browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek dwunasty – Polowanie na śniadanie

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek dwunasty
Polowanie na śniadanie

 

Jasmine z zaciekawieniem przyglądała się medalionowi. Był duży, okrągły, błyszczący. Dziewczyna już sobie wyobrażała jak ładnie wygląda on na jej szyi, ale szybko zreflektowała się, że nie jest to najlepszy moment na takie rozmyślania. W końcu ten wisiorek musiał mieć jakieś inne niż tylko estetyczne funkcje.

– Co to jest? – Zapytała, spoglądając na Levisa.

– Ten medalion to magiczny wynalazek duszków. Gdy trzymasz go w dłoni możesz odbierać moje telepatyczne myśli. Proszę cię jednak, byś nie używała go zbyt często. Ma on także kilka innych funkcji, nie wszystkie są pozytywne. Ale o tym powiem ci później. Teraz moglibyście znaleźć coś do jedzenia, bo jestem trochę głodny. W sumie Gavson może coś upolować, w końcu jest mężczyzną.

Gavson spojrzał z przerażeniem na ciemny las. Oczami wyobraźni widział już stada wilków, smoków, goblinów, orków i przeróżnych innych niebezpieczeństw, które tylko czekały, aby go dopaść i zakończyć jego żywot.

– Nie wiem czy to dobry pomysł… – Bąknął – Jest ciemno… i nieprzyjemnie. A poza tym ten las nie wygląda na zamieszkały przez stworzenia zdatne do jedzenia.

– No dobra, przewidziałem, że nie jesteś w stanie zaopatrzyć nas w pożywienie. Na całe szczęście mam plan awaryjny. Nazbieraj szyszek a ja zajmę się resztą.

– Ale po co nam te szyszki?

– Nie zadawaj głupich pytań. Chcesz coś jeść czy nie?

– No chcę…

– Pełnym zdaniem się odpowiada. Kultury trochę, w końcu jesteś już dorosły i powinieneś umieć się zachować.

– Chcę coś zjeść na śniadanie i nie chcę żeby to były szyszki – Gavson nie był wbrew pozorom w ciemię bity i chciał się zabezpieczyć na wypadek gdyby Levis kazał mu te szyszki zjadać.

– Ojej, trochę wiary w moje siły. Jak mówię żebyś przyniósł szyszki to zrób to. Jadłeś kiedyś szyszki przyrządzone przeze mnie?

– Nie.

– No widzisz, sam nie wiesz jak one smakują a już narzekasz. Zrób to, o co proszę a będziesz jadł naprawdę pyszne śniadanie.

Zrezygnowany Gavson podreptał szukać szyszek. Wiedział, że z psem nie wygra. Bał się, że go zdenerwuje. Levis mógł się obrazić i nie chcieć zrobić śniadania. Wprawdzie perspektywa jedzenia gotowanych szyszek nie wyglądała zbyt ponętnie, ale była zdecydowanie lepsza niż perspektywa nie jedzenia niczego. Za człapiącym w stronę lasu Gavsonem podążyła Jasmine.

– Zaczekaj! – Zawołała – Nie denerwuj się tak.

– Jak mam się nie denerwować skoro ten parszywy kundel każe mi wsuwać gotowane szyszki?

– Oj, nie narzekaj. Dopiero płakałeś, że umiera, a ledwo wstał i już się na niego wkurzasz. Mogło być przecież gorzej…

– No pewnie, mógłby kazać mi jeść surowe szyszki.

– A widzisz, zawsze trzeba szukać pozytywnych stron sytuacji, w jakiej się znajdujesz.

Gavson westchnął lekko, ale nie wyglądał jeszcze na pocieszonego.

– A pamiętasz tą zimę, kiedy w Herbertown panował głód? – Jasmine była zdeterminowana by poprawić humor Gavsonowi.

– Pamiętam.

– A pamiętasz co wtedy jedliśmy?

– Wędzony śnieg.

– No widzisz, jedzenie wędzonego śniegu wcale nie było takie fajne, ale musieliśmy to robić, bo nie mieliśmy wyjścia. Z szyszkami jest podobnie. A teraz uśmiechnij się, bo może się okazać, że te szyszki nie będą takie złe i niepotrzebnie się przejmujesz.

Gavson uśmiechnął się, a Jasmine była zadowolona, że udało jej się go pocieszyć. Razem szybko nazbierali szyszek.

– Masz tu swoje szyszki – Gavson wysypał wszystkie nazbierane szyszki przed nosem Levisa. Levis przekrzywił łebek. Widać było, że szyszki mu się podobają. Zauważył, że Jasmine trzyma się za medalion.

– Jasmine, przynieś mi proszę garnek.

– Ale… my nie mamy garnka.

– Leży w krzakach na lewo.

Jasmine zajrzała w krzaki po lewej stronie i znalazła garnek. Garnek duży, okrągły, trochę zardzewiały, ale nie miał w sobie żadnej dziury, więc nadawał się do użytku.

– Skąd wiedziałeś, że w krzakach jest garnek?

– W końcu jestem telepatą. A teraz musicie zdobyć wodę ze strumyka.

– Jasne. Levis mówi, żebyśmy poszli znaleźć wodę – Gavson odruchowo powtórzył Jasmine, ale ta odpowiedziała:

– Wiem. Przecież gdy trzymam medalion w dłoni, to słyszę jego głos.

– Mówiłem ci Jasmine, żebyś nie korzystała z niego bez przerwy. Zresztą będzie nam potrzebny do ugotowania zupy. Musicie przynieść wody, wrzucić szyszek, włożyć medalion i zagotować.

– Idziemy.

Jasmine złapała garnek w jedną dłoń, rękę Gavsona w drugą i pociągnęła go w głąb lasu nim zdążył zaprotestować.

– Jasmine – Zaczął przerażony chłopiec – Gdzie my znajdziemy strumyk? Szyszki to nie problem, ale woda nie rośnie na drzewach.

– Ale z ciebie mazgaj. To przecież las obfity w wodę. Tu gdzieś na pewno płynie jakaś rzeczka.

I rzeczywiście, nie przeszli dziesięciu kroków odkąd Jasmine skończyła mówić, gdy Gavson wszedł w coś mokrego i zamoczył buta.

– Choroba! – Krzyknął i cofnął momentalnie nogę.

– No widzisz – Jasmine schyliła się i zaczerpnęła pełen garnek wody z szemrzącego strumyczka – I nie pytaj jak wrócimy. Idziemy po naszych śladach.

Gdy dzieci wróciły na ścieżkę Levis dorzucał drew do palącego się tam ognia.

– Levis, jak rozpaliłeś ogień? – Jasmine chwyciła medalion w dłoń.

– Ma się ten fach w łapach. Teraz trzeba wrzucić szyszki i medalion – Levis dzielnie zarządzał przygotowywaniem śniadania – A teraz na ogień i czekamy.

Po 20 minutach Levis kazał Gavsonowi sprawdzić czy zupa już gotowa. Gavson zajrzał do środka. Woda chyba zabarwiła się na żółto, choć to mogło być tylko złudzenie, że szyszki puszczają soki. W wodzie lub tym, co było kiedyś wodą pływało pięć dorodnych szyszek, a na dnie garnka leżał wisiorek. Zapach, który wydobywał się z zupy nie był specjalnie odpychający. Nie był również za bardzo pociągający. Był nijaki. Gavson zastanowił się chwilę czy to, na co patrzy jest już zupą czy może jeszcze wodą. Był strasznie głodny, wszystko się w nim skręcało, nie mógł się już doczekać, kiedy będzie mógł włożyć coś ciepłego do ust. Zapach, który czuł coraz bardziej przypominał zapach rosołu a ciecz, na którą patrzył wydawała się coraz bardziej apetyczna.

– Gotowe! – Krzyknął.

– Świetnie – ucieszył się Levis – Dawaj to tutaj.

Cała trójka szybko opróżniła garnek rosołu. Wszystkim bardzo smakowało. Rosół z szyszek smakował inaczej niż rosół z kury albo rosół wołowy. Rosół z szyszek nie był gorszy od innych rosołów – był po prostu inny. Pod pewnymi względami można powiedzieć, że był nawet od innych rosołów lepszy. Kolor miał żółty, smak trudny do określenia, zapachem przypominał las. Gavsonowi było wstyd, że wcześniej wybrzydzał na pomysły kulinarne Levisa.

– Przepraszam Levis – chciał zrekompensować psu swoje wcześniejsze zachowanie.

– Za co?

– Za to, że narzekałem na twój pomysł zrobienia rosołu z szyszek. Myślałem, że nie będzie się tego dało zjeść, a tak naprawdę był pyszny. Było nawet lepsze niż wędzony śnieg mojej mamy. Ten medalion jest naprawdę cudowny.

– Nie ma sprawy – pies ziewnął – A słyszałeś kiedyś o efekcie placebo?

– Nie. A co to jest?

– Nieważne. Lepiej prześpijmy się przed dalszą podróżą, bo za nami nieprzespana noc.

Położyli się, więc na ziemi i szybko posnęli szczęśliwi, z pełnymi żołądkami.

I spali długo i szczęśliwie.

 

Autor: Włóczykij

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *