwilą zrozpaczona, teraz przerażona i zdziwiona zarazem, tkwiła parę centymetrów nad ziemią przylepiona mocno do grubych nici. Wysoko ponad nią stary pająk zjadał dwie wrony na kolację. Dziewczyna mogła więc zostać dopiero śniadaniem. Levis zaskomlał i obrócił się wkoło. Słońce schowało się za horyzontem.

***

Gavson nie odbiegł daleko. Za chwilę przysiadł na ziemi pod jakimś drzewem i zaczęły go dręczyć wyrzuty sumienia. Myślał o Jasmine, jaką krzywdę uczynił jej swymi słowami i o Levisie, który może nie był zbyt miły, ale jednak w wielu sytuacjach okazywał się pomocny. Zastanawiał się, czy rzeczywiście powinien był postąpić w ten sposób. Myślał nad tym tak długo, że w końcu zasnął.

Śnił mu się Thomas jadący na wielkim, czarnym koniu. Za nim na malutkim kucyku jechał on sam. Thomas co chwila odwracał się i patrzył na chłopca z ukosa. Kucyk potykał się o kamienie i Gavson z trudem utrzymywał równowagę. Gdy kolejny raz zachwiał się w siodle, Thomas odwrócił się i zaczął się śmiać. Wtedy jego twarz zaczęła się zmieniać, w miejsce zębów wyrosły kły które niebezpiecznie zbliżyły się do nogi chłopca, w końcu się w nią wgryzając.

Gavson obudził się zlany potem. Levis szarpał go za nogę, uporczywy głos w głowie powtarzał:

– Wstawaj, nie ma czasu do stracenia!

Chłopiec zerwał się na nogi i zacisnął dłoń na rękojeści noża.

– Jasmine! – Krzyknął i pobiegł w głąb lasu. Levis wkrótce go wyprzedził.

 

Autor: Artdico Gnorofex

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *