browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek dwudziesty pierwszy – Trzy sny

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek dwudziesty pierwszy
Trzy sny

 

Wprawdzie na Mglistych Polanach nie dało się używać magii, ale to nie znaczy, że nikt nigdy nie próbował. Wręcz przeciwnie – właśnie dlatego, że był to teren tak bardzo tajemniczy, wielu znakomitych magów usiłowało go odczarować. Zużyta w tym celu energia gromadziła się w jednym miejscu, na drodze między Gołębnikiem a Dervergiem. Miejsce to było swego rodzaju niszą, jakby zagłębieniem w barierze nieprzepuszczalnych mgieł. W tym właśnie miejscu działy się rzeczy nieprzewidywalne. Nie dało się ich fizycznie zaobserwować. Nie pojawiały się żadne dziwne zjawiska atmosferyczne, ani latające dzbanki. Zdarzało się natomiast, że przejeżdżający tamtędy podróżnicy, ogłuszeni wiązką skumulowanej magii, zapadali w twardy, tajemniczy sen. Kiedy powóz, którym podróżowała Jasmine z drużyną przetoczył się przez ten zadziwiający punkt, spotkało to również trzech towarzyszących dziewczynce mężczyzn. Levis bacznie obserwował Taurusa, którego osobiście najbardziej podejrzewał o dokonanie zabójstwa w czasie pobytu w Gołębniku. Zdziwiło go, że mężczyzna, czuwający tak twardo jak on, nagle zamknął oczy i opadł na ściankę powozu, głośno chrapiąc. Pies usłyszał podobne chrapanie za swoimi plecami, odwrócił więc głowę i ujrzał uśpionego Gavsona. A kiedy właśnie pomyślał, że dzieje się coś niedobrego, sam opadł zemdlony na podłogę i zachrapał po psiemu. Potem próbował się obudzić, ale jego świadomość powędrowała w zupełnie innym kierunku.

***

Gdy Levis dotarł do Herbertown zbliżał się świt. Pies był zmęczony długą podróżą na swoich starych łapach. Położył się na skraju lasu, aby chwileczkę odpocząć nim znajdzie przyjazny dom do którego go przygarną. Słońce powoli wschodziło nad drzewa, a jego promienie delikatnie grzały obolałe kości psa.

Był akurat dziewiąty dzień tygodnia. Dzień, kiedy odprawiano kult dla Jedynego, aby uczcić Jego dzień odpoczynku. Ludzie wierzący mieli w tym dniu nie pracować, ani nie podróżować. Jednak niektóre obowiązki trzeba było przedłożyć nad dzień święty.

– Och, to będzie wspaniały dzień – powiedziała jedna kobieta do drugiej, gdy przechodziły obok zacisznego legowiska Levisa.

– Masz rację, moja droga – odpowiedziała druga. – Ciekawe, czy Marta dziś przyjdzie?

– Sama nie wiem. Ledwo chodzi, a jeszcze Thomas tak dokazuje.

– Thomas… Urocze dziecko. Jakbym mogła, to bym go wycałowała. Zazdroszczę jej takiego chłopaczka.

– Mąż też niczego sobie – obie kobiety zaśmiały się i zniknęły za rogiem jednego z budynków. Kundel leniwie powiódł wzrokiem w tamtą stronę. Ziewnął, przeciągnął się w słońcu i odwrócił na drugi bok.

Miasteczko powoli wstawało do życia. Gromadki dzieciaków radośnie biegały między uliczkami, bawiąc się w łapanie smoka. Jedno z nich udawało wielkiego gada, strzegącego swej pieczary z cennym skarbem przez najazdem rycerzy. Skakał, przeskakiwał z jednej kupki siana na drugą, a między nimi miał ułożony duży stos okrągłych kamyków wyłowionych z rzeki. Dzielni mali wojownicy w końcu pokonali smoka, przewracając go na łopatki i łaskocząc. Wszyscy śmiali się do rozpuku niemal płacząc.

– Chodźcie do Thoma! – Zawołało jedno z dzieci.

– Lepiej nie… – odpowiedziało drugie.

– Ja byłam wczoraj u niego i nie chciał się ze mną bawić… – dorzuciło trzecie.

– Odkąd nie ma swojego Burka to z nikim nie chce się bawić – znów rzekło drugie.

– Fajnie się bawiło z Burkiem – powiedziało kolejne dziecko.

– Wiecie co – zagadnęło znowu pierwsze z nich – widziałam, jak u Ani pojawiły się małe kocięta. Chodźcie tam. Przynajmniej będzie jeszcze większe towarzystwo do zabawy.

Dzieciaki radośnie krzyknęły i pędem ruszyły do jednego z domków.

Levis wstał i przeciągnął się. Przez te wrzaski nie mógł zmrużyć oka. Ruszył wreszcie przez miasteczko, podążając cienistymi uliczkami, starając się ominąć gromadki dzieci oraz bardziej złośliwej młodzieży. Nie wiedział do końca, gdzie ma szukać domu dla siebie. Za beztroskie włóczenie się po ulicach mogli go zabić lub złapać i wywieźć gdzieś daleko poza obszar miasta. Zawędrował wreszcie do przyjemnego domku, znajdującego się nieco na obrzeżach miasteczka. Usłyszał płacz dochodzący z ogrodu, znajdującego się za domem. Przez dziurę w płocie, którą skrywały krzaki, wszedł ostrożnie na podwórko i trzymając się cienia udał się do ogrodu. Zauważył tam sporą budę stojącą niedaleko tarasu, za nią stała obora z kurnikiem. W niej właśnie siedział mały chłopiec, który gorzko płakał. W rękach trzymał psią zabawkę, którą zaraz mocno rzucił przed siebie. Wylądowała ona niedaleko Levisa.

– Thomasie! – Zabrzmiał głos dorosłego mężczyzny. – Chodź już. Śniadanie czeka.

– Nie kce mi się jeść – odpowiedział maluch, mocno pociągając nosem.

– Mama się martwi o ciebie, a wiesz, że nie powinna. Brat albo siostrzyczka może w każdej chwili się urodzić.

– Ja kce Burka – rzekł dąsając się dalej.

– Jutro pójdziemy na targ i kupimy nowego psa. Burek już nie wróci.

– Ja kce Burka! – krzyknął chłopiec i znów zaniósł się płaczem. Mężczyzna westchnął i powoli podszedł do dzieciaka.

– Synku – zaczął spokojnie kucając. – Wiem, że Burek był twoim najlepszym towarzyszem zabaw, ale na każdego kiedyś przychodzi pora. Nie wszyscy żyją wiecznie. Burek był już stary i zmęczony. Teraz na pewno odpoczywa spokojnie i spogląda na Ciebie z psiego raju.

– Tak… – rzekł malec, pociągając mocno nosem.

– Tak syneczku. Nie musisz się o niego martwić.

– Ale kto się z nim będzie bawił? Kto będzie o niego dbał? Kto da mu kolację?

– Tam na pewno nie jest sam. Jest tam przecież wiele innych piesków, które chętnie się z nim pobawią. No i chyba są tam aniołki, które dbają o wszystko. I o jedzenie też.

– A te inne pieski go nie zagryzą?

– Ależ nie. Tam są tylko dobre pieski, bo te złe poszły do psiego piekła.

– Do psiego piekła?

Mężczyzna przetarł oczy. Thomas był ciekawy i zadawał dużo pytań. Większość jego odpowiedzi była zmyślona i wiedział, że kiedyś będzie musiał jeszcze raz odpowiedzieć na jego pytania z dzieciństwa.

– Tak. To jest miejsce, gdzie trafiają niegrzeczne pieski. Są karane za swoje nieposłuszeństwo, a jak upłynie odpowiednio dużo czasu, to później mają szansę się odrodzić w nowym piesku. A gdy nadejdzie ich czas, to pójdą do psiego raju.

– A czy te dobre pieski się odradzają?

– Być może, ale o tym nie wiem.

– Dlaczego?

– Bo żaden piesek mi jeszcze tego nie powiedział.

– To psy mówią?

Mężczyzna się roześmiał i potargał synka.

– Dość już tych pytań. Sprzątnij te porozrzucane zabawki do koszyka. Po śniadaniu umyjemy je dla nowego pieska, by miał je czyste.

– A kupimy mu nowy kocyk?

– Tak, Thomasie. I sam będziesz mógł go wybrać.

Maluch uśmiechnął się promiennie i rzucił się swojemu tacie na szyję.

– Śniadanie mam zjeść sama, czy się do mnie przyłączycie? – Odezwała się kobieta z wielkim i pękatym brzuchem. Stała w drzwiach, przyglądając się dwóm mężczyznom. Większy wstał i udał się do domu, gdy mały zaczął zgarniać porozrzucane psie zabawki i miski na jedzenie. Zbierał po jednej rzeczy i odkładał je do budy.

„Ciekawe czy Artdico maczał w tym swoje palce” – zastanowił się przez chwilę Levis, spoglądając na samotnie leżącą zabawkę nieopodal. Przyglądał się jeszcze chwilę chłopakowi, nim z okna domu rozległo się wołanie matki, by wreszcie przyszedł na śniadanie.

Thomasowi wydawało się, że sprzątnął już wszystko, co porozrzucał i z podskokiem zaczął iść w stronę drzwi. Nagle kątem oka zauważył brudnego, kudłatego psa, trzymającego w pysku gruby sznur z kijem na końcu. Ten powoli podchodził do chłopca. Położył mu zabawkę pod nogami i usiadł obok, czekając na reakcję.

– Tato! – Zawołał dzieciak i zaraz w drzwiach ponownie stanął wysoki mężczyzna.

– Thomas, ile mamy na ciebie czekać ze śniadaniem? Zaraz kończymy, a ty nic nie zjadłeś.

– Tato…

– Co chciałeś?

– Zobacz. Pies. Chyba chce się bawić. Przyniósł mi zabawkę – chłopiec z radością poniósł zabawkę i pokazał ojcu. Mężczyzna ze zdziwieniem patrzył na psa.

– On może być niebezpieczny. Wracaj do domu.

– Ależ tato… zobacz. On mi nic nie zrobi – chłopiec bez zastanowienia zaczął głaskać psa za uchem, a on lizał go po rękach i twarzy.

– Możemy go zatrzymać? – Poprosił Thomas.

– Najpierw się umyj, a potem porozmawiamy o tym z matką. Zaraz dam mu wody.

Chłopiec w podskokach wszedł do domu i, zauważywszy matkę, zaczął jej opowiadać o przybłąkanym psie. Ojciec Thomasa w tym czasie nalał do jednej z misek trochę świeżej wody ze studni. Levis wiedział, że ci ludzie nie mają zdolności telepatycznych i musiał zachowywać się jak zwykły pies, więc swoją wdzięczność za wodę okazał lizaniem po rękach. Mężczyźnie jednak za bardzo się to nie podobało i kazał mu zostać przy budzie.

Po niespełna półgodzinie wszyscy mieszkańcy domku wyszli na podwórko. Chłopiec ciągnął matkę w stronę zwierzaka, pokazując go palcem. Kobieta przecząco pokręciła głową. Mówiła, że jest strasznie brudny, nie wiadomo skąd jest i ile ma lat. Rzeczywiście nie wyglądał ani na młodego, ani na starego. Jednak chłopiec bardzo prosił rodziców. Levis spokojnie leżał i uważnie się wszystkiemu przysłuchiwał. Widział, że kobieta nie jest do końca pewna. Jednak w głębi duszy miał przekonanie, że trafił pod właściwy adres. Tylko jak tu dotrzeć do serca kobiety, by w końcu była przychylna prośbie synka?

Pies wstał ze swojego miejsca. Z lekko spuszczonym pyskiem podszedł kilka kroków w stronę kobiety, następnie zaczął prosić na dwóch łapkach, spoglądając na nią błagalnie. Sztuczka zadziałała. Kobieta uśmiechnęła się i pozwoliła zostać nowemu pupilowi.

– A jak go nazwiesz? – Zapytała matka chłopca.

– „Mam na imię Levis” – pies rzucił myśl w przestrzeń licząc, że chłopak ją uchwyci.

– Hm… Levis! – Zawołał ten radośnie i uściskał psa.

– Tylko nie zapomnijcie go wykąpać, chłopcy. Jest strasznie brudny. Sprawdźcie czy nie ma pcheł i nie wpuszczajcie go na razie do domu. A, i jeszcze jedno. Nie zapomnijcie o dzisiejszym kulcie.

– Jasne mamo – zawołał radośnie chłopiec.

– Lepiej się połóż, Marto. Ja już zajmę się zmywaniem i dam coś… Levisowi do jedzenia.

Kobieta uśmiechnęła się promiennie i weszła do domu. Chłopiec z ojcem również zniknęli za drzwiami.

Stary pies wiedział, że nie powinien teraz wchodzić do domu. Miał trochę pcheł, które złapał podczas podróży do Herbertown. Może i kleszcz się gdzieś zapodział, ale jakoś nie zwracał na to wszystko uwagi. Miał tylko nadzieję na spokojny odpoczynek w przytulnym, miłym domu. Po chwili wpatrywania się w drzwi zawrócił i schował się w budzie.

Słońce wschodziło coraz wyżej, a powietrze robiło się coraz bardziej gorące. Woda powoli znikała z miski. Pies jednym uchem słyszał domową krzątaninę, a drugim krowę wołającą gospodarza. Mężczyzna wreszcie wyszedł z domu i udał się na pole. Za nim wyszedł mały Thomas niosący pełną miskę gotowanego mięsa i nieco chrząstek. Postawił ją przed nosem psa. Levis wstał i zaczął małą ucztę, chłopiec zaś siedział obok i wpatrywał się w niego jak w obrazek. Maluch dobrze wiedział, że nie wolno przeszkadzać zwierzętom, gdy jedzą.

Gdy miska była już pusta i wylizana niemal do czysta, kundel podziękował swojemu właścicielowi za posiłek liźnięciem po twarzy. Chłopiec wesoło się zaśmiał i objął psa za szyję.

– Trzeba cię wykąpać – powiedział stanowczo, drapiąc psa za uchem. Wstał i udał się do wielkiej szopy. Dał się słyszeć rumor gratów upadających na posadzkę. Levis podszedł szybko do drzwi, by zobaczyć, czy chłopcu nic nie jest. Zaraz za nim w szopie zjawił się ojciec.

– Thom! Co ty wyrabiasz? – Zapytał, widząc chłopca próbującego wyciągnąć wielką metalową wanienkę.

– Chcę wykąpać Levisa – odpowiedział, siłując się.

– Nie mogłeś mnie zawołać? Matka już się boi, żeś sobie jaką krzywdę zrobił. Idę ją uspokoić i zaraz tu wrócę. Do tego czasu niczego nie ruszaj i wyjdź stąd.

– Dobrze tato – odrzekł chłopiec i posłusznie wyszedł z pomieszczenia. Odprowadził ojca wzrokiem do domu, opierając się o ścianę. Dłuższą chwilę czekał, aż wreszcie ujrzał mężczyznę z kocem i mydłem w ręku. Ojciec rzucił to wszystko na środek podwórka. Następnie, potargawszy syna, wszedł do szopy i zaczął wyciągać wielką wanienkę.

Levis przyglądał się wszystkiemu bacznie. Kąpiel, zwłaszcza z użyciem mydła nigdy mu się z niczym przyjemnym nie kojarzyła. Wiedział jednak, że od tego nie ucieknie. Obserwował jak dwaj mężczyźni pomagali sobie wzajemnie wlać wodę do wanienki. Ojciec wrócił jeszcze na chwilę do domu po czajnik z ciepłą wodą. Powoli mieszał ją z tą ze studni. Gdy wydała mu się już odpowiednio ciepła, odniósł czajnik na miejsce i zawołał psa. Kundel, ze zwieszoną głową powoli podszedł do swej myjni. Niechętnie spojrzał na wodę, a jeszcze mniej chętnie na mydło. Chłopiec coraz bardziej nalegał by ten w końcu wskoczył, a ojciec już miał wstać, by go samemu wrzucić.

„Oby tylko mydło nie weszło mi do oczu” – pomyślał psiak i wolno wszedł do wanienki. Jak na upalny dzień woda nie była ani przerażająco zimna, ani specjalnie gorąca. W sam raz na kąpiel, choć Levis zdecydowanie wolałby popływać dłuższy czas w rzece bądź w innym naturalnym zbiorniku wodnym. Uważnie słuchał komend jakie mu wydawali: siad, wstań, podaj łapę. Chłopiec ostrożnie polewał go wodą z kubeczka po grzbiecie, a gospodarz porządnie mydłem wymasował skórę i wyszorował sierść. Za pysk wzięli się jednak zdecydowanie spokojniej. Delikatnie, wielkimi rękoma, mężczyzna umył mu uszy, okolice oczu i resztę pyska. Niestety nie udało się idealnie omijać psich ślepi, pies wiedział jednak, że nie robili tego specjalnie, skoro szybko polewali wodą podrażnione miejsce. Wreszcie przyszedł czas na spłukanie całych mydlin. Za pomocą kubeczków zaczęli spłukiwać powstałą pianę z psa, dodatkowo go jeszcze masując. Ojciec Thoma uważnie przesuwał palcami po całej skórze, szczególnie uważając na miejsca, w które lubią się wgryzać kleszcze. Gdy było już po wszystkim, Levis mógł wyskoczyć z wanienki. Natychmiast zarzucono nań wielki koc i zaczęto wycierać. Nie zapomnieli jednak o zwyczaju psów, które zawsze się otrzepują, zostawili więc kundlowi na grzbiecie koc, by wszystkich nie ochlapał. Napuszona teraz sierść wyglądała nieco zabawnie.

Chłopiec wyciągnął z budy koc, na którym miał spać nocą Levis, aby teraz położył się na nim na słońcu i porządnie wysechł. Następnie Thom z ojcem wzięli się za sprzątanie. Razem unieśli wanienkę pełną wody i zanieśli za oborę, by wylać tam pomyje. Następnie radośnie powrócili na podwórko i zajęli się dalszym sprzątaniem.

Słońce wskazywało już południe. W drzwiach domu pokazała się gospodyni. Uśmiechała się serdecznie do wszystkich.

– Chodźcie. Już czas – zawołała bawiących się mężczyzn. Gospodarz podrzucił w górę syna dwa razy i udał się do obory. Wypuścił krowy i zagnał na pastwisko tuż za stodołą, gdzie było dużo cienia. Wysuszony już Levis chętnie udał się za nieznośnymi krowami i kilkoma szczeknięciami przywołał je do porządku. Przyjrzał się jak pan wbija łańcuch w ziemię, by zwierzęta za bardzo się nie porozchodziły. Jedno stanęło niedaleko gospodarza i dumnie uniosło swój długi ogon. Pies szybko odciągnął pana w bok, aby nie został udekorowany plackiem od nieznośnej krowy. Gospodarz podziękował psu drapaniem za uchem, a następnie wrócili na podwórko. Koło domku, w kolejnej szopie, leżało drewno na opał. Mężczyzna wziął kilka kawałków i zaczął je ustawiać na wypalonej już trawie, odgrodzonej od tej zielonej kamieniami. Levis chętnie biegał po kolejne kawałki drewna, aby stosik był odpowiednio zrobiony. W momencie, kiedy skończył, z domu wyszła reszta rodziny. Kobieta niosła wielki talerz mięsa, a chłopiec koc, który zaraz zaczął rozkładać na ziemi niedaleko stosu.

Kundel usiadł z boku i uważnie się wszystkiemu przyglądał. Mięso pachniało mu smakowicie, aż miał ochotę natychmiast je zjeść. Wiedział jednak, że musi poczekać aż gospodarze zakończą swój kult.

Mały Thom chętnie biegał do domu i z powrotem co chwilę coś przynosząc: a to talerze, a to nóż, a to koszyczek z chlebem, a to szklanki i dzbanek z winem. Po skończonej gonitwie chłopiec usiadł obok matki, wtulił się w jej ramię i bacznie przyglądał się ojcu odprawiającemu ceremoniał.

Pomimo przyjemnego zapachu pieczonego mięsiwa, Levis uważnie przyglądał się ciężarnej. Nie obejmowała już chłopca, którywpatrywał się w swego ojca. Masowała ręką brzuch i lekko przygryzała wargę. Dyskretnie i spokojnie zmieniała pozycję z jednej strony na drugą. Wciąż jednak spoglądała na swojego męża. Kundel wyczuł, że nadszedł już czas porodu, ale kobieta nie chciała przerywać obrzędu. Jednak naturze nie powinno się przeszkadzać. Levis zerwał się na nogi i zaczął szczekać. Szarpnął mężczyznę za nogawkę i zaraz podbiegł do kobiety. Polizał jej dłoń i znów wrócił do mężczyzny.

– Levis! – Upomniała go kobieta. – Uspokój się! -Westchnęła głębiej i zacisnęła wargi.

– Marto, masz skurcze? Czemu nic nie powiedziałaś wcześniej? – Rzekł mężczyzna i czym prędzej zdjął mięso na talerz. Podszedł do kobiety, pomógł jej wstać i powoli zaprowadził ją do domu.

– Thomas, zawołaj panią Catherine. Powiedz jej, że mama rodzi – zwrócił się do chłopca, stojąc w drzwiach.

Levis pospiesznie pobiegł za chłopcem. Widać było, że ten nie do końca pamiętał drogę do domu akuszerki. Pies złapał go za bluzkę i pociągnął za sobą. Kobieta mieszkała niecałe dwie przecznice od nich. Kiedy zapukali do drzwi, długo nikt nie otwierał. Levis szczekał jak szalony, aż wreszcie z podwórka nadszedł rosły mężczyzna, z kijem w ręku. Nie miał zadowolonej miny.

– Czemu ten pies tak szczeka!? Przeszkadza nam w obrzędzie! – Powiedział rozłoszczony.

– Kto tam kochanie? – Usłyszeli przyjemny głos starszej kobiety. – Czemu ten pies tak ujada?

– Mama rodzi – powiedział szybko chłopiec, który był nieco przerażony zachowaniem mężczyzny.

Kobieta powiedziała coś pod nosem i wbiegła do mieszkania. Po chwili była już na zewnątrz, trzymając w ręku dużą torbę. Wzięła chłopca za rękę i razem powrócili do domu, gdzie czekali rodzice. Thomas musiał zostać na zewnątrz. Nie pozwolili mu wejść do środka. Słyszał jak matkawyzywa męża od najgorszych, a ten co chwila wchodził i wychodził, niosąc ze sobą wiadra wody, które podgrzewał na ognisku. Levis grzecznie leżał u stóp pozostawionego samotnie chłopca. Próbował go jakoś zabawić, lecz on wolał spoglądać na pojawiającego się na podwórku i znikającego ojca. Obaj słyszeli jak matka krzyczy w czasie skurczu. Akuszerka ciągle ją uspokajała i kazała oddychać. W bramie pojawiło się kilku sąsiadów, zainteresowanych krzykami dochodzącymi z domu. Pewna starsza pani zawołała chłopca do siebie. Thomas nie był zbyt chętny do podejścia, ale pies nakłonił go do ruszenia się z miejsca.

– Co się dzieje, Thomasie? Coś nie tak z twoją mamą? – Zapytała staruszka.

– Tata powiedział, że mama zaczęła rodzić – rzekł smutno.

– To nie cieszysz się, że będziesz miał siostrzyczkę lub braciszka?

– Ale ja z tatą po obrzędzie miałem iść do lasu na szyszki i mieliśmy budować szałas, i pozbierać grzyby na jajecznicę, i… – chłopiec zaszlochał cichutko.

– Nie martw się, Thomasie – odezwała się mała dziewczynka stojąca obok staruszki. – Zobaczysz. Młodsze rodzeństwo nie jest takie straszne. Na pewno jak podrośnie będziecie fajnie się bawić i… O! Masz już nowego psa? – Zafascynowała się widokiem Levisa.

– Tak. Przybłąkał się dziś rano. Nie miał obroży. Już go z tatą wykąpaliśmy, a jutro mamy iść z nim do psiego lekarza, by go dobrze obejrzał… ale chyba tego nie zrobimy… – zasmucił się chłopiec, gdy znów usłyszał głos matki, która obrażała męża.

– Nie martw się – odezwała się staruszka. – Twoja mama nie będzie sama. Na pewno ktoś przyjdzie, by doglądać ją i dziecko. Macie przecież tak duże gospodarstwo, że teraz i twój tata będzie potrzebował pomocy. I ty też możesz pomagać mamie przy dzidziusiu.

– A jeśli dzidziusiowi się nie spodobam?

– Spodobasz – pocieszyła go dziewczynka. – Babciu, możemy już wracać?

– Oczywiście, słoneczko. Pamiętaj Thomasie, nie jesteś sam. Przekażę wszystkim dobre nowiny – kobieta uśmiechnęła się i udała dalej z pozostałymi sąsiadami.

Chłopiec spojrzał na psa, a następnie na dom, gdzie znów słychać było krzyk matki. Levis uważnie nasłuchiwał, a potem złapał Thomasa za nogawkę i pociągnął za sobą. Na początku ten nie chciał iść, ale szarpanie było mocne, więc w końcu ruszył w stronę domu. Gdy przekroczył próg usłyszał płacz. Płacz małego dziecka. Na jego twarzy pojawiło się zaciekawienie. Powoli zatrzymał się w drzwiach. Akuszerka trzymała w rękach małe zawiniątko. Podała je matce. Na twarzach jej i ojca pojawił się wielki uśmiech. Oboje dostrzegli chłopca i gestem zawołali go do siebie. Thomas uśmiechnął się i szybko podszedł do rodziców. Mężczyzna posadził go delikatnie na brzegu łóżka, by mógł zobaczyć zawiniątko.

– Masz siostrzyczkę – szepnęła kobieta do synka.

Chłopiec z zaciekawieniem przyglądał się małej buzi. Niewielkie oczka, mały nosek i duża ilość ciemnych włosków na głowie: wcale mu nie przypominała „dzidziusiów” jego koleżanek, które bawiły się w mamy. Dla niego była najśliczniejszą istotką na świecie.

– A jak ma na imię? – Zapytał, wkładając paluszek do jej malutkiej rączki, zaciśniętej w piąstkę.

– Myślałam o Helenie – powiedziała kobieta.

– Miała być przecież Ryszarda – wtrącił ojciec.

– Ryszardem miał być drugi syn. Poza tym mało dźwięczne jest to imię.

Akuszerka z lekkim zaciekawieniem przyglądała się kłócącym się rodzicom i nikt nawet nie zauważył, kiedy chłopiec wyszedł z ich pokoju.

– Levis, chodź ze mną – zawołał do psa siedzącego w progu.

Obaj radośnie wybiegli z domu i ruszyli na pole. Robiło się już ciemno, a krowy wołały już do obory.

– Och, nie… Zapomniał o was… – westchnął chłopiec.

Mało myśląc przegnali zwierzęta do gospodarstwa i zamknęli drzwi, by czasem same nie wyszły. Thomas wolał ich nie upinać, bo za bardzo się bał. Levis pomógł przy zaganianiu kur oraz świń, które nie chciały opuścić swojego błotka. Gdy skończyli, ruszył do ogrodu, gdzie matka lubiła przesiadywać całymi godzinami na ławce tuż pod jaśminem. Szukał tam kwiatów na mały bukiecik dla ślicznej siostrzyczki.

– Skoro mama lubi jaśmin to i malutka go polubi – po tych słowach maluch wdrapał się na ławkę i zerwał mały bukiecik kwiatuszków, z którym zaraz pobiegł do domu.

– Gdzieś ty był? – Zapytał ojciec, kiedy chłopiec stanął na progu cały umorusany.

– Zwierzęta zagnałem z Levisem do ich mieszkanek. Chciałem zerwać kwiatki dla malutkiej, a one tak wołały do domu. Więc je zaprowadziłem. Ale musisz je, tatko, jeszcze uwiązać, bo ja nie sięgam. Kury zamknęliśmy i świnki… I byłem w ogródku, gdzie mama lubi siadać. I… Mogę dać siostrzyczce kwiatki?

– Jasne – odpowiedziała zmęczonym głosem matka.

Thomas znów wgramolił się na łóżko i podał malutkiej bukiecik jaśminu.

– Mama lubi jaśmin to i ty też polubisz, malutka. Właśnie… Ma już imię? – Rodzice spojrzeli na siebie. Nie udało im się jeszcze tego ustalić. Chcieli już odłożyć wybór imienia na kolejny dzień, gdyż byli zmęczeni. – Jest taka śliczna, jak jaśmin.

– A może Jasmine? – Zaproponowała akuszerka, pakując swoje rzeczy do torby.

– Mnie się podoba – oświadczył chłopiec.

– Niech zostanie więc Jasmine – rzekła Marta spoglądając na męża. Jemu również imię się podobało. Usiadł z drugiej strony łóżka i przyglądał się córeczce. Levis też nieśmiało wszedł do pokoju i położył głowę na łóżku, próbując spojrzeć na noworodka.

– Mamuś… Levis chyba też chce poznać Jasmine – powiedział chłopiec, spoglądając na psa.

– Ja mu ją pokażę i położę do łóżeczka – to rzekłszy mężczyzna wstał i wziął zawiniątko na ręce. Akuszerka pokręciła głową. Levis siedział grzecznie, czekając, aż ujrzy i powącha małą. Zrobił to ostrożnie, swoim dużym, czarnym nosem, aby nie wystraszyć maleństwa. Radośnie pomerdał ogonem, spoglądając na śpiące już maleństwo. Mężczyzna odłożył Jasmine ostrożnie do łóżeczka, a gdy się odwrócił spojrzał na smacznie śpiącą żonę i synka. Wziął Thomasa na ręce i zaniósł do pokoju. Akuszerka powiedziała, że zostanie jeszcze tę noc z nimi. Wszyscy potrzebowali odpoczynku po gorącym i pełnym wrażeń dniu. Gospodarz domu wziął się z wielką radością za swoje obowiązki, naszykował posłanie dla akuszerki, by miała gdzie spać tej nocy. W końcu on sam położył się obok ukochanej żony. Nawet Levisa nie wyrzucił z domu na podwórko.

– Jeden dzień i dwoje nowych domowników – powiedział do siebie, spoglądając na psa leżącego obok łóżeczka i małe zawiniątko w nim. – Wspaniały dziewiąty dzień tygodnia. Dzięki Ci, Jedyny, za te dary – i zasnął.

***

Taurusowi wydawało się, że przelatuje nad drzewami. Leciał nad rzeką, nad Mglistymi Polanami, mijał miasta, lasy, aż wreszcie wylądował na placu nieznanego mu miasteczka. Wydawało mu się, że jest niewidzialny dla mieszkańców. Nie mijali go, tylko przechodzili przez niego.

Był akurat poranek, gdy wylądował. Miasto spowijała lekka mgła. Paru ludzi przechodziło środkiem placu, wracając z koszykami, w których było świeże, pachnące pieczywo. Kilku strażników miejskich również przechadzało się uliczkami, uważnie obserwując wszystkie wyjazdy z miasta, zwłaszcza ten prowadzący do stolicy. Nie wyglądali na radosnych, troska i lekki strach malowały się na ich twarzach. Nagle z mgły wyłonił się na koniu jeden z mieszkańców. Jego długa broda przeszyta była wieloma srebrnymi nitkami. W ciemnych oczach malował się smutek i tęsknota, a młodzieńczy blask dawno gdzieś przepadł.

– Przybył ktoś tej nocy? – Zapytał jeździec strażników.

– Nikogo nie widzieliśmy, panie – odrzekł pierwszy.

– A czy nadal bandyci są w tych lasach? Udało się ich stąd przepędzić na dobre?

– Nocny zwiad jeszcze nie wrócił panie – mówił drugi – ale już od kilku dni nie odnotowaliśmy żadnych napadów. Ludzie mieszkający przy skraju lasu powinni czuć się już bezpiecznie. Wkrótce ma przybyć kilkunastu wojskowych z Fenicei do pomocy przy obronie miasteczka, schwytaniu pozostałych złoczyńców oraz odwiezieniu całej bandy do więzienia.

– Oby przybyli bezpiecznie do nas – powiedział cicho mężczyzna i zawrócił konia ku swojej posiadłości.

Taurus chciał przejść się po miasteczku, obejrzeć wszystkie zakamarki, jednak coś go ciągnęło w stronę starca na koniu. Czuł jak jego duch znów unosi się nad miasteczkiem i szybko wędruje między uliczkami. Wylądował na środku ogromnego podwórka, gdzie kilku mężczyzn zajmowało się obrządkiem gospodarstwa. Jeden wyprowadzał krowy, kolejny wypuszczał kury, a jeszcze inny szykował dla całego zwierzyńca jedzenie. Jedynie przy budzie nie było żadnego psa. Stała tam może dziesięcioletnia dziewczynka; cichutko płakała. W tym momencie na teren posiadłości wjechał jeździec. Ten sam, którego Taurus widział na placu.

– Rose… – rzekł spokojnie zsiadając z konia, którym zaraz zajął się jeden ze służących. – Rose, słoneczko moje – mężczyzna mocno uściskał dziewczynkę, jego oczy zaszkliły się od łez. Usilnie powstrzymywał się od płaczu. – Powiedz mi jak mama?

– Chyba całą noc nie spała. Słyszałam jak płakała, a teraz leży w łóżku. Chciała zostać sama, skarżyła się jeszcze na bóle brzucha. Pytałam czy zawołać może panią Catherine, ale odpowiedziała, że nie trzeba. Czy oni wrócą tato?

– Mam nadzieję. Nie znaleziono przecież przez tyle czasu śladu po Thomie ani po Jasmine. Levis pewnie jest przy nich i ich pilnuje. Mnie też ich brakuje… – mężczyzna mocniej uściskał dziewczynkę i udał się do domu, by przywitać się z żoną.

„Więc to posiadłość tej dziewczyny” – pomyślał Taurus usłyszawszy imię Jasmine i ruszył do budynku. Odruchowo złapał za klamkę, lecz ta zaraz przeleciała przez jego dłonie. Ostrożnie przeszedł przez ścianę. Uważnie przyglądał się wszystkiemu. Był w kuchni: staranie uprzątnięta, śniadanie na stole, lecz brakowało przy nim domowników. Ciepło i blask, jaki kiedyś musiał tutaj istnieć, zniknął. Powoli udał się na wyższe piętro, skąd słyszał głosy. W jednym z pokoi dostrzegł zapłakaną kobietę i stojącego obok niej mężczyznę. Oboje trwali w milczeniu, dało się jednak wyczuć napięcie między nimi.

– Jak dziecko? – zapytał w końcu gospodarz, gdy spostrzegł kątem oka jak kobieta się porusza.

– Chyba za wcześnie chce wyjść – rzekła z grymasem na twarzy.

Mężczyzna natychmiast pobladł, otworzył okno i zawołał do małej Rose, że ma pobiec po akuszerkę. Sam pomógł kobiecie położyć się na łóżku, każąc jej oddychać spokojnie i rozluźnić się.

– Nie chcę stracić kolejnego dziecka. Nie chcę… – mówiła przez łzy.

Taurus musiał wyjść z pokoju. Nie mógł patrzeć na pełną cierpienia twarz kobiety. Przypomniała mu się jego pierwsza żona, jej przedwczesny poród bliźniaków. Dzieci urodziły się martwe, nie było dla nich już ratunku. Matka po bolesnym i długim porodzie, też nie mogła dojść do siebie. Wieść o urodzeniu martwych dzieci bardzo nią wstrząsnęła, zwłaszcza, że były bardzo oczekiwane. Upragnione, pierwsze dzieci w jej życiu. Krwawienie poporodowe nie ustępowało, aż w końcu i ona zmarła. Wkrótce zaciągnął się do najemników. Potrzebował pieniędzy na spłatę długów, jakie zaciągnął na leczenie żony i utrzymanie domu. Jednak lichwiarze nie dali za wygraną. Zabrali mu wszystko co miał, pod zastaw długu, jaki według nich ciągle wzrastał, z każdym dniem zwłoki spłaty.

Taurus zauważył małą dziewczynkę, która prowadziła ze sobą staruszkę. Pomagała jej wchodzić po schodach na piętro. Akuszerka weszła do środka, a zobaczywszy rodzącą nie pozwoliła małej dziewczynce wejść do pokoju. W oczach Rose pojawiły się łzy i szybko wybiegła z domu. Zatrzymała się dopiero na głównym placu miasteczka. Twarz skryła w swoich niedużych dłoniach.

Poranne promienie słońca powoli wypychały mgłę z miasteczka, które zaczynało żyć swoim życiem. Ludzie szli to w jedną, to w drugą stronę. Nikt nie zważał na płaczącą dziewczynkę.

„Gdybym mógł jej jakoś pomóc. Przekazać, że Jasmine żyje i ma się dobrze” – pomyślał Tarsus, siadając niespostrzeżenie obok Rose. Nie wiadomo skąd, nagle przed nimi zjawiła się dziwna, wysoka postać. Miała na sobie luźne, zbyt długie wełniane spodnie z dużymi kieszeniami po bokach, dużą, skórzaną kurtkę z kilkoma kieszeniami na rękawach i przedzie, biały szal mocno zawiązany pod szyją, zakrywający jednocześnie usta. Na głowie nosiła nietypową skórzaną czapkę z daszkiem, wyposażoną po bokach w płatki na zakrycie uszu przed wiatrem. Na czapce natomiast spoczywały grube okulary zamieszczone na szerokiej gumce, która musiała mocno przytrzymywać je na głowie podczas wędrówek. Na rękach nosiła skórzane rękawice i trzymała w nich kawałek pergaminu. Wyraźnie mu się przyglądała, jednocześnie rozglądając się we wszystkie strony. Wówczas spostrzegła dziewczynkę. Usiadła obok niej.

– Hej mała! – Zawołała przyjemnym kobiecym głosem. – Zgubiłaś się?

– Nie, przem pani – odpowiedziała Rose, ocierając oczy.

– To dlaczego płaczesz? Taki dziś ładny dzień. Idealny na podróżowanie.

– A nie za gorąco w tym pani? – Zdziwiła się, spoglądając na dziwne ubranie kobiety.

– Może jak wędruję drogami, ale w nocy są bardzo przydatne. Noce bywają chłodne w niektórych częściach świata. Jak ci na imię?

– Rose…

– Jakie śliczne imię. I śliczna dziewusia.

– A pani jak ma na imię? – Zapytała, uważnie przyglądając się zielonym oczom kobiety, które kształtem przypominały kocie szparki. Nic więcej nie była w stanie dojrzeć, gdyż podróżniczka siedziała odwrócona plecami do słońca.

– Viviana de Varkatt, ale wszyscy znajomi wołają na mnie po prostu Vi. Powiedz mi, czemu płakałaś?

– Bo chyba straciłam już całe rodzeństwo jakie miałam. I starszego brata, i siostrę, i jeszcze teraz chyba stracę młodsze, które miało się narodzić za kilka miesięcy, a mama już dostała skurczy. Tata też się bardzo o to wszystko martwi. Nie chcę zostać sama na tym świecie… Nie poradzę sobie – dziewczynka znów zaczęła płakać i wtuliła się w ciepłą kurtkę Vi. Kobieta wzdrygnęła się nagłym rozczuleniem dziewczynki. Ostrożnie położyła na jej ramieniu dłoń i delikatnie przytuliła.

– Nie przesadzaj. Nie będzie tak źle. Na pewno znajdzie się ktoś, kto się tobą zajmie, mała – słysząc to dziewczynka poczuła na swoim policzku, że dotyka ją coś futerkowatego, jakby koci ogon. Kątem oka rzeczywiście ujrzała pomarańczowe futerko w czarne cętki, które chowało się gdzieś za nią, nie mogła jednak się dobrze odwrócić za siebie, by ujrzeć właściciela ogona. Wówczas spojrzała na podróżniczkę. Jej skóra dookoła oczu była pokryta czarnym futerkiem. Kobieta przyłożyła palec w miejsce, gdzie z pewnością miała usta.

– Powiedź mi kochana, co się stało z twoim rodzeństwem?

– Jasmine wyruszyła do Dervergu, za swoim przyjacielem, który ukończył pełnoletniość, a teraz miał to zalegalizować. Zostawiła tylko list. Z nią zniknął pies, a potem ojciec kazał wysłać ludzi, by natychmiast sprowadzono Jasmine. Wśród nich był Thomas i wówczas wszystko się zawaliło. Grupa nie wróciła. Znaleziono dwóch martwych, ale nie było wśród nich brata. I tak mijają dni i nie mamy żadnej informacji od żadnego z nich. Na tym kłopoty się nie kończą, bo w lasach wciąż są zbóje, choć ostatnio zbyt często się nie pokazują.

– Hmm… Ciekawe – zamyśliła się Viviana. – A wiesz może, czy ten przyjaciel, za którym pognała twoja siostra, miał jakieś zdolności?

– Nie wiem, proszę pani…

– Czyżby już miało się zacząć…? – Zadumała się nieznajoma, a następnie wstała, mierzwiąc dziewczynce fryzurę. – Na mnie już chyba najwyższy czas. Powiedz mi, którędy do Dervergu? Nie posiadam map tej okolicy, jeszcze…

– W tamtą stronę – Rose wskazała palcem drogę prowadzącą na północ.

– Dzięki wielkie Rose… A teraz spadaj do domu, bo rodzina chyba się martwi o ciebie. Nie pozwól na to, by się rozpadła. Musisz być silna. – Po tych słowach kobieta odwróciła się i udała uliczkami na wschód.

Taurus był ciekawy, którędy i jak przybyła tutaj dziwaczna, nieco kocia postać. Kobieta była na swój sposób zgrabna i atrakcyjna, nawet mimo tych ubrań, które na niej po prostu wisiały. Vivien obejrzała się za siebie po kilku krokach. Uważnie się rozglądała, jakby czuła, że jest śledzona, ale nie mogła wypatrzeć szpiega. Z jednej z kieszeni swej kurtki powoli wyciągnęła długie cygaro i odpaliła je. Zanim udała się dalej, patrzyła jeszcze w stronę placu, gdzie zostawiła dziewczynkę. Wypuściła duży obłok dymu i ruszyła na skraj lasu. Zwinnie przeszła między gałęziami, aż znalazła się na niewielkiej polance. Stanęła na środku i spojrzała w górę, po czym głośno zagwizdała. Taurus nie widział jej twarzy, był za jej plecami. Z nieba na ziemię szybko sfrunęło rzadko spotykane stworzenie. Głową i przodem tułowia przypominało wielkiego szarego orła, a drugą część stanowił czarny zad konia. Na grzbiecie miało założone siodło z czarnej skóry, a po bokach przywiązanych było kilka pakunków, oraz włócznia i łuk.

– Witaj Silverbeak – rzekła, zdejmując rękawicę ze smukłej dłoni, zakończonej nieco szponiastymi paznokciami. Zaczęła drapać hipogryfa po dziobie. – Mam nadzieje, że znalazłeś sobie jakieś śniadanko. Ja jeszcze nie jadłam. Strasznie tu gorąco.

To powiedziawszy zaczęła ściągać z siebie ubranie. Taurus z lekkim wstydem podziwiał prawie nagie ciało kobiety. Miała bardzo długie, silne nogi. Bose, kocie stopy miała zawinięte białym bandażem po staw skokowy. Delikatna, koronkowa bielizna zakrywała zgrabne pośladki. Od pasa w górę bardziej przypominała kobietę. Futro nie wyglądało na bardziej puszyste, lecz znacznie lżejsze i białe na brzuchu. Niewielki biust skrywał bandaż starannie owinięty między dwiema piersiami a szyją. Na prawym boku miała dwie długie blizny, jedna obok drugiej. Były jeszcze czerwone, najwyraźniej niedawno się zagoiły. Kocia twarz wydawała się mieć ludzki kształt. Zielone oczy w czarnej obwódce wyglądały na zasmucone, zapłakane, a tuż przy nosie miała wyraźne trzy szramy. Wydłużone i spiczaste uszy były podobne do gepardzich uszu. Prawe ucho było przy tym nieco poszarpane. Obydwa przyozdobiono złotymi kolczykami w kształcie niedużych kółek, w jednym widniały dwa, w drugim trzy. Na głowie sierść wydłużała się, przechodząc we włosy. Grzywka zakrywała trochę twarz, a długa kita spływała swobodnie po ramionach.

Zawiał lekki wiatr, a wraz z nim Taurus poczuł świeży zapach lawendy.

„Kotołak – rzekł do siebie w myślach. – I do tego jeszcze ma ze sobą hipogryfa. Co miało się zacząć? I co z tym ma wspólnego ta… Jasmine…”. Mężczyzna przyglądał się uważniej niesamowitej postaci Vivien. Zauważył, że zdążyła zapakować swoje ubrania do jednej z toreb, z której wyjęła również skórzaną sukienkę. Miała ona odkryte plecy, miejsce na długi ogon. Boczne wcięcia sukienki sięgały bioder, a z przodu wycięta była w trójkąt sięgający kolan kobiety. Po bokach widniały małe zdobienia z piór – takie same miała przymocowane przy grocie włóczni.

– Nie mamy co tutaj marnować czasu – powiedziała do swojego wierzchowca. – Czas ruszać na północ, tam gdzie drogi się krzyżują. Może znajdziemy to, czego szukamy…

Kobieta z kocią gracją wskoczyła na grzbiet swego pierzastego wierzchowca, a ten bez słowa szybko wzniósł się w powietrze. Taurus ruszył biegiem za nimi, lecz zatrzymał się po drodze w miasteczku, na placu. Widział ludzi przerażonych niecodziennym widokiem hipogryfa nisko przelatującego nad ich domostwami. Vi musiała kazać Silverbeakowi wzbić się wyżej i zaraz zniknęli po drugiej stronie miasta, gdzieś nad koronami drzew lasu. W tym momencie Taurus przypomniał sobie o rodzinie Jasmine. Szybko zaczął poszukiwać ich domu. Ponieważ nie pamiętał już, gdzie ten się znajdował, zaglądał do każdego mieszkania po drodze, starał się nasłuchiwać jakichś odgłosów płaczu, lecz nic nie znalazł. W końcu dotarł na miejsce, w którym kilku mieszkańców stało ze spuszczonymi głowami na podwórku. Paru rozmawiało szeptem między sobą. Ostrożnie wniknął do mieszkania. Panowała tam ponura, smutna atmosfera. W kuchni zastał starszego mężczyznę, który ściskał w swoich ramionach płaczącą Rose. Następnie z piętra zeszła starsza kobieta z czarną torebką. Poklepała mężczyznę po ramieniu, potem pogładziła dziewczynkę po główce.

– Bardzo mi przykro z tego powodu – zaczęła.- Cieszcie się jednak, że Marta żyje. Proście tylko Jedynego, by doszła do siebie po takiej stracie. Wiem, że nie jest wam łatwo, ale musicie dać sobie radę.

– Tato… – odezwała się cichutko Rose.

– Tak, skarbeńku?

– Mogę pójść do mamy?

– Jasne słoneczko idź, ale jej nie męcz. Potrzebuje teraz odpoczynku.

Dziewczynka szybko udała się na górę.

– Dziś nic więcej nie zrobię. Zajrzę do was jutro i zobaczę jak Marta się czuje – rzekła starsza kobieta i skierowała się ku drzwiom.

– Jak ona to przeżyła? – Zapytał mężczyzna, nim wyszła.

– Co może czuć kobieta, kiedy rodzi za wcześnie dzieci, które nie są jeszcze gotowe do życia? Jak może czuć się rodzic po takiej stracie? Sam wiesz, jak się czujesz. Spróbuj poczuć to jej oczekiwanie. – Na te słowa mężczyzna spuścił głowę. – Zaparz jej wieczorem melisę. Musi dużo odpoczywać. – To powiedziawszy kobieta wyszła z domu.

Taurus udał się na górę. Przeniknął do pokoju, gdzie leżała chora. Widział jak przytula się mocno do swojej córeczki. Obok, w niewielkim łóżeczku leżało małe zawiniątko. Jemu również zrobiło się przykro na widok martwego dzieciątka.

„Jasmine chyba nie będzie zadowolona z tego, co się tutaj zdarzyło, o ile to jest prawda i będę o tym pamiętać, żeby jej o tym opowiedzieć.” – Pomyślał młody mężczyzna, spoglądając w okno. Jego uwagę przykuło dziwne zachowanie ludzi na podwórku, wszyscy wskazywali coś w górze, a w ich oczach pojawił się strach. Taurus szybko przeniknął przez ściany, a gdy znalazł się już na zewnątrz ujrzał lądującego, srebrno-czarnego hipogryfa.

– Czy tu może mieszka dziewczynka imieniem Rose? – Zapytał koci jeździec.

– Tak… – Odpowiedział mężczyzna wychodzący z domu. Był bardzo blady na twarzy. – A pani kim jest?

– Vivien de Varkatt – przedstawiła się, podchodząc bliżej domu. – A pan?

– Vivien – zawołała mała dziewczynka, wybiegając na podwórko.

– Hej mała! – Przywitała się, nieco kucając przy Rose. – Mam małą propozycję, która może pana bardzo zainteresować – zwróciła się do ojca dziewczynki, domyśliwszy się już jego tożsamości. – Otóż na co dzień zajmuję się zupełnie innymi sprawami, ale jako, że i mnie coś ciągnie do waszej stolicy, pomyślałam, że może udam się śladem… yyy… jak jej było… Jasmine i sprowadzę z powrotem tutaj do państwa.

– Ale skąd pani zna moją córkę? – Zapytał mężczyzna.

– Znalazłam tę małą zapłakaną na placu. Nikt się nią nie przejmował, więc do niej podeszłam i to ona opowiedziała mi o Jasmine.

– Nie jestem przekonany, czy pani zaufać. Teraz nie wiadomo komu ufać.

– Hmm…. – zamyśliła się z uśmiechem kocica. – Fakt, teraz nadchodzą dziwne czasy. W podróżach natknęłam się na wiele osób, które mi nie ufały i są takie, które nie ufają mi do dziś. Cóż… Koty lubią chodzić własnymi ścieżkami. Zresztą… Mogłabym dawno opuścić to miasto, udając się do Deve… Deve..

– Dervergu – pomogła Rose.

– Dzięki Rose. Tam znalazłabym, co chcę i mogłabym się udać dalej, poszukując zajęcia. Może i pomyślałabym o jakimś najmie. Sama nie wiem. A w ten oto sposób robię przysługę sobie i państwu. Niech mała odzyska siostrę, bo z rodzeństwem nieraz jest raźniej iść przez świat niż samemu. Zgadza się pan?

– Byłbym bardzo wdzięczny – odezwał się po chwili milczenia gospodarz domu. – Ale…

– O zapłacie porozmawiamy, jak przyprowadzę tutaj Jasmine. Tym bardziej, że jestem zaciekawiona pewną przepowiednią… – Vi rozejrzała się uważnie dookoła. Jej wzrok spoczął w miejscu, gdzie stał Taurus.

„Przecież ona nie może mnie widzieć. To tylko sen… Sen…” – mówił do siebie, czując wyraźnie wpatrujące się w niego zielone, kocie oczy.

– Już czułam ten zapach – mruknęła do siebie podróżniczka, spuszczając głowę, jednocześnie przenosząc wzrok na ziemię.

– Ale mam jeszcze syna – Thomasa, on też zaginął w drodze po Jasmine, chcąc ją zawrócić.

– Zobaczę kogo znajdę – odparła kotka, drapiąc Rose po głowie, a następnie zwróciła się do niej: – Powinnaś mieć kota, mała. Miałabyś do kogo się potulić i podrapać za uszkiem. I wiesz, co sobie pomyślałam? Jeśliby się zdarzyło, że zostałabyś sama, to może wzięłabym ciebie ze sobą w swoje podróże. Jesteś mała i drobna. Silverbeak z pewnością się nie obrazi o kolejnego pasażera. Jednak najlepiej niech bogowie mają was w opiece i miejmy nadzieję, że wszystko wróci na miejsce, zwłaszcza Jasmine. Prawda?

– Będę mogła lecieć na nim? – Dziewczynkę zauroczyły słowa Vivien, palcem wskazała na dumne stworzenie stojące w słońcu.

– Tak, będziesz mogła. Ale nie dziś, moja mała. Na początek musimy załatwić kilka spraw, a ty przypilnuj swoich rodziców, by z miejsca się nie ruszali. Coś ci dam – po tych słowach sięgnęła po jeden ze swoich kolczyków. Był długi, zrobiony z kilku różnokolorowych łusek. Podała go dziewczynce. – Trzymaj. Jak wrócę, to mi go oddasz. To taki mój mały amulet przynoszący szczęście.

Na twarzy dziewczynki pojawił się wielki uśmiech, a oczka jej zalśniły. Przez chwilę zapomniała o troskach, jakie pojawiły się niedawno w jej króciutkim życiu. Vivien pożegnała się jeszcze raz z ojcem dziewczynki, wsiadła na swojego hipogryfa i szybko odlecieli w stronę Dervergu.

– Mam nadzieję, że nie zawiedzie naszego zaufania – powiedział mężczyzna, bardziej do siebie niż do Rose, która stała tuż obok niego, wpatrując się z zafascynowaniem w oddalający się wciąż czarny punkt na niebie.

W tym momencie Taurus poczuł, że robi się coraz cięższy. Oczy zaczęły mu się same zamykać. Nie miał sił, by je otworzyć i spojrzeć, co dalej dzieje się na podwórku. Widział tylko jednego, uzbrojonego po zęby mężczyznę, który celował z kuszy w Rose. Nic nie usłyszał, nic więcej nie zobaczył. Zapadła ciemność.

***

– Gavson, jak zawsze ci powtarzałam, żeś głupi – Vivien odezwała się do idącego obok młodego, wysokiego mężczyzny. – A ty tylko jedno: „Jesteśmy przyjaciółmi”. I co? Teraz muszę patrzeć i słuchać wszystkich twoich narzekań: czemu to, czemu tamto…

– Vi… Zamknij wreszcie tę paszczę, bo… – odpowiedział zdenerwowany.

– Bo co? – Przerwała mu kocia kobieta. – Bo mnie zdzielisz? No to czekam tylko na to – rzekła rozkładając przed nim ręce. – Może jeszcze nadstawić policzka, drogi panie?

– A cóż my tutaj mamy? – Odezwał się znajomy głos, gdzieś z cieni drzew. – Czyżby nasz mały Gavson, nadal potrzebował niańki, by go we wszystkim wyręczyła?

– Jimm, ty tępa pało – odezwała się Vi odchylając się mocno do tyłu, robiąc przy tym mostek. – Sam też nie byłeś lepszy. I czemu na nas nie poczekałeś? Myślałam, że to ja chodzę własnymi ścieżkami.

– Słuchajcie. Przestańmy się wreszcie kłócić i chodźmy dalej, poszukać miejsca na nocleg zanim zapadnie mrok. – przerwał im Gavson.

– Tak jest, panie rycerzu – zażartowała Vi i czym prędzej puściła się przodem.

Cała trójka szła głównym traktem na północ, przez gęsty las. Słońce świeciło wysoko nad nimi, jego promienie delikatnie przeciskały się między liśćmi rozłożystych drzew. Ptaki wesoło śpiewały, skryte gdzieś w górze,wśród zielonych gałęzi. Para motyli radośnie przeleciała nad drogą, z drugiej strony niebieska ważka przysiadła na listku jagodowego krzaczka.

„W pobliżu jest woda” – pomyślał Gavson spoglądając na ważkę, która szybko odleciała na zachód.

– Powiedz mi Jimm, bo wciąż tego nie rozumiem. Dlaczego ty wciąż za nami podążasz?

– Sam nie wiem. Znudziło mi się siedzenie w Gołębniku, poza tym i tak przesiedzę tam większą część życia, a chciałbym też zwiedzić trochę świata zanim rodzice zestarzeją się na dobre. A ty, czemu podążasz wciąż za Vi?

– Od momentu, gdy wyruszyłem zarejestrować się w Dervergu, wiedziałem, że nie mam czego szukać po powrocie do domu. I tak byłem tam mało potrzebny. Kolejna gęba do wykarmienia i tyle. Matka jakoś nigdy nie pałała do mnie wielką miłością.

– To smutne. Czasami sam narzekałem na nadopiekuńczość swojej matki.

– Wolę już podróżować po świecie, zgłębiając wiedzę i uczyć się lepiej walczyć.

– Chcesz się zmierzyć? – Spytał Jimm, zatrzymując się i jednocześnie wyciągając miecz z pochwy.

– Cze… – jasnowłosy mężczyzna nie skończył słowa, bo przed jego oczami pojawiło się srebrne piórko.

– Na co tak się gapisz? – Spytał Jimm podążając wzrokiem za oczami Gavsona.

– Rose jest niedaleko – odezwał się cicho jego towarzysz, jakby nie chciał, by usłyszała to Vivien.

– Bzdury pleciesz. Przecież Vivien odesłała ją i Silverbeaka w zupełnie inną stronę.

– Weź poprawkę, że to ptaszydło porusza się szybciej niż my.

– Co się tak obijacie chłopaki? – Zawołała Vivien, stojąca na grubej gałęzi buku rosnącego przy drodze, kilkanaście metrów od nich.

– Już idziemy – zawołał Jimm. Surowym wzrokiem spojrzał na Gavsona, schował miecz do pochwy i szybkim krokiem ruszył za kotołakiem.

„Czemu nie ma tutaj ciebie, Levis. Brakuje mi cię” – westchnął blondyn i ze spuszczoną głową ruszył za pozostałymi.

Dzień powoli się kończył. Zachód słońca barwił niebo przyjemnym, czerwono-pomarańczowym blaskiem. Pierwsze gwiazdki zaczęły się pojawiać na wschodzie. Kilka z nich było bardzo znanych i często wskazywały podróżnikom drogę do domu. Trójosobowa drużyna znalazła niewielką polankę na brzegu strumyka leśnego. Mężczyźni rozpalili ognisko, a Vivien złowiła na kolację kilka sporych rybek. Część z nich została upieczona nad ogniskiem, a resztę na surowo zjadła kocia podróżniczka, która usadowiła się radośnie na jednej z gałęzi rosnącego obok dębu. Odpowiedzialność za pierwszą wartę wzięła ona, pozwalając pozostałym odpocząć i ochłonąć po pełnym wrażeń spotkaniu z ich starą przyjaciółką – Jasmine.

Dziewczyna bardzo się zmieniła od czasów pierwszej podróży do Dervergu. Wyraźnie wydoroślała: nie była tą samą, oburzającą się o poniechanie kultu dnia dziewiątego panienką. Była już mężatką i doczekała się wspaniałego synka. Niedawno skończył 4 latka, był równie mądry co ona i jego tatuś. Teraz wyczekiwała kolejnego dziecka. Miała nadzieję, że będzie mieć teraz córeczkę. Poważniej i z dystansem spoglądała na świat, ostrożnie stawiała swoje kroki, choć czasami w jej oczach można było wyczytać tęsknotę. Czegoś jej brakowało do pełni szczęścia. Młoda kobieta nie miała teraz czasu na rozpamiętywanie tego, co zaszło między nią a Jimmem, ani tego co czuła do Gavsona. Była bardzo zaskoczona niespodziewaną wizytą trójki podróżników, choć miała nadzieję, że przybędzie też i Rose. Bardzo tęskniła za młodszą siostrą. Odkąd ta ukończyła 15 lat, postanowiła zostać awanturniczką i uczyć się wszystkiego od Vivien – tej, która przyprowadziła jej siostrę do domu. Jasmine otrzymała w spadku po rodzicach całe gospodarstwo. Miała je dzielić z młodszą siostrą, lecz ta poprosiła tylko o wyprawkę na podróże i odpowiednią część złotych szylingów.

W krzakach nieopodal coś się ruszyło. Gavson z Jimmem jeszcze nie spali, uważnie spoglądali to na Vivien, to na krzaki. Powoli podnieśli się z miejsca trzymając mocno broń w ręku. Starszy z mężczyzn zbliżył się do krzaka, by z niego wyciągnąć to, co w nim siedziało. Ku ich zdumieniu „coś” samo wyszło. Był to synek Jasmine – Douglas.

– Douglas? – Zdziwili się wszyscy, a Vivien spadła z drzewa.

– Kotek! – Zawołał chłopiec, ujrzawszy zbierającą się kobietę.

– Douglas, co ty tutaj robisz? Twoja mama pewnie się martwi o ciebie – krzyknął Jimm.

– Kotek – powiedział jeszcze raz chłopiec i udał się w stronę Vivien, która z obrzydzeniem patrzyła jak się do niej przytula.

– Chyba masz wielbiciela, Vi – odezwał się złośliwie Jimm.

– Żałujesz, że sam go nie masz? – Wycedziła kocica przez zęby. – Trudno, w nocy nie będziemy nigdzie szli. Douglas prześpi się tutaj, a skoro świt odprowadzimy go do domu. Ciekawe jak za nami trafił?

– Musiał nas śledzić – odparł Gavson, siadając wygodnie na swoim miejscu. – Że też się nie bał iść tak samemu – powiedział bardziej do siebie niż pozostałych.

– Brakuje tylko tego, by Rose spadła nam z nieba – powiedział od niechcenia Jimm.

Niemal jak na zawołanie na polanie szybko i zwinnie wylądował srebrno-czarny hipogryf z młodą dziewczyną na grzbiecie. Długie ciemne włosy z wieloma żółtymi i czerwonymi pasemkami miała spięte w wysoką kitę, a grzywka delikatnie zakrywała jej jedno z dwojga szarych oczu. Jej kobiecą sylwetkę podkreślał czarny, skórzany gorset oraz spodnie. Na małych stópkach miała czarne, skórzane oficerki. U pasa miała przypięty sztylet oraz bicz. Rose mocno przytuliła swojego wierzchowca, podrapała go po dziobie i odwróciła się do drużyny.

– Cześć wam, co pora… Douglas?! – Przeraziła się na widok malca wtulającego się w Vi, której ogon chodził we wszystkie strony z wściekłości. – Co… co… co on tu robi?

– Sami się nad tym zastanawiamy – odezwał się Gavson. – Mamy zamiar się teraz przespać, a jutro rano go odprowadzimy do domu.

– Ale… Ale… Przecież… Jasmine – jąkała się dziewczyna.

– Ro… – odezwała się Vivien – zamknij swoją jadaczkę i kładź się spać. Maluch już zasypia, nie spuszczę z niego oka.

– Ale… Ale… – jąkała się dalej Rose.

– Ro… – warknęła przez zęby towarzyszka. – Kładź się spać, albo skończą się twoje podróże na Silverbeaku.

Dziewczyna jeszcze przez chwilę miała otwarte usta, lecz bała się odezwać choćby słowem. Uwielbiała podróżować na grzbiecie hipogryfa. Pokochała go od pierwszego lotu, na jaki zabrała ją panna de Varkatt, kiedy tylko Jasmine z Gavsonem cało wrócili do domu. Ostatnio wszędzie na nim podróżowała, załatwiając drobne sprawunki, ale również wypełniając tajne misje, na które wysyłała ją czasem Vivien. One dwie stały się niemal nierozłącznymi przyjaciółkami, choć czasami kocie zachowania Vi były dla Rose niezrozumiałe, zwłaszcza gdy podczas podróży czy też wykonywania jakiejś misji znikała na kilka dni. Od dobrych dwóch miesięcy podróżowały z Gavsonem i Jimmem. Obaj zaciągnęli się kilka lat temu do królewskiego wojska, aby walczyć na zachodniej granicy przeciwko niespodziewanym najazdom goblinów, hobgoblinów i orków. Tamte tereny wciąż pozostawały niebezpieczne, ale obaj mieli już dość i otrzymali zezwolenie na opuszczenie wojska. Teraz, gdy byli we czworo, postanowili odwiedzić Jasmine, po kilku latach rozłąki.

Noc upływała spokojnie, choć można było poczuć powiew zimnego, jesiennego wiatru. Niebo było bezchmurne, dało się podziwiać gwiazdy. Vivien czuwała przez dłuższą cześć nocy, ale w końcu zmęczenie dopadło i ją. Gwizdem obudziła Silverbeaka i głową wskazała Gavsona. Hipogryf leniwie wstał ze swojego miejsca, powoli podszedł do śpiącego blondyna i zaczął go szturchać dziobem. Gdy młodzieniec się obudził, zwierz wskazał Vivien i zaraz wrócił na swoje miejsce, obok śpiącej Rose. Gavson spojrzał tylko na Vi i zrozumiał, że teraz kolej jego warty. Kocia pani zwinęła się delikatnie w kłębek, trzymając w swych ramionach małego Douglasa. Młody wojownik przeciągnął się w miejscu, podrapał w bok i sięgnął po bukłak z wodą. Napój był bardzo zimny i szybko postawił go na nogi. Rozejrzał się wokół, podszedł bliżej ogniska i dorzucił do niego kilka większych kawałków drzewa. Powietrze zaczęło się ogrzewać, choć w plecy wiał od czasu do czasu zimniejszy wiatr. Gavson sięgnął po swój koc i napił się odrobinę wina. Zrobiło mu się cieplej, ogień wesoło trzaskał, niedaleko grał świerszcz, mała żabka przyłączyła się do jego gry, a tuż za nią sowa zaczęła pohukiwać. Gdzieś w dali dzięcioł stukał w drzewo. Młodzieniec spojrzał w niebo, przez moment wydawało mu się, że widzi lecącego w oddali smoka. Oczy wartownika zaczęły się powoli zamykać, choć w myślach ciągle sobie powtarzał: „Nie zasypiaj!”. Jednak sen okazał się silniejszy.

***

Ciepłe promienie słoneczne zaczęły delikatnie muskać nos Vivien. Kocia pani rozciągnęła się, pomasowała lekko obolały kark i podrapała za uchem. Powoli otworzyła oczy, widziała Silverbeaka z wtuloną w niego Rose, Jimma chrapiącego obok ogniska, oraz Gavsona śpiącego z nogami w górze. Beztrosko skoczyła na nogi przeciągając się jeszcze, strzepnęła z siebie trawę i ziemię, gdy nagle…

– Douglas! – Krzyknęła, aż wszyscy stanęli na równe nogi.

– Co się stało? – Spytała Rose, tłumiąc ziewanie.

– Ten szczeniak gdzieś zniknął! – Panikowała Vivien, rozglądając, się dookoła, póki jej zielone oczy nie spoczęły na Gavsonie. Bez wahania rzuciła się na niego, jak gepard na swoją zdobycz. – Zasnąłeś na warcie – wycedziła przez zęby, wbijając powoli pazury w jego ramiona.

– Ale ja nie chciałem – bronił się. – Lepiej zejdź ze mnie i zacznijmy go szukać.

Vivien warknęła groźnie, szybkim susem znalazła się na grzbiecie Silverbeaka i zaraz wzleciała w powietrze, unosząc się nisko, pod koronami drzew.

Reszta podróżników szybko zwinęła swój obóz i wyruszyła na poszukiwania pierworodnego Jasmine.

„Gdzie ten bachor może być?” – Pomyślał Gavson, uważnie rozglądając się po okolicy.

„Uważaj bo na drzewo wejdziesz” – odezwał się znajomy głos w jego głowie.

„Stuknięty?” – młodzieniec zatrzymał się, spojrzał w górę i ujrzał dzięcioła.

– Nie widziałeś może małego chłopca idącego samotnie przez las?

– Hmm… Nic takiego nie widziałem. Ale… słyszałem jakieś dziwne dźwięki, jakieś 300 metrów od małych kamiennych wodospadów… Nic… Lecę dalej.

– Hej…. Hej Stuknięty! – Gavson zawołał jeszcze za ptaszyskiem, lecz ten zdążył się już oddalić.

„Muszę znaleźć resztę” – pomyślał i ile tchu w płucach ruszył ku rzece. Jednak nim tam dotarł na miejscu byli już Jimm i Rose. Zdążyli wyciągnąć Douglasa z króliczej nory, choć ten wciąż im się wyrywał.

– Gdzieś ty był? – Warknął przez zęby Jimm.

– Przecież też szukałem Douglasa. Lepiej zastanów się gdzie jest Vi. To przecież za nią przyszedł ten chłopak. Ale czemu on się tak wyrywa?

– Jajo, jajo – wołał rozpaczliwie chłopiec, wyciągając ręce ku dziurze.

– Co za jajo tam widziałeś? – Spytała troskliwie Rose.

– Takie duuuże – pokazał rączkami odległość mniej więcej na 40 cm. – I coś tam piszczało… i było czerwone i miało czarne plamki… i chyba ptaszek tam zaczął się wykluwać, bo trochę skorupka była popękana.

– A jesteś tego pewien? Nie był to przypadkiem jakiś wystraszony królik, schowany gdzieś przy kamieniu?

– To nie był królik. To ptaszek. On mnie woła… A gdzie kotek?

Wszyscy spojrzeli po sobie. Nikt nie wiedział, gdzie teraz podziewała się Vivien.

„Nawet dobrze, że jej nie ma – pomyślała szybko Rose – Gdyby się tylko dowiedziała o tym małym smoku, pewnie by go jeszcze zadźgała. Wszystko wskazuje na to, że to może być smok”.

– Ciociu Ro… – wyrwał ją z rozmyślań Douglas – wyciągniemy ptaszka? On sam sobie nie poradzi. Będę się nim opiekować.

– Chłopcze, to nie jest dobry pomysł – odezwał się Jimm.

– Dlaczego?

– Ponieważ Kotek bardzo nie lubi takich stworzonek.

– Dlaczego?

– Ona kiedyś na nie polowała, jak myśliwi na zwierzynę w lesie.

– Dlaczego?

– To było jej zajęcie. Chroniła ludzi i nieludzi przed tymi niebezpiecznymi stworzonkami, aż do czasu spełnienia przepowiedni.

– Jakiej?

– Takiej, która mówi, że smoki odejdą do głębin, a Vivien jest smokobójcą! – Wrzasnął rozdrażniony już Gavson. W oczach małego chłopca pojawiły się łzy.

– I co żeś najlepszego narobił, durniu?! – Skarcił do Jimm.

– Powiedziałem tylko prawdę. Stuknięty już był mniej upierdliwy niż on!

– Jakbyś zapomniał, to ty też kiedyś byłeś taki jak on. Każdy ma w swoim życiu taki okres.

– A niby skąd na tym się znasz?

Obaj mężczyźni spoglądali na siebie groźnie. Każdy z nich trzymał rękę na mieczu. Byli gotowi walczyć. Napięcie między nimi rosło, nie zwracali uwagi na wystraszonego malca i równie zaskoczoną Rose.

– Natychmiast przestańcie! – Wrzasnęła na nich dziewczyna. – Zachowujecie się gorzej niż dzieci. Lepiej skupmy się na odprowadzeniu Douglasa do domu. Jasmine pewnie odchodzi od zmysłów, a teraz strata drugiego dziecka może być dla niej zabójcza.

Rose zasmuciła się, wspominając na swojego małego braciszka, zmarłego przy porodzie. W rzeczywistości to ona, jako uczestniczka zdarzenia, przeżyła jego śmierć dużo bardziej niż starsza siostra.

– A gdzie Douglas? – Spytał otrzeźwiony Gavson, rozglądając się dookoła.

– Ptaszek! – Usłyszeli słodki głosik chłopca, który dobiegał z króliczej nory. – Ptaszek się wykluł ciociu! Jest taki śliczny. Chcę go zatrzymać – malec wskazał małego srebrnego smoka. Miał tycie skrzydełka w stosunku do budowy ciała, a szyja była tak samo długa jak ogon. Metaliczna skóra była trochę umorusana od ziemi, a czysto błękitne oczy urzekały wszystkich.

– Wyłaź stamtąd Douglas – zawołał Jimm sięgając po niego.

– Ptaszek też pójdzie?

– Akurat, ptaszka tam zostawisz – warknął Gavson.

– To nie wyjdę.

– Wyjdziesz i to bez gadania!

– Wyjdę z ptaszkiem.

– To nie wychodź! – Wrzasnął rozgniewany Jimm. – A jak tylko wyjdziesz to przetrzepię ci skórę, że nawet matka ci nie pomoże.

– Jimm! – Usłyszał za sobą głos Vivien. – Wiesz co ja sądzę o takich groźbach. Masz natychmiast przeprosić Douglasa i wyciągnąć go razem ze smokiem.

Jimm z Gavsonem groźnie spojrzeli na kotołaka. Nie mogli się z nią mierzyć, gdyż była znacznie szybsza od nich, pomimo swojego wysokiego wzrostu. Mężczyźni powoli wyciągnęli syna Jasmine ze smokiem z króliczej nory. Rose szybko otrzepała malca z ziemi i odsunęła go od dziury. Gavson niepewnie trzymał smoka w swoich rękach, a ten ciągle się wiercił i wyrywał. Młoda dziewczyna zarządziła śniadanie. Wszyscy się z nią zgodzili. Jimm z Gavsonem ruszyli do lasu, aby upolować jakieś zwierzę. Rose z Vivien zaprowadziły Douglasa na niewielką leśną polanę, gdzie rozpaliły ognisko. Polowanie na śniadanie zajęło młodym wojownikom trochę czasu. Słońce wskazywało już południe, kiedy obaj stawili się na polance z młodym jeleniem. Byli posiniaczeni i pokaleczeni na twarzy i rękach. Nie odzywali się do siebie słowem. W ciszy wypatroszyli zwierzę i pozbawili je skóry. Vivien z surową miną przyglądała się im, siedząc na grzbiecie Silverbeaka. Rose opowiadała Douglasowi o jej samotnych wyprawach z hipogryfem. Chłopiec siedział cicho, wpatrując się w dziewczynę z otwartą buzią. Mały smoczek wyciągał swoją długą szyję ku surowemu mięsu, popiskując co chwilę. Kocia pani miała już położone uszy, a jej ogon nerwowo chodził. Zielone oczy uważnie wpatrywały się w srebrnego smoka. Wreszcie zeskoczyła z grzbietu swego wierzchowca, szybkimi krokami zbliżyła się do Douglasa i chwyciła smoczątko w ręce.

– Vi, nie! – krzyknęła natychmiast Rose, widząc jej wściekłość.

– Jemu trzeba dać jeść – wycedziła przez zęby kocica. Podeszła do mężczyzn zajmujących przygotowaniem posiłku. Sięgnęła po jeden z surowych kawałków mięsa, siadła pod drzewem i zaczęła karmić srebrne stworzonko. Uważnie pilnowała, aby nie jadło łapczywie. Wszyscy patrzyli na karmiącą z otwartymi ustami. Nigdy nie widzieli Vivien zachowującej się wobec smoków tak łagodnie, jak matka.

– Nie wszystkie smoki są złe – powiedziała spokojnie odkrawając kolejny kawałek mięsa. – Moja rola smokobójcy skończyła się wraz z ich zniknięciem. Teraz musi się święcić coś poważnego, że zaczynają znów wypełzać ze swych pieczar.

– Ale co? – Zapytała Rose siadając obok Vi, a w ślad za nią poszedł Douglas.

– Musimy wrócić do Jasmine. Kiedy wy szukaliście małego ja byłam u niej i przekazałam jej, że smarkacz jest z nami i go do niej przyprowadzimy jak się obudzi. Wspomniała mi, że miała dziwny sen w nocy.

– A ja chyba widziałem wczoraj smoka – oświadczył Gavson.

– Jakiej był barwy?

– Nie wiem Vi… W nocy było ciemno…

– A może widziałeś gdzie leciał?

– Chyba na północ.

– Hmm… – zamyśliła się Vivien, przyglądając się małemu smokowi, któremu się odbiło.

– Kotek… Ptaszek to ona czy on? – Zapytał Douglas wyciągając do malca rączki.

– Ona. Samiczka – oświadczyła z dumą.

– Mogę ją zatrzymać?

– Będziesz musiał zapytać się matki. Jak tylko zjemy śniadanio-obiad wyruszamy. A jak ją nazwiesz?

Mały chłopiec zaczął intensywnie myśleć.

„Nazywać smoka… – pomyślał Gavson – To nie ma sensu. Smok to smok i już.”

„My też mamy imiona” – odezwał się w głowie telepaty krystaliczny głos kobiety. Jasnowłosy mężczyzna uważnie przyjrzał się stworzeniu.

„Co? Jak to możliwe, że przemawiasz do mnie w kilka godzin po wykluciu?” – Zapytał w myślach.

„Niektórzy spędzają lata na nauce telepatii, inni się z tym rodzą” – Smoczyca użyła wyraźnego przytyku w stosunku do lichych umiejętności Gavsona, a ten zastanowił się tylko skąd mogła to wiedzieć.

„Dobrze, potworku. To możesz mi chyba powiedzieć dlaczego wracacie do świata?”

„Sama nie jestem wszystkiego do końca pewna. Ale wiem, że Douglas będzie mi

potrzebny. On odnalazł mnie w momencie wyklucia i on zostanie moim towarzyszem” – Smoczyca próbowała kluczyć, ale Gavson zauważył, że nie mówi mu wszystkiego.

„Dobrze. W takim razie może mi jeszcze powiesz czy imiona też macie wrodzone?”

„Imiona nadaje nam matka, gdy składa jaja. Ja mam na imię Selene.”

– Selene – powiedział cicho Gavson, zastanawiając się nad słowami smoczycy.

– Tak! Nazwę ją Selene – zawołał radośnie Douglas.

***

Wóz toczył się wolno po wybojach, których jednak dwóch ludzi i pies nie odczuwało. Spali twardym, magicznym snem przeżywając to, co już ich kiedyś spotkało, co spotka ich w przyszłości, albo coś, co działo się w tym samym czasie, tylko gdzie indziej. Nikt nie usiłował wybudzić ich ze snu.

 

Autor: Jodel

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *