browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Odcinek dwudziesty – Gołębnik

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 

Odcinek dwudziesty
Gołębnik

 

Konie ciągnęły wóz powoli i niepewnie. Choć droga pod ich kopytami była twarda i stabilna, nie były w stanie zobaczyć jej nawet na dwa kroki wprzód. Mgliste Polany nawet swą nazwę zawdzięczały bowiem temu, że zalegała je gęsta, nieprzenikniona mgła. Mgła tak gęsta i nieprzenikniona, że żaden osobnik, który nie pragnął z jakiegoś powodu przed czymś się schronić, nie zapuszczał się na te tereny. Niektórzy twierdzili, że to zjawisko ma wiele wspólnego z naturą i jest wywołane płynącą nieopodal, na wschodzie, rzeką Velbą. Tych niektórych zwykło się jednak wyśmiewać, ogólnie przyjęte było bowiem twierdzenie, że mgła została ściągnięta na te tereny za pomocą czarnej magii, a na Mglistych Polanach zalęgły się duchy i inne przerażające stworzenia.

***

Czarna magia nie podzielała jednak do końca tego mniemania.

Choć z drugiej strony ten, którego zwykli utożsamiać z czarną magią nie lubił, gdy go tak tytułowano. Prawda, akurat w tym wypadku, leżała po środku. Jeśli można byłoby nazwać coś szarą magią, chętnie właśnie to by uprawiał. Jego towarzyszka napomykała czasem coś na temat magii tęczowej, jako że świat ma w sobie więcej barw niż tylko czarny i biały (i przeróżne odcienie szarości), ale bardzo go to oburzało. Takie to… elfickie!

Czarna magia nie podzielała jednak do końca tego mniemania, bo nie posiadała nad Mglistymi Polanami mocy. Ktokolwiek wpłynął na to, jakie były Mgliste Polany, musiał włożyć w to naprawdę dużo magicznej siły. Nie dało się bowiem nijak przebić przez mgłę zalegającą ten teren w żaden niefizyczny sposób.

Czarodziej pociągnął nerwowo swoją kozią, brązową bródkę. Wszystkie myśli, które wysłał w ślad za dziewczyną i jej towarzyszami zatrzymały się na granicy jednego z najbardziej tajemniczych terenów w Imperium. Stamtąd zawróciły, nie przynosząc w zasadzie żadnych nowych wieści na temat członków wyprawy. Trafiły za to na wielki, wykuty w szczycie znajdującej się w pobliżu góry pałac, którego z nieznanych powodów wcześniej nie zauważały.

Beloc, on bowiem był właśnie owym czarodziejem utożsamianym z czarną magią, wyszedł z pracowni zaraz po powrocie swej ostatniej myśli, trzaskając drzwiami. Zbiegł po schodkach dwa piętra niżej i wpadł jak wiatr do biblioteki. Jedno spojrzenie na jego twarz i Michelle już wiedziała, że jeśli czegokolwiek się w ogóle dowiedział, nie było to nic pomyślnego.

Michelle była właśnie towarzyszką Beloca. Bardziej asystentką niż współpracownicą i bardziej kochanką niż przyjaciółką. Jak również obiektem, na którym często zwykł wyładowywać swój gniew. Aczkolwiek, by oddać Belocowi honor, należy wspomnieć, że nigdy nie zwracał się ku rozwiązaniom siłowym. Nie w przypadku Michelle. Do jego krzyków już się przyzwyczaiła.

– Coś nowego? – Zagadnęła, odrywając wzrok od haftu, który właśnie wykańczała, wplatając weń swe piękne, złote włosy. Złote, które, gdy spojrzało się na nie pod odpowiednim kątem, zmieniały barwę na srebro.

– Szlag by to wszystko trafił! – Krzyknął gniewnie w odpowiedzi, patrząc w jej oczy, które przybrały kojący, fiołkowy kolor – Wleźli w te mgławe pola i za żadne skarby nie da się ich odnaleźć. To wszystko wina tej wstrętnej halflinki. W jakiś tajemniczy sposób wyczuwa moje myśli.

– Moje Cienie też nie umkną jej uwagi – Michelle starała się zachować spokój. Wiedziała, że mimo tego, jak Beloc nazywał Lobi, czuł wobec niej ogromny respekt. Czuł zresztą respekt przed każdym, kto należał do Redakcji, elitarnej grupy kierowanej przez Artdico Gnorofexa. A Lobi właśnie do tej grupy należała.

Michelle zastanawiała się jednak nad czymś jeszcze innym. Nad czymś, czego nie powiedziała Belocowi. O czym on nie wiedział dotychczas. Co do czego o szczegółach nie miał pojęcia. O czym zresztą nie zamierzał z nią rozmawiać, a ona nie zamierzała rozmawiać z nim.

O pałacu.

Beloc nie miał na szczęście dostępu do jej myśli. Moc, którą od niego otrzymała, potrafiła wykorzystać przeciw niemu. Lub w swojej obronie. Nie wiedziała, na której z tych dwóch pozycji uszeregować blokadę swoich myśli przed jego wścibstwem.

Tego tematu też nigdy nie poruszał. Umiał grać dobrego męża.

Michelle wstała i wyszła z biblioteki. Pomaszerowała w stronę swojego pokoju. Otworzyła szufladkę schowaną pod łóżkiem. Wyjęła ze środka małą, złotą pozytywkę. Postawiła ją na szafce nocnej i przekręciła kluczyk. Wieko otworzyło się, lecz zamiast melodyjki wydobyła się z niej mała, mglista poświata.

Michelle była wściekła, ale wściekłość tę próbowała zamaskować złośliwym uśmieszkiem.

Nagle drzwi od jej pokoju otworzyły się. Nerwowo zatrzasnęła wieko pozytywki i odwróciła się. W progu stał Beloc. Jego ciemne oczy błyszczały zaciekawione.

– Prosiłam cię tyle razy, byś pukał przed wejściem – dziewczyna westchnęła przerażona.

– Wybacz, moja droga. Chciałem tylko zapytać jeszcze o jedną rzecz – udawał, że nie zauważył skrywanego przez nią skarbu. Wyszła do niego na korytarz i zamknęła za sobą drzwi.

– Słucham.

– Chciałem zapytać o szpiega. Czy są jakieś wiadomości?

– Od szpiega, tak…? Chwilowo nic. Ale myślę, że powinniśmy poczekać jeszcze chwilkę. Podejrzewam, że nasi przyjaciele wkrótce będą musieli zatrzymać się. Na nocleg choćby. Wyślę swoich Cieniów do Gołębnika. Sądzę, że stamtąd napisze do nas list. W końcu Gołębnik…

– Tak, wiem, wiem. To miejsce gdzie hodują pocztowe gołębie. Liczę na ciebie.

Beloc podreptał w stronę swojego pokoju. Michelle zatrzasnęła za sobą drzwi. Musi schować pozytywkę tam, gdzie nie będzie mógł jej znaleźć. A na przyszłość trochę bardziej uważać.

***

Powóz toczył się po gładkiej, twardej powierzchni już drugi dzień. Podróżnicy odróżniali dzień od nocy nie po stopniu widoczności, lecz po kolorze niewidoczności. Niewidoczność czarna oznaczała, że trwa noc. Niewidoczność mleczna świadczyła o tym, że zaczął się dzień. Jasmine zresztą nie miała problemu z przebudzeniem się przed świtem. Była świetnym zwiastunem wstającego dnia.

Minionej nocy woźnica zapalił latarnię i drzemał na koźle, owinięty kocem, choć odnosił wrażenie, że uzyskuje w ten sposób jedynie złudzenie ciepła. Gabriel, Lobi, Gavson i Jasmine spali w dość niewygodnych pozycjach wewnątrz wozu, poprzytulani do siebie. Między nimi wypoczywały zwierzęta (choć nie wszystkie z nich lubiły, gdy je tak nazywano). Nawet Levis zwinął się na podłodze, przy nogach Jasmine, i spokojnie zasnął. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna. Nie bał się. Ze względu na bardzo negatywną opinię Mglistych Polan prawie nikt się tu nie zapuszczał, a magia nie miała na ów teren żadnego dostępu.

Ostatni fakt stanowił poważny problem dla Białego Kota. Choć był zupełnie odrębnym, niezależnym bytem, został stworzony z magii Gabriel. A to oznaczało, że nie powinien móc przebywać na terenie Mglistych Polan. Przez lata mieszkania na pograniczu tego terenu Gabriel opracowała jednak sposób na utrzymanie Białego Kota przy życiu. Dostawał on specjalną magiczną karmę, która sprawiała, że zyskiwał niewielką powłokę cielesną, na okres 3 godzin. Dzięki temu przestawał być czysto magiczny, a stawał się czymś w rodzaju magicznego artefaktu, tak jak jego pożywienie. I choć czysta magia nie mogła się utrzymać na Mglistych Polanach, tak jak nie można było tu czarować, ani nawet korzystać z telepatii, artefakty, jako częściowo cielesne, nie zatracały swego działania.

Jasmine obudziła się pierwsza. Zaraz po niej wstał Biały Kot, by ponownie przeżuć trochę życiodajnego pokarmu. Potem zaczęło się robić mlecznie. Po chwili wszyscy pozostali pootwierali już oczy i albo zatopili się w dyskusji, albo wyglądali przez okno powozu, choć nie bardzo interesowały ich widoki, których nie było, lecz raczej ich własne myśli. Tylko Levis wciąż odsypiał wszystkie zaległe noce, które spędził bardziej na czuwaniu niż na drzemce. Jego rolę przejął w tym miejscu Anguis. Instynkt węża lepiej przydawał się w gęstej mgle będącej barierą dla magii, niż moce telepaty.

Kiedy minęło południe, woźnica, drzemiący wcześniej na koźle, zajrzał do wnętrza powozu. Zwrócił się z dystyngowaną uprzejmością w kierunku Lobi:

– Jedziemy już drugi dzień, Pani. Choć ja zdrzemnąłem się w tym czasie na koźle, nasze konie również potrzebują odpoczynku i świeżej paszy. Czy nie sądzisz, że moglibyśmy pomyśleć o zboczeniu na chwilę z trasy i zatrzymaniu się na krótki odpoczynek?

– Tak, Lobi, zatrzymajmy się – podchwyciła temat Jasmine. – Dziś jest dziewiąty dzień tygodnia. W zasadzie w ogóle nie powinniśmy podróżować, a musimy odprawić kult.

– No patrzcie państwo, jak ten czas szybko leci – zaśmiał się Gavson. – Nawet nie zauważyłem, że już upłynął tydzień od naszej przygody nad rzeką. W miłym towarzystwie szybko mija czas.

– Nie widzę nic złego w tym, by się zatrzymać na dzień czy dwa, prawda Levisie? – Lobi uśmiechnęła się w stronę podłogi, na której śpiący do góry brzuchem telepata słodko chrapał.

Gabriel puściła Lobi oczko i odezwała się do woźnicy:

– Jesteśmy już niemal w połowie drogi między Polaną a Dervergiem. Wkrótce powinniśmy mijać skrzyżowanie na Mglistych Polanach. Gdybyśmy skręcili na zachód, za kilka godzin dotarlibyśmy do Karczmy, stojącej przy głównej drodze. Ale wystarczy godzina by pokonać drogę dzielącą nas od Gołębnika, jeśli skręcimy na wschód. Jestem pewna, że będzie to rozwiązanie nie tylko wygodniejsze, ale i bezpieczniejsze. A każdemu z nas przyda się chwila odpoczynku.

Tu zerknęła w stronę Białego Kota, który z niechęcią spożywał kolejną porcję swojej artefaktycznej, magicznej karmy.

– A cóż to jest ten Gołębnik? – Zagadnęła zaintrygowana Jasmine.

– Jest to bardzo znany punkt w połowie drogi między Polaną a Dervergiem – Gabriel pospieszyła z wyjaśnieniem. – Niemal tak dobrze znany, jak Karczma, leżąca równolegle do niego, po zachodniej stronie Mglistych Polan. Podczas gdy Karczma obsługuje ludzi podróżujących Drogą Południową, czyli głównym traktem, Gołębnik zajmuje się tymi, którzy wolą korzystać z drogi wodnej. Można tam zarówno dobrze zjeść, jak i wypocząć w podróży, ale Gołębnik znany jest najbardziej z czego innego. Myślę, że można się domyślić z czego.

– Z gołębi? – Postanowił zgadnąć Gavson.

– Dokładnie! Gołębnik jest najbardziej na świecie znanym miejscem, gdzie hoduje się gołębie pocztowe. Ludzie ze wszystkich stron kupują od gospodarzy Gołębnika te zwierzęta, by potem wysyłać między sobą co pilniejsze wiadomości. Sam Gołębnik służy również jako poczta. Czasem ludzie wolą popłynąć Velbą w tę stronę, niż posyłać listy wozami. Gołębie hodowane w Gołębniku zatrzymują się tu także podczas bardzo długich podróży między nadawcą a odbiorcą. A są tak świetnie wyszkolone, że bezbłędnie trafiają do adresata, nawet, gdy ten jest w podróży.

– Sama korzystam z ich usług – pochwaliła się Lobi. – Pracują tam bardzo mili ludzie. Rodzina hoduje gołębie od pokoleń. W tej chwili przyuczają do tej pracy swojego młodego syna. Jest w wieku twojego brata – spojrzała na Jasmine z dwuznacznym uśmieszkiem. – Powinien ci się spodobać.

Na te słowa zmieszała się nie tylko Jasmine, ale również Gavson. Wychylił się ze swego miejsca, które zajmował przy prawym oknie powozu, na kanapie skierowanej przodem do kierunku jazdy, by spojrzeć w twarz siedzącej przy drugim oknie halflince, a wychylił się tak daleko, że stracił równowagę. By ją odzyskać wystawił prawą nogę do przodu, niechcący następując na ogon drzemiącego wciąż na podłodze Levisa. Ten natychmiast obudził się i przeraźliwie zapiszczał, zrywając się na równe łapy. Odwrócił się w stronę Gavsona warcząc, gdy nagle na jego głowie wylądował wytrącony z zadumy Stuknięty.

– Ale fajnie, ziooom! Bawimy się, nareszcie! – Zawołał dzięcioloid, wymierzając seryjkę ciosów w kark swego psiego przyjaciela. Po chwili nawet Biały Kot i Anguis dołączyli do bitwy na podłodze. Lobi, Jasmine i Gabriel podkuliły nogi i zwinęły je na siedzeniu, z przestrachem patrząc na bójkę zwierząt i towarzyszące jej wymachy butów Gavsona.

– Swoją drogą Levis i tak miał szczęście, że Gavson nie postawił swojej nogi kilka centymetrów bardziej w lewo – odezwała się Lobi, uśmiechając się w stronę Jasmine. Ta wydawała się nie rozumieć.

– No wiesz – podjęła temat Gabriel. – W końcu leżał do góry tym… no… brzuchem.

***

Ściany pomieszczenia idealnie pochłaniały wszelkie dźwięki. Wyłożone czarnymi, miękkimi poduchami, zbudowane zostały (choć nie wiadomo, czy rzeczywiście ktokolwiek kiedykolwiek je budował) na kształt walca. Podłoga i sufit stanowiły jedyne płaskie powierzchnie, ale również znajdowały się na nich czarne poduchy. Gdyby nie płomyk zapalony przez Michelle, unoszący się w powietrzu, byłoby tu nie tylko głucho, ale i przygnębiająco ciemno.

Mglista poświata zaczęła kształtować się w niewyraźną postać. Zyskała nogi, ręce, wreszcie twarz. Przed Michelle stał wysoki, przystojny mężczyzna, nie posiadający ciała.

– Witaj – Kobieta uśmiechnęła się do niego złośliwie. Dusza, ujrzawszy ją, rzuciła się w jej stronę ze wściekłością, ale rozbiła się o jakąś niewidzialną ścianę, tuż przed twarzą ofiary.

– Nie bądź śmieszny, Williamie. Chyba nie myślisz, że otwarcie Pozytywki spowoduje twoje uwolnienie. Wciąż w niej siedzisz, biedaku. Teraz tylko możemy sobie spokojnie porozmawiać.

– Chciałabyś ode mnie usłyszeć coś konkretnego? – Wydobył z siebie głos, który dobiegł jakby z bardzo daleka, z odległej krainy, podczas gdy macał niewidzialne ściany trwające wokół niego.

– Powiedz mi, bardzo proszę, dlaczego Beloc widzi pałac, choć wcześniej nigdy nie był w stanie go dojrzeć.

William przestał obijać się o ściany, których nie było i wbił swój przerażony wzrok w twarz więżącej go kobiety.

– Jak to… Jak to widzi pałac?

– Nie mów mi, że nie wiesz… Ach, przepraszam! Zapomniałam ci powiedzieć. Twoja szanowna małżonka opuściła wasz dom. W towarzystwie zwariowanej halflińskiej telepatki, która swego czasu przyuczała się w krawiectwie u znanej i lubianej pani Morris, jak również pewnej siksy, którą z powodu jakiegoś medalionu kazał mi obserwować Beloc.

Twarz Williama przybrała nagle wyraz szoku. Przylgnął otwartymi dłońmi do niewidzialnej ściany i zaczął nerwowo poruszać wargami. Wreszcie wydobył z siebie głos:

– Czy pomniki zniknęły?

– A co ci do tego?! – Krzyknęła nagle oburzona Michelle. – Czy sądzisz, że to ja będę odpowiadała na twoje pytania? Ty tu jesteś od udzielania mi odpowiedzi!

– Zniknęły, prawda? Nie ma ich. Czyli się zaczęło. Nareszcie się zaczęło…

– Co się zaczęło? Co się zaczęło do cholery?!

Ale szok na twarzy mężczyzny ustąpił miejsca śmiechowi. Śmiechowi, który mało miał wspólnego z nerwowym chichotem. Przypominał raczej perlisty, donośny śmiech pełen radości. Michelle przestała słyszeć go jakby dochodził z daleka. W zasadzie był tuż obok, tuż przy niej. Teraz ona była przerażona.

A potem usłyszała coś jeszcze. Rozejrzała się wokół i nie zamykając Pozytywki, nerwowo chwyciła się za czubek głowy.

Stała w piwnicy, która służyła im również jako lochy. W dłoni trzymała narzutkę, którą przed chwilą ściągnęła zwinnym ruchem ze swego ciała. Pędem schowała ją za połę swojej bluzki. Po schodach znajdujących się kilka metrów dalej schodził ku niej Beloc.

– Co tu porabiasz, moja droga? – Zagadnął z drwiną w głosie.

– Ja… – Starała się wymyślić jakąś wymówkę, ale była w takim szoku, że nie przychodziło jej do głowy nic sensownego. – Przyszłam odetchnąć… ten… pomyśleć o naszym problemie.

– To nie czas myśleć, moja droga, tylko czas działać. Wyślij swoje Cienie, niech towarzyszą moim myślom. Nasi przyjaciele powinni już zbliżać się do Gołębnika.

***

Legard Helkan, woźnica prowadzący Jasmine i jej towarzyszy przez Mgliste Polany, od wielu lat żył na służbie Lobelli Bunce. Choć, na wyraźną prośbę swej pani, służył również jej wieloletniej przyjaciółce – Gabriel. W dniu, w którym ta odwiedziła dom Lobi, by obejrzeć projekt nowych szat, w rzeczywistości dogadywała się z nią w sprawie wspólnej wyprawy. Pojawienie się Levisa po tak wielu latach, w towarzystwie dziewczyny, której Feil przekazała medalion oraz wzmożona aktywność Cieni i myśli obserwujących ich na każdym kroku sprawiły, że musiały obmyślić jakiś plan. Może chociaż skontaktować się z Artdico Gnorofexem. Lobi i tak miała się wybrać do Dervergu, by spotkać się z Artdico. Nie było nic złego w tym, by Gabriel wyruszyła z nią.

Lobi znała tylko niewielką część prawdy, tak samo jak i Gabriel. Odczuwała śledzącą ich magię płynącą z dwóch źródeł, choć nie miała pojęcia od kogo one pochodziły. Gabriel wiedziała skąd pochodzą błąkające się tu i ówdzie Cienie, ale za to nie miała pojęcia o myślach rozsyłanych przez Beloca. Jasmine wiedziała jeszcze mniej, choć zupełnie niechcący stanowiła chyba centrum całego tego zamieszania. A najmniej wiedział Legard Helkan.

Tamtego dnia, kiedy Gabriel spotkała się z Lobi u niej w domu, powędrowała później wprost do pomieszczenia, które zamieszkiwał Legard, rozkazała mu zaprząc dwa najlepsze konie do powozu i podążać za nią. Pięć dni później miał oczekiwać na skraju lasu na Lobi i resztę drużyny, przyprowadzoną przez Białego Kota, i zawieźć ich do pałacu zamieszkiwanego przez Gabriel.

A teraz kierował kroki prowadzonych przez siebie koni ku Gołębnikowi, po to, by wszyscy mogli wypocząć. Następnego dnia miał ponownie zaprząc konie i ruszyć w dalszą drogę. Zgadza się, nie przepadał za swoją pracą. Ale dobrze mu za nią płacono.

Jasmine usiadła obok niego na koźle, z utęsknieniem wypatrując czegoś, co wyglądałoby jakkolwiek inaczej niż mleczna mgła. Patrzył na nią z ukosa. Rozmowa jakoś im się nie kleiła.

I wtedy mgła przerzedziła się w ciągu zaledwie kilku sekund. Jasmine otworzyła szeroko usta i w zachwycie zachłysnęła się powietrzem. Przed nimi, jakby spod ziemi, wyrósł przepiękny, tynkowany na bladobrązowy kolor budynek. Najbardziej charakterystyczna wydawała się w nim być wysoka wieża, zakończona szerszym niż większość jej wysokości pomieszczeniem, ogrodzonym dodatkowo balkonikami. Wokół wieży, na jej spiczastym dachu pokrytym czerwoną dachówką, a także wszędzie, gdzie się tylko spojrzało, dało się dostrzec dziesiątki, jeśli nie setki, cudownych, różnobarwnych ptaków.

– Gołębnik! – Westchnęła pogrążona w zachwycie Jasmine. Wtedy ujrzała, że na balkoniku, wysoko nad ziemią stoi jakaś postać. W całym tym blasku, przy słońcu stojącym wciąż wysoko na niebie, w zachwycie wywołanym chwilą, wydała jej się ona olśniewająca. Chłopak, bo był to chłopak, dojrzał ich z góry i machając ręką w ich stronę krzyknął:

– Hej! Witajcie przybysze! Ojcze! Goście przybyli od strony Mglistych Polan! Mamo, szykuj obiad!

Po czym zniknął z widoku, chowając się w murach wieży gołębnika.

Za chwilę z pięknego, piętrowego domku, którego parter prawdopodobnie stanowiła gospoda, piętro zaś zajęte było przez pomieszczenia mieszkalne, przystosowane również do nocowania gości, wybiegł dobrze zbudowany, wąsaty mężczyzna z bokobrodami, w kapeluszu na głowie.

– Witajcie! Witajcie, mili goście! Czy moje oczy mnie nie mylą? Czy mamy zaszczyt gościć pannę Lobelię? Och, i pani Gabriel, jak dawno pań u nas nie było! Zapraszam, zapraszam, serdecznie zapraszam!

Mężczyzna podbiegł do powozu i uchylił jego drzwi. Podał dłoń najpierw Gabriel, a następnie Lobi, pomagając im wyjść z powozu. Gabriel znów wyglądała tak, jak wtedy, kiedy Jasmine i Gavson ujrzeli ją po raz pierwszy. Zaraz po nich wywlekli się ze środka Levis i Biały Kot, a potem wyfrunął Stuknięty, trzymając w swych szponach zdziwionego Anguisa. Wreszcie, kroczek po kroczku, wynurzył się zaskoczony Gavson.

– A kim są nasi pozostali goście? – Mężczyzna wydawał się być zachwycony nowoprzybyłymi.

– To Gavson – zaczęła przedstawiać rozpromieniona Lobi – a to Jasmine. Nasi przyjaciele, towarzyszą nam w wyprawie do Dervergu.

– Pomóż młodej damie zejść z kozła, Jimm.

Gavson dopiero w tej chwili zobaczył, że chłopak, który wcześniej machał im z wieży gołębnika, stał już przy wozie i obejmował chichoczącą Jasmine w pasie, zestawiając ją na ziemię. Dziewczyna wyraźnie się zaczerwieniła. Gavson również się czerwienił – ale z zupełnie innego powodu.

– A więc masz na imię Jasmine – brązowowłosy młodzieniec odstawił dziewczynę i podał jej dłoń. Jego głos brzmiał radośnie i pewnie, tak, jak głos jego ojca.

– Owszem, a ty Jimm, zgadza się? – Jasmine krępowała się spojrzeć chłopakowi w oczy. – To naprawdę… bardzo ładne imię.

– Całkiem normalne – Gavson szepnął pod nosem sam do siebie, ale Levis odwrócił wzrok w jego stronę. – Myślę, że mogli wymyślić coś bardziej oryginalnego.

– Chodźcie do środka, zapraszamy! – Gospodarz prowadził Lobi i Gabriel pod ramię w stronę stojących otworem drzwi. – A ty, Jimm, zajmij się końmi!

– Rozkaz, ojcze – młodzieniec ukłonił się w stronę mężczyzny, puszczając jednocześnie oczko ku Jasmine. Ta zachichotała nerwowo i pobiegła w ślad za swymi starszymi towarzyszkami. Gavson wepchnął ręce głęboko do kieszeni i podreptał w tym samym kierunku. Za nim powlekł się Levis.

Wnętrze pomieszczenia wywoływało równie wspaniałe wrażenie, jak zewnętrze. Ustawiony na środku wielki, drewniany stół nakryty był białym obrusem, a na nim przygotowano już nakrycia dla gospodarzy i gości. Wokół mnóstwo półeczek, kredensów i biblioteczek wypełniały setki imponujących przedmiotów i drobiazgów, a także niewielka kolekcja książek, która jednak wydawała się ogromna w porównaniu z tym, co Jasmine pamiętała z własnego domu. Gavson wciągnął w płuca zapach pieczonego mięsiwa dobiegający zza drzwi po lewej stronie pomieszczenia i natychmiast zapomniał o synu gospodarzy. Jasmine natomiast z pomocą kilku susów znalazła się po drugiej stronie pomieszczenia i wyjrzała przez znajdujące się tam okno. Ujrzała rozciągający się na ogromną odległość, aż po sam horyzont las, a daleko w dole, około 30 metrów niżej, płynącą wartkim nurtem Velbę. Tam gdzieś, rozbijając się o fale, wciąż z Anguisem w szponach, Stuknięty polował na ryby. Nagle schwycił jedną w dziób, wzbił się pionowo w górę i skręcił w stronę okna. Przerażona Jasmine cofnęła się o kilka kroków, by zrobić miejsce rozpędzonemu ptakowi i potknęła się o leżącego na podłodze Białego Kota, który jeszcze nie do końca stracił swe artefaktyczne właściwości. Z pewnością by upadła, gdyby czyjeś silne ramiona nie schwyciły jej w samą porę. Odwróciła głowę i ujrzała Jimma, który właśnie wrócił, skończywszy oporządzać konie.

– Ostrożnie, panienko – Chłopiec uspokoił ją tak miłym głosem, że momentalnie spłonęła rumieńcem i zawstydzona wyrwała się z jego ramion. Gavson poczuł, że odchodzi mu cała ochota na jedzenie. Stuknięty wleciał przez okno, przeleciał nad ich głowami, wypuścił Anguisa na podłogę i z rybą w dziobie wylądował na jednej z półek. Wąż tak szybko, jak tylko potrafił, podpełzł do swojej pani, wpełzł na nią i skrył się w jej rękawie.

I w tej chwili drzwi po lewej stronie od wejścia otworzyły się. Oczy wszystkich zgromadzonych zwróciły się tam, gdzie stała piękna, szczupła, długowłosa blondynka ubrana w długą, szeroką sukienkę i fartuszek. Głęboki dekolt odsłaniał jej obfity biust. Kobieta trzymała w dłoniach tacę, na której stała wielka, wspaniale pachnąca pieczeń wieprzowa, otoczona gorącymi, młodymi ziemniaczkami. Zza nóg pani domu wychylił się mały, brązowo-biały króliczek i, rozejrzawszy się po pomieszczeniu, śmiało wkicał do środka.

Jasmine była dziś pod tak dużym wrażeniem i na każdym kroku spotykała się z tyloma nowymi cudownymi sytuacjami, że nie wiedziała na czym się skupić. Tymczasem gospodarz postanowił przedstawić nowoprzybyłą osobę:

– Poznajcie moją żonę, Melanie. Kochanie, to są Jasmine i Gavson, wraz z paniami Lobelią i Gabriel podróżują w stronę Dervergu.

– Bardzo miło mi was poznać – ukłoniła się śliczna kobieta, stawiając tacę z pieczenią na stole. – Joeffrey – zwróciła się następnie do męża – zechcesz może uraczyć młodych gości naszym domowym kompotem, który stoi w kuchni?

– Ależ oczywiście, Kotku – gospodarz w podskokach opuścił pomieszczenie. Jasmine schyliła się, by pogłaskać króliczka, który przykicał właśnie w jej pobliże, wesoło trzęsąc swoimi klapniętymi uszkami.

– A to jest Pan Pasztecki – Melanie zwróciła się do dziewczyny wycierając ręce w fartuszek – bliscy znajomi zostawili go nam na jakiś czas, na przechowanie. Jest wyjątkowo społecznym zwierzątkiem domowym.

– To widać – Jasmine roześmiała się, gdy Pasztecki zaczął gramolić jej się na kolana.

– No, mam i kompot, i wyborne piwko, zapraszamy do stołu! – Joeffrey stanął w progu z dwoma wielkimi dzbanami napoi. W tej samej chwili ze stajni wrócił Legard Helkan, wszyscy razem zasiedli i rozpoczęli wyśmienity posiłek. Ryba, leżąca na półce, skorzystała z faktu, że Stuknięty zostawił ją w celu skonsumowania czegoś smaczniejszego, odbiła się uderzeniem ogona, wyleciała przez okno i z rozkoszą wpadła do rzeki.

Gavson wprawdzie pochłaniał swoją porcję bardzo sprawnie, ale jego myśli krążyły gdzie indziej. Naprzeciwko niego usiadła Jasmine, a miejsce obok niej zajął Jimm. Dziewczyna, z początku nieśmiała, szybko przełamała swój wstyd i wdała się z młodzieńcem w fascynującą dyskusję. Po chwili rozmawiali tak, jakby znali się od lat. „Ze mną nigdy tak nie rozmawiała” – pomyślał Gavson i zaczął nerwowo wpatrywać się w swoje dłonie. Gorączkowo zastanawiał się, jak mógłby zwrócić na siebie uwagę Jasmine.

– Może pójdziesz ze mną po obiedzie na wieżę, pokażę ci gołębie – zaproponował nagle Jimm.

– Och, oczywiście, to taka cudowna propozycja! – Jasmine omal nie zachłysnęła się kompotem. Wtedy Gavson sobie przypomniał: przecież jest dziewiąty dzień tygodnia!

Jasmine zawsze była religijna. On odprawiał kult raczej z przyzwyczajenia – ona nie wyobrażała sobie tygodnia bez obrządku. Gavson zdawał sobie z tego świetnie sprawę i pomyślał, że jeśli zwróci jej na to uwagę, z pewnością zrobi na niej wrażenie.

– Ależ Jasmine…

Dziewczyna spojrzała na niego tak, jakby dopiero się tu pojawił. Chłopak postanowił kontynuować:

– Po obiedzie musimy odprawić kult. Jest dziewiąty dzień tygodnia, nie pamiętasz?

Reakcja Jasmine była zupełnie inna, niż się spodziewał. Zerknęła na niego tak, jakby chciała go spalić wzrokiem, po czym zwróciła się w stronę Jimma:

– Ależ nie, to nic ważnego. Możemy sobie tym razem darować, naprawdę jest wiele ważniejszych rzeczy.

– Gavson ma rację – Jimm uśmiechnął się do chłopaka, co sprawiło, że Jasmine obrzuciła go jeszcze bardziej morderczym spojrzeniem. – Jeśli obowiązkiem waszej religii jest cotygodniowy kult, to nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy zwiedzanie Gołębnika zostawili na później. Sam zresztą chętnie wezmę udział w tym ciekawym przedsięwzięciu.

Gavson chciał zapaść się pod ziemię. Nie zrobił wrażenia na Jasmine. Jeśli już, to tylko na Jimmie, który potraktował ich religię jak jakiś element obcego folkloru, przy okazji zwracając się przeciwko dziewczynie. Jasmine była wściekła…

***

Trzy razy wymówił imię w myślach. Jednak pomieszczenie pozostawało tak samo mroczne i duszne, jak wcześniej. Zniecierpliwiony i podenerwowany krzyknął więc z całych sił:

– Feil! Feil! Feil!

Jeszcze przez chwilę nic się nie zmieniało, zaczerpnął więc powietrza (przynajmniej tak mu się zdawało), by krzyknąć jeszcze raz, kiedy coś błysnęło i zawisł przed nim mały, czarnowłosy duszek.

– Spokojnie, bez nerwów. To jest jakiś odrębny wymiar, nawet nie wiesz jak trudno się tu dostać!

– Wybacz, Feil, jestem nieco zdenerwowany. Bardzo się cieszę, że wreszcie jesteś.

– Strasznie tu ciemno! – Feil westchnęła, po czym zawiesiła obok siebie kilka małych płomyków. Pomieszczenie roziskrzyło się i przestało być tak strasznie przytłaczające.

– Michelle wyszła i jej światło zgasło – wyjaśnił William. – Niezwykle się cieszę, że cię widzę!

– Witaj Williamie! Ile to już lat?

– Lat? Droga Feil, żartujesz sobie ze mnie?

– Ależ absolutnie nie, gdzież bym śmiała? Pomyślmy… – Duszek zastanowił się chwilę. – Tak, odkąd przepadłeś bez wieści, minęły już trzy lata.

– Trzy lata? – Duch młodego mężczyzny złapał się za głowę. – Kiedy siedzę w tym więzieniu każdy okres między jednym a drugim otwieraniem szkatułki wydaje się nie dłuższy od minuty!

– Ciesz się, przynajmniej ci się nie nudzi – Feil wzruszyła beztrosko ramionami. – Tak czy inaczej cieszę się, że cię widzę.

– O tak, przyjaciółko. Miałem wiele szczęścia, że Michelle w pośpiechu zapomniała o zamknięciu pozytywki. Jest tyle rzeczy, o które muszę cię zapytać.

– Tak, domyślam się. Czy mam zacząć od początku?

– Od początku? Chciałabyś mi opowiedzieć wszystko, co zaszło przez te trzy lata? Chętnie bym posłuchał, ale obawiam się, że nie mamy tyle czasu. Powiedz mi lepiej szybko co zaszło w ciągu ostatnich dni…

– Ależ oczywiście! Gabriel spotkała się ze swoją przyjaciółką Lobelią Bunce oraz z dwójką młodych podróżujących do Dervergu. Opowiedziała im swoją historię, tę samą, którą ty jej kiedyś wpoiłeś…

– Czy będziesz mi to wypominać do końca życia? – Przerwał jej mężczyzna. – Cóż twoim zdaniem miałem jej opowiedzieć?

– Hmmm… Wydaje mi się, że najrozsądniej byłoby powiedzieć prawdę.

– Przecież prawda by ją zabiła!

– To ty tak uważasz. Czy mógłbyś mi pozwolić powiedzieć co było dalej?

– Oczywiście, przepraszam. Mów.

– Gabriel opowiedziała swoją historię i wtedy Gavson nagle usłyszał Głos.

– Gavson? A któż to jest Gavson? Dlaczego właśnie on?

– Gavson to ten chłopiec, jeden z dwójki młodych. Wyruszył do Dervergu, by zalegalizować swą pełnoletniość. I nie zapominaj, że programując Głos nie ustaliłeś dokładnie, kto ma go usłyszeć.

– Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie miałem wielkich możliwości. Byłem bardzo słaby…

– Tak, oczywiście, ale pamiętaj, że tak się dzieje, gdy na chwilę obniżysz gardę.

– Jasne. Ostatecznie kończysz zamknięty w pozytywce…

– Do rzeczy. Gavson usłyszał Głos, poprowadził wszystkich do twoich ukrytych komnat i tam powierzył, za wskazówkami Głosu, księgę Gabriel.

– A pióro…?

– A pióro powierzył Jasmine.

– Jak to Jasmine? Kim jest Jasmine? Dlaczego nie Gabriel?

– Jasmine to towarzyszka Gavsona. Mogłeś się domyślić. A Głos ma własny rozsądek i lepiej od ciebie wie, komu pióro będzie bardziej potrzebne. Nie obawiaj się, dopóki Jasmine podróżuje razem z Gabriel, twojej żonie nic nie grozi.

– Okej, Gabriel otworzyła księgę, jak rozumiem.

– Owszem.

– I dowiedziała się jaka jest prawda?

– O nie, Williamie. Nie wiem czy pamiętasz, ale w księdze nie było prawdy. Otrzymała z niej jedynie informację o tym, że nie jest Gwiazdą. I że jej siostra nie jest tak naprawdę jej siostrą. Ale nie dowiedziała się kim jest naprawdę i kim jest ta, która ją prześladuje. Ta, która zamknęła cię w pozytywce…

– Czyli?

– Czyli księga zasiała w jej głowie jeszcze większy zamęt, a Gabriel postanowiła wyruszyć do Dervergu wraz z pozostałymi, by tam szukać rozwiązania wszelkich zagadek.

– Pomniki…?

– Pomniki oczywiście zniknęły. Teraz szykują się na ostatnie starcie.

– Będą ją chronić?

– To ty je wymyśliłeś. Ty powinieneś to wiedzieć.

William złapał się za głowę i odwrócił się w dugą stronę.

– Tyle rzeczy się dzieje… – Westchnął. – Niczego nie jestem już pewien…

Zwrócił się ponownie w stronę duszka, jakby sobie nagle o czymś przypomniał.

– Powiedz mi – zaczął – co w tej historii robi ta halflinka? Ta, jak jej tam, Lobelia?

– Och, niemądrą rzeczą jest mówić o Pani Lobi w ten sposób.

– Co masz na myśli mówiąc „Pani”? Przecież to zwykła szwaczka, uczy się fachu u pani Morris!

– Ach, Williamie! Zapomniałam, że siedzisz tu już trzy lata! Pani Morris nie żyje!

– Jak to: nie żyje?

– Umarła wkrótce po twoim zniknięciu. A pani Lobi zajęła jej miejsce, przejęła jej interes. Dzięki niej zakład jest jeszcze lepszy, jeszcze doskonalszy.

– A Gabriel? Gabriel miała przejąć interes po pani Morris!

– Żartujesz? Gabriel po twoim zniknięciu zamknęła się w waszym domu i opuszczała go tylko w bardzo naglących sytuacjach. Najczęściej by spotkać się z Lobelią. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak przeżyła twoje zniknięcie!

– Przepraszam, masz rację. Nadal nie mogę uwierzyć, że to już trzy lata. Przez ten czas mogło zdarzyć się… wszystko! Ale to mi nadal nie wyjaśnia, czemu niby ta halflinka bierze udział w wyprawie obok mojej żony.

– Bo nie powiedziałam ci jeszcze najważniejszego. Lobi należy do Redakcji.

– Co?!

– Tak, dobrze usłyszałeś – dziewczyna roześmiała się. – Artdico Gnorofex nie tak dawno zaprosił ją do udziału w swojej elitarnej grupie. Teraz idzie się z nim spotkać.

– Nie wierzę. To mnie nigdy nie zaprosił, a ją, kobietę innej rasy, która wygryzła moją żonę z obiecanego stanowiska owszem?

Feil udała oburzoną, ale w głębi duszy śmiała się z Williama:

– Nie obrażaj przedstawicielek nieludzi, bo sama jestem jedną z nich. A o Lobi nie wiesz nawet w połowie tego, co wiedzieć powinieneś, by mieć czelność ją oceniać.

– Wybacz, Feil, nie chciałem cię obrazić. Ale wprost nie mogę uwierzyć. Jak pamiętam, ona była tylko zwykłą szwaczką…

– Szwaczką z niespotykanym talentem. Porównywalnym tylko z talentem twojej żony. Która dobrowolnie wycofała się z interesu.

– Jasne, pewnie. To gdzie oni teraz są?

– Wyruszyli przez Mgliste Polany i wypoczywają w Gołębniku.

– W Gołębniku? Przecież tam każdy może ich dopaść! Dlaczego ich nie pilnujesz?

– Otóż dlatego, Williamie, że wezwałeś mnie do jakiegoś obcego wymiaru, by wciągnąć mnie w jakże zajmującą dyskusję. Zresztą nie masz się czego obawiać, są pod dobrą opieką.

– Nie rozumiem…

– Jest z nimi Levis.

– Levis? Ten Levis?

– Tak, ten sam. I… poczekaj. Słyszysz?

William nic nie słyszał, ale Feil nagle zniknęła, a jej płomyczki rozmyły się w powietrzu. W tym samym momencie przed Williamem zjawiła się Michelle, wyczarowała światło i wściekła rzuciła się w stronę młodzieńca, krzycząc:

– Dlaczego nie widzę Gołębnika?

– Co…? – Zapytał zdziwiony, kiedy mimowolnie uniknął jej ciosu, choć wiedział, że nie miała możliwości go dotknąć.

– Nie udawaj! Twoja urocza małżonka przebywa teraz w Gołębniku. Wysłałam do niego swoje Cienie by się czegoś dowiedzieć, ale wróciły, nie znalazłszy Gołębnika!

William nie wiedział co odpowiedzieć. Rzeczywiście, pióro które teraz ma Jasmine ochrania ich przed wzrokiem Beloca. Dzięki temu mag nigdy dotychczas nie miał pojęcia o istnieniu pałacu wykutego w szczycie wzgórza. Ale Cienie Michelle, od tamtego momentu, od wybudzenia, ciągle penetrowały jego komnaty i William nie potrafił wymyślić nic, co mogłoby temu zapobiec. Cóż więc wydarzyło się teraz, że Gabriel i jej przyjaciele chronieni są również przed wzrokiem tej kobiety?

Nie zdążył jednak powiedzieć nic, bo w tym momencie wściekła Michelle krzyknęła i zatrzasnęła Pozytywkę.

***

Ogień huczał na pospiesznie zorganizowanym palenisku – i może byłoby to huczenie radosne, ale jakoś nie śmiał robić osobistych wynurzeń i zwracać na siebie uwagi. Ogólna atmosfera była bowiem raczej ponura – i, będąc ogniem, najlepiej robiło się nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Gavson, który z konieczności przyjął obowiązek poprowadzenia ceremonii kultu, spieszył się jak tylko mógł najbardziej. Jasmine rzucała w niego co i raz spojrzeniami tak ostrymi, że mogły zabijać. Levis i Stuknięty zachowywali się tak, jakby ich nie było i tylko Jimm chłonął z uśmiechem wszelkie dziwaczne dla niego, egzotyczne rytuały. Ryba zdjęta z paleniska była gorąca, ale Gavson zjadał ją z prawdziwym zapałem, by jak najszybciej zakończyć tę farsę. Jasmine, jakby na złość, jadła powoli i z dystynkcją, Jimm zaś delektował się każdym kęsem tak, jakby ryba złożona w ofierze Jedynemu smakowała jakkolwiek inaczej niż zwyczajna ryba podgrzana w żarze ogniska.

Wreszcie skończyli. Całość zajęła im nie dłużej, niż pół godziny. Jimm nagle podszedł do Gavsona, chwycił go za ramiona i roześmiał się:

– Naprawdę, niezwykły ten wasz kult. Dziękuję ci serdecznie, że mogłem uczestniczyć w tym przedsięwzięciu!

Gavson spojrzał na ziemię, przytłoczony uściskiem chłopaka i całą sytuacją. Miał ochotę zniknąć, najlepiej rozpłynąć się w powietrzu. Marzył, żeby to wszystko nigdy się nie wydarzyło.

Jimm tymczasem podszedł do Jasmine i zagadnął:

– Naprawdę pięknie czcicie swojego boga! Czy po tak wspaniałej celebracji zechcesz towarzyszyć mi w wyprawie na wieżę? Pokażę ci wszystkie gatunki gołębi, jakie hodujemy!

– Ależ oczywiście, Jimm… Z przyjemnością – Jasmine pozwoliła się objąć silnym ramieniem znajomego, rzucając za siebie jeszcze jedno mordercze spojrzenie w stronę Gavsona. Ten odprowadził ich wzrokiem za załom budynku, po czym zrozpaczony usiadł na ziemi. Obok niego przysiadł Levis, chłopiec postanowił więc wylać na niego swoje smutki:

– Przecież to niesprawiedliwe! Jasmine zawsze upiera się, żeby świętować dziewiąty dzień tygodnia! Dzisiaj rano sama o tym przypominała! Pamiętasz…?

– Rozumiem, że zależy ci na uznaniu Jasmine? – Usłyszał głos psa w swojej głowie.

– Tak – odpowiedział. – W końcu Jasmine jest moją najlepszą przyjaciółką i…

– Rozumiem, co masz na myśli. Chcesz zrobić na niej wrażenie. Jasmine…

– Jasmine jest moją przyjaciółką! – Gavson spojrzał na Levisa z oburzeniem, jakby tamten próbował coś insynuować.

– Tak, wiem, rozumiem – towarzysz odpowiedział ze spokojem. – Ale nie martw się, przypomnij sobie o czymś ważnym.

– Co masz na myśli? – Gavson nie mógł sobie w tej chwili o niczym przypomnieć.

– Który dziś, według kalendarza?

– Według kalendarza? Ojej… Wyruszyliśmy 27 virdis, raz, dwa, dzieeewięć… Jakie ty trudne pytania zadajesz! Już… 13 suis!

– No i…?

– Ojej… Ojej! Czternastego Jasmine ma urodziny!

– Bingo, geniuszu. A teraz leć, wymyśl coś niesamowitego i zaskocz ją tym, że pamiętałeś. Masz jeszcze czas do jutra.

– Tylko co ja jej dam?

– Pomyśl, z czego mogłaby się ucieszyć.

– Dzięki! – Gavson poderwał się z miejsca. – Nie wiem co ja bym bez ciebie zrobił!

– Pewnie byś umarł – Levis pomyślał raczej sam do siebie, niż do Gavsona, kiedy ten pędził już w stronę wejścia do budynku mieszkalnego, po czym skoczył na przycupniętego nieopodal Stukniętego, z zaskoczenia wyrywając mu kilka piór.

***

Statek poruszał się w dół rzeki wolnym tempem. Choć posiadał dość nowatorski, zamontowany przez krasnoludy silnik parowy, teraz poddawał się tylko delikatnej sile wiatru. Kapitan stał przy sterze, ochoczo rozmawiając z zainteresowaną jego osobą młodą panną. Miał na oko 50 lat, a za sobą wieloletnią karierę pirata dalekomorskiego. Kiedy znudziły mu się grabieżcze wyprawy, kupił sobie własny stateczek i zatrudniał się jako przewoźnik ludzi i towarów po Velbie i Vergu, ewentualnie również po innych rzekach, które miały z tymi dwoma coś wspólnego. Teraz wracał od samego źródła Velby, z gór tajemniczej Skansji, gdzie trafił mu się niespodziewany, bogaty klient. Klient, który płacił wystarczająco dużo, by płynąć nieprzerwanie, dzień i noc, nie zatrzymując się nawet w pobliżu Polany, gdzie Hub zwykle ładował spory transport towarów udających się do Dervergu.

Jego klient, mało tajemniczy i raczej grubiański jegomość około czterdziestki, zdawał się skrywać skarb znacznie cenniejszy, niż sumka, którą obiecał zapłacić kapitanowi. Kupiec, nazywający siebie imieniem Rurry, trzymał to coś cały czas przy sobie i był wciąż podejrzliwy, nawet wobec ludzi, których zatrudnił jako towarzyszy wyprawy. Nic dziwnego – myślał sobie kapitan Hub – w końcu nieraz słyszało się historie o zatrudnionych ochroniarzach, którzy woleli zamiast zapłaty zdobyć cały kupiecki dobytek – przy czym sam kupiec najczęściej kończył w piachu. Jeden z zatrudnionych przez Rurry’ego chłopak, na oko dziesięcioletni, lubił zresztą opowiadać podobną historię, która zdarzyła się kiedyś w jakiejś karczmie, w której akurat przebywał. Kilku ochroniarzy zabiło swego najemcę, po czym usiłowało zgwałcić elfkę, która pełniła te same obowiązki, co oni. Przyjaciel młodego wpadł jednak w ostatniej chwili do pokoju, uratował dziewczynę zabijając jej oprawców i uciekł z nią z karczmy, która stała w płomieniach, ponieważ podpaliło ją stado rozwścieczonych wyvern. Oboje wskoczyli na wóz powożony przez chłopaka i ratowali się brawurową ucieczką z paszczy potworów.

Jakkolwiek nieprawdopodobna była cała ta historia, jej puenta nie pocieszała Rurry’ego. W końcu sam kupiec ostatecznie opowiadanej przygody nie przeżył. Ale skoro sam młodzieniaszek chwalił się tak świetnymi umiejętnościami powożenia, a przy okazji sprawiał wrażenie nieszkodliwego i sympatycznego dzieciaczka, mężczyzna postanowił wciągnąć go do swojej drużyny. Nie spodziewał się, że właśnie ze strony tego niepozornego maluszka może spotkać go największa nieprzyjemność.

Vexo, istotka skądinąd znana w wielu kupieckich środowiskach, był bowiem kenderem. Kenderzy są zaś taką rasą, która ma dwie denerwujące przypadłości: nawet w dorosłym wieku wyglądają trochę jakby byli ludzkimi dziećmi, oraz z wrodzonej konieczności kradną wszystko, co im w ręce wpadnie. Vexo w tym względzie nie był wyjątkiem – i świetnie zdawał sobie sprawę, że jego pracodawca skrywa coś, na czym warto byłoby położyć rękę.

Vexo zdawał sobie jednak również sprawę z faktu, że mężczyzna wynajęty przez Rurry’ego jako ochroniarz zdaje sobie sprawę z faktu, że Vexo nie jest człowiekiem. A to sprawiało, że obaj żyli w nieustannej czujności wobec siebie, jednocześnie zachowując pozorną uprzejmość. Taurus, zatrudniający się jako ochroniarz tylko wówczas, gdy mu się to naprawdę opłacało, starał się uczciwie dopełniać swoich obowiązków. Nie lubił zawodzić zaufania pracodawców – tak, jak nie lubił gdy ktoś zawodził jego zaufanie.

Dwudziestopięcioletni blondyn minął kendera spoglądając na niego z góry. Wyszedł na pokład statku, gdzie spróbował na oko określić jego położenie. Nie był jednak mistrzem jeśli chodzi o podróże statkiem. Na tym znała się Kobra, ostatnia z uczestników wyprawy, ta sama, która ochoczo dyskutowała z kapitanem. Dziewczyna nie starsza niż 20 lat, nosiła luźne, wygodne spodnie i ciężkie buty. Brązowe włosy związane miała w setki malutkich warkoczyków. Interesowała się kapitanem, jego opowieściami dotyczącymi życia i podróży, ponieważ sama od dość niedawna była piratką. Hub podziwiał urodę młodej koleżanki po fachu, jak również jej zaangażowanie. Kobra została zatrudniona przez Rurry’ego dlatego, że znała się na nawigacji, a choć nie była jeszcze mistrzynią – naprawdę szybko się uczyła. Pewne dziwne zdarzenia zniosły ją na ląd, jednak nie potrafiła trzymać się z dala od wody – i dlatego zatrudniała się na statkach. Tu też mogła z radością śpiewać pirackie pieśni.

Taurus zbliżył się do kapitana i dziewczyny wolnym krokiem. Kobra akurat stała przy sterze, wciąż plotkując z mężczyzną. Blondyn odchrząknął, by zwrócić na siebie uwagę. Potem odezwał się:

– Daleko jeszcze musimy płynąć?

– Zależy od perspektywy – zaśmiała się Kobra. – Właśnie zapada zmrok, po lewej mijamy Mgliste Polany. Nad ranem powinniśmy wylądować w Gołębniku!

***

Gavson wyszedł z pokoju, wziął głęboki wdech i ruszył dziarskim krokiem przez korytarz. Po chwili stanął pod drzwiami pokoju Jasmine i z rozpędu chciał zapukać, zatrzymał jednak dłoń w ostatniej chwili. Zza drzwi dobiegały dźwięki rozmowy. Same drzwi były uchylone, chłopiec zbliżył się więc powoli i zajrzał do środka. Na łóżku siedziała Jasmine – podkuliła nogi pod siebie, chwytając się lewą dłonią za kostki. Obok niej usiadł Jimm. Z przejęciem rozmawiali, Gavson wytężył więc słuch, by wszystko wychwycić:

– Naprawdę, dziękuję ci za ten cudowny wieczór. Chyba nigdy się tak dobrze nie bawiłam! – Jasmine wydawała z siebie słowa zachwytu.

– Mówisz tak tylko, żeby zrobić mi przyjemność – Jimm zaoponował z wyraźnie udawaną skromnością.

– Ależ nie! – Jasmine dała się oszukać. – Gołębie są naprawdę cudowne! Tyle barw, tyle dźwięków! Mogłabym je obserwować godzinami! Tak ci zazdroszczę codziennego kontaktu z nimi!

– Mówiłabyś inaczej, gdybyś musiała codziennie sprzątać ich odchody – roześmiał się chłopak, a Jasmine westchnęła z nutą rezygnacji. Po chwili zmieniła temat:

– Przepraszam jeszcze raz za całą tą chryję z kultem. Nie wiem, co wstąpiło w Gavsona. Nigdy nie przykładał tak dużej wagi do obrzędów, a teraz nagle stało się to potrzebą numer jeden!

– Nie przepraszaj. Tak jak ty świetnie bawiłaś się zwiedzając Gołębnik, tak ja z radością wziąłem udział w waszym święcie. Nieczęsto zdarzają mi się tu takie rozrywki. Zresztą Gavson wydawał się próbować zwrócić na siebie twoją uwagę, nie zauważyłaś tego?

– Naprawdę? – Jasmine zdziwiła się. – Nie myślałam o tym w ten sposób… Cóż… Tak czy inaczej, udało mu się…

Nastąpiła chwila ciszy. Jimm odwrócił się w stronę okna, wydawało się, że zbiera się, żeby o coś zapytać.

– Jasmine? – Padło wreszcie z jego gardła, gdy oczy ponownie spojrzały na dziewczynę.

– Słucham… – Gwiazda Poranka również odwróciła głowę tak, że ich wzrok się spotkał.

– Chciałem zapytać o Gavsona – Jimm zaczął się plątać, znów odwracając głowę. – Czy ty i on… To znaczy… Czy wy jesteście parą?

Reakcja Jasmine okazała się nadzwyczaj żywiołowa. Dziewczyna zaczęła nerwowo kręcić głową.

– Ależ nie! Skąd ten pomysł? Ja i Gavson przyjaźnimy się od dzieciństwa, ale on w ogóle nie interesuje mnie jako chłopak!

Gavson poczuł w tym momencie nagłe ukłucie żalu. Zacisnął dłoń na przedmiocie, który w niej trzymał, a po policzku stoczyła mu się pojedyncza łza, której nawet sam nie zauważył. Chciał odejść, ale wytężył słuch jeszcze bardziej. Jimm wyjrzał przez okno.

– Jaką mamy dziś piękną noc, prawda? – Zapytał, bo cisza która zapanowała zaczęła się robić niezręczna.

– Rzeczywiście – przytaknęła Jasmine. – Która może być godzina?

– Sądzę, że już chwila po północy – odpowiedział jej towarzysz.

– Ojej! To znaczy, że dziś mam urodziny!

– Naprawdę? – Jimm pozwolił się radośnie zaskoczyć. – W takim razie należy ci się prezent!

– Daj spokój! Co ty możesz mi dać tak…

Jasmine nie dokończyła jednak zdania, Jimm bowiem niespodziewanie zbliżył się do niej i dotknął wargami jej ust. Dziewczyna otworzyła oczy tak szeroko, jak tylko się dało i odruchowo usiłowała odskoczyć, ale w tym samym momencie dłonie Jima znalazły się za nią – jedna objęła jej szyję, a druga wplotła się we włosy, zapobiegając ucieczce. Jasmine bardzo szybko przestała się wyrywać, po pierwszym muśnięciu nastąpiło bowiem kolejne, a wreszcie Jimm rozwarł nieco usta, by objąć jej wargi swoimi. Dziewczyna westchnęła, zamknęła oczy, po czym powoli, by nie zakłócić sytuacji, przeniosła swe dłonie na plecy chłopca. Jimm odjął swoją dłoń od szyi, dotknął nią twarzy towarzyszki i zaczął gładzić jej policzek, ani na chwilę nie odrywając swoich ust od ust dziewczyny – cały czas delikatnie całując. Jasmine wydawała się w nim zatapiać, znikać, obejmowała go coraz mocniej, coraz bliżej. Wreszcie Jimm wysunął dłoń spośród włosów dziewczyny i położył ją na jej ramieniu. Jasmine nie chciała przerywać pocałunku, zrozumiała jednak, że pora się odsunąć. Oderwała swe usta i otworzyła oczy, nie oddalając jednak twarzy dalej niż na 5 centymetrów. Oboje patrzyli głęboko w swoje oczy, oddychając ciężko.

– Podobało ci się, Księżniczko? – Jimm zapytał, z trudem łapiąc oddech. Jasmine spłonęła rumieńcem i spuściła wzrok.

– Było cudownie – Odparła.

– Zapewniam cię więc, że to dopiero początek twoich urodzinowych prezentów.

Gavson nie chciał już jednak znać żadnego kolejnego prezentu szykowanego przez Jimma ku czci Jasmine. Odwrócił się i pobiegł w stronę swojego pokoju. Dłoń, która kurczowo zaciskała się na przedmiocie, powędrowała w górę, w stronę spływających łez, wypuszczając przedmiot na podłogę. Chłopiec już o to nie dbał. Było mu wszystko jedno, chciał znaleźć się jak najszybciej w łóżku, z dala od rozgrywających się w pokoju Jasmine scen.

Przedmiot upadł na podłogę i narobił huku.

Jasmine spojrzała w stronę drzwi, poderwała się nagle i wybiegła na korytarz. Kopnęła coś, co potoczyło się po podłodze. Schyliła się, by podnieść medalion, niegdyś jej odebrany i do dziś przechowywany przez Gavsona. Skierowała wzrok na drzwi pokoju przyjaciela.

– Gavson…? – Szepnęła, czując nie wiadomo dlaczego przypływ ogromnego smutku.

***

Coś nagle wyrwało Beloca ze snu. Zerwał się zaniepokojony na równe nogi i po chwili już wiedział: dziewczyna odzyskała medalion. Miał ochotę krzyknąć trzy razy imię Feil, zrozumiał jednak, że w tym momencie nie ma to żadnego sensu. Choć medalion tworzyli razem, duszek nie był jego przyjacielem i nie podzielał jego zdania co do przeznaczenia Jasmine. Coś zresztą sprawiało, że nie widział Gołębnika, a choć wyczuwał, że dziewczyna odzyskała medalion, nie był w stanie nijak zdobyć nad nią kontroli. Mgliste Polany musiały jej chronić – ale Gołębnik znajdował się poza granicą Polan. Czymkolwiek była moc osłaniająca ją przed jego działaniem – Feil nie pomogłaby mu i tak w zrozumieniu jej. Czarodziej usiadł więc na łóżku i zaczął myśleć, szarpiąc swoją kozią bródkę.

Cofnął się myślami do czasów, gdy powstawały medaliony. Pewien mały duszek imieniem Flora był tu kamyczkiem, który poruszył lawinę. Duszki są rasą pięknych kobiet, ukrywających się i swoje państwo w miejscu, do którego nikt obcy nie ma dostępu. Raz na dłuższy czas muszą się jednak rozmnażać, by przedłużyć istnienie gatunku. Do rozmnażania potrzebują magów, z którymi jednoczą się w czarodziejskim rytuale. W wyniku tego rytuału dochodzi do zrodzenia nowych, młodych duszków – co jest korzystne dla ich rasy. Duszki rodzą się po kilku miesiącach od rytuału z pąków dużych kwiatów-matek. W wyniku rytuału dochodzi również do bezpośredniego stworzenia medalionów – co jest korzystne dla magów. Kiedy mag jednoczy się mocą z duszkiem, powstająca między nimi więź tworzy magiczny artefakt, który zawiera w sobie część mocy każdego z jego twórców. Po odbyciu rytuału duszki zabierają medaliony ze sobą, czekają na urodzenie się dzieci i przenoszą się w nowe, ukryte miejsce. Następnie wybierają nową królową, która nimi dowodzi i która za jakiś czas wybierze moment na nowe spotkanie z magami. Magowie oczywiście nie mają dostępu do medalionów, choć w przeciwieństwie do duszków potrafią z nich korzystać. Dostają swoją szansę wtedy, gdy duszek zdecyduje się wybrać sobie jakąś obcą osobę, z którą się spotka, by przekazać jej swój medalion.

Tym razem było jednak inaczej. Duszki bardzo długo nie kontaktowały się z magami – wybrały bowiem niezwykle zaborczą królową, która nie zamierzała ani spotykać się z kimkolwiek spoza własnej rasy, ani tym bardziej oddawać swego panowania w ręce następczyni. Tak też ukrywała się w lesie nie planując aktów stwórczych i pewnie ukrywałaby się jeszcze długo, gdyby nie młoda Flora. Choć z drugiej strony – może gdyby nie Artdico Gnorofex?

Pewnego dnia Flora ujrzała Artdico przechadzającego się po lesie. Choć prawdopodobnie to jednak Artdico dał się ujrzeć. Tak czy inaczej Flora zakochała się w tym poczciwym starcu z długą brodą. I obserwowała go przez dłuższy czas, aż wreszcie postanowiła się odezwać. Zaczęła z nim rozmawiać, dowiedziała się, że jest magiem i wyjawiła mu, gdzie ukryte jest państwo duszków.

Całą tę historię Beloc znał dzięki Feil. Flora bowiem ufała Feil najbardziej ze swoich sióstr. Pewnej nocy spotkała się z nią na Skale Zwierzeń, gdzie duszki odbywały prywatne, ważne rozmowy. Opowiedziała jej tam całą historię swojej znajomości z Artdico. Feil wówczas, po raz pierwszy w swoim życiu – a obie były zrodzone w czasie ostatniego mnożenia – postanowiła, mimo zakazów królowej, spotkać się z kimś z zewnątrz. Artdico opowiedział jej o tym, w jakim celu pozwolił Florze zakochać się w sobie, o planach dotyczących stworzenia medalionów i rozmnożenia duszków. Feil była najinteligentniejsza spośród wszystkich duszków i w lot pojęła w czym rzecz. Było jej bardzo żal ukochanej siostry, ale dobrze rozumiała manipulacje Artdico. Obiecała więc, że zajmie się Florą i nie dopuści, by stała jej się krzywda – oboje wiedzieli bowiem, że jest ona zdrajcą i że królowa będzie musiała się o tym dowiedzieć. Feil postawiła tylko jeden warunek. Artdico chciał bowiem stworzyć medalion wraz z nią – wówczas byłby najbardziej wartościowy, zdawał sobie jednak sprawę, że w targach z królową był sam asem z własnego rękawa i mógł ją przekonać do współpracy proponując jej współtworzenie. Feil jednak nie zgodziła się ani na jedną, ani na drugą opcję – zażądała, by mag zadośćuczynił Florze to, co jej uczynił i współtworzył w jej towarzystwie. Artdico domyślał się, że będzie to skomplikowany zabieg, ale zgodził się na żądania duszka.

Pewnego dnia największy z magów zjawił się więc w państwie duszków, wprowadzając królową w popłoch. Przyjęła go ona jednak na audiencję i koniec końców zgodziła się na współpracę, gdy Artdico zaproponował jej jako kompana młodego, przystojnego i niezwykle utalentowanego maga Williama. Sam, zgodnie z obietnicą, zaproponował współtworzenie zaskoczonej i zawstydzonej zarazem Florze, jemu zaś, czyli Belocowi, przypadła w udziale współpraca z Feil. Wybór o tyle naturalny, o ile niezręczny. Beloc, jako jeden z trzech najpotężniejszych magów musiał prosić o współdziałanie Feil, która była najpotężniejszym z duszków, skoro Artdico i William otrzymali już swój przydział. Ona jednak od początku wyczuła w nim przewrotność i wzgardę, których nie starał się przesadnie ukrywać, i nie zapałała do niego sympatią.

Sam akt tworzenia okazał się być bardzo uroczysty. Beloc, również stosunkowo młody jak na maga, uczestniczył w tym wydarzeniu pierwszy raz w życiu. Feil również. Oboje jednak dobrze wiedzieli, co robić. Choć nie darzyli się wzajemnie ciepłymi uczuciami, starali się jak najdoskonalej zjednoczyć w swoich mocach. Beloc wkładał w powstającą materię swoją siłę, umiejętność kamuflażu, ale również zdolności kucharskie. Feil dodawała mnóstwo miłości, przebiegłości, jak również umiejętności leczniczych. Ale w pewnym momencie coś zaczęło iść nie tak. Coś sprawiało, że moce przestawały się jednoczyć, że zarówno mag, jak i duszek, tracili kontrolę nad powstającym medalionem. Oboje zrzucali to na karby braku doświadczenia i wzajemnej antypatii, w pocie czoła usiłując naprowadzić ponownie moce na właściwe tory. Kiedy jednak proces zbliżał się ku końcowi, zdawali sobie świetnie sprawę z tego, że coś poszło nie tak. Nie wiedzieli jednak co i ostatecznie Beloc zapomniał o tym wkrótce po chłodnym pożegnaniu z Feil.

Flora oczywiście przyznała się do zdradzenia lokalizacji państwa duszków, za co została dyscyplinarnie wydalona poza obręb społeczności, bez możliwości odnalezienia jej w przyszłości. Nie mogła nawet poznać własnej córki, która zrodziła się kilka miesięcy później. Feil zaś, zgodnie z obietnicą daną Artdico, rzuciła w twarz królowej groźbę policzenia się z jej wyczynami w przyszłości i opuściła społeczność wraz z siostrą. Pewnie z dużą szkodą dla społeczności – miała bowiem spore szanse na zostanie kolejną królową. Tego jednak nikt już nie wiedział.

Feil i Flora opuściły państwo duszków i zaczęły żyć wśród obcych sobie ras, aczkolwiek wciąż we względnym ukryciu. Feil jednak zawierała nowe znajomości, znajdując wśród nie-duszków wiele sympatycznych osób. W tym czasie często spotykała się również ze współtwórcą własnego medalionu i wtedy opowiedziała mu całą historię. Utrzymywali ze sobą poprawne stosunki, wciąż nie darząc się krzyną sympatii.

Beloc zapomniał o komplikacjach przy tworzeniu medalionu i dlatego bardzo się ucieszył, gdy Feil wreszcie zechciała go komuś ofiarować. Zapragnął natychmiastowego zapanowania zarówno nad medalionem, jak i nad jego nową właścicielką. To zmieniłoby wszystko – on zyskałby ogromny skarb, a młoda dziewczyna nie wykorzystałaby medalionu zgodnie z własnym widzimisię. Zdziwił się jednak, gdy Feil powiedziała mu, w jaki sposób medalion znalazł się w dłoniach Jasmine. „To nie ja ją wybrałam” – rzuciła wtedy – „Medalion to zrobił”. I wprowadziła Beloca w osłupienie, które trwało nieprzerwanie do dziś. Mogła mówić prawdę. A medaliony nie wybierają sobie właścicieli.

Jest tylko jeden rodzaj artefaktów, który wybiera sobie właściciela. Klucze. Klucze wybierają sobie kluczników. Medalion był więc kluczem, Jasmine zaś – jego klucznikiem. Czy wiedziała jednak o tym? A przede wszystkim: co miała otworzyć z pomocą tego klucza? Gdzie znajdowały się drzwi i co skrywały?

Tak czy inaczej nie miało to wielkiego znaczenia. Chce czy nie chce, dziewczyna będzie musiała otworzyć te drzwi prędzej czy później. Beloc, nawet zdobywając nad nią władzę, nie da rady temu zapobiec. Rozumiał już, że mylił się na początku, sądząc że wykorzysta źródło swoich niepokojów do własnych celów. Jedyne, co mógł zrobić, to starać się oddalić jak najbardziej w czasie moment otwarcia drzwi. Wciąż jednak nie miał dostępu do dziewczyny, a Feil nie zamierzała mu chyba w niczym pomagać. Wsunął się więc ponownie pod kołdrę, choć zaczynało świtać, i zasnął niespokojnym snem.

***

Jasmine siedziała w nogach swego łóżka, gdy wzeszło słońce. Rozłożyła przed sobą wszystkie tajemnicze przedmioty, które w ciągu tak niewielkiego czasu udało jej się zebrać. Było tu piękne, długie pióro, zielone trzewiczki którym do kompletu brakowało wstążki otrzymanej przez Stukniętego, a także magiczny medalion, który dostała od Feil. Dotknęła go. Wzięła w dłoń, którą mocno zacisnęła. Poczuła lekkie mrowienie, słaby strumień mocy, ale nic nie działo się ani odrobinę podobnie do tego, czego doświadczała wcześniej. Zanim z nie do końca jasnych powodów znalazła się w głębokim dole, gdzieś w środku lasu. Teraz nie kontrolowała mocy medalionu, nic nie słyszała. Tak, jakby ktoś nałożył nań jakąś blokadę…

Dziewczyna odłożyła medalion. Przypomniała sobie, jak znalazł się ponownie w jej posiadaniu i posmutniała. W zasadzie od tamtego momentu mieszały się w niej smutek z ekscytacją. Pierwszy raz pocałował ją chłopak. To było wspaniałe! I to jeszcze jaki chłopak… Na samą myśl przeszły ją dreszcze. Ale z drugiej strony Gavson tam był. Pewnie wszystko widział, wszystko słyszał. Jasne, nie powinien podsłuchiwać. Ale przecież przyszedł tylko dać jej prezent. Oddać jej medalion. Nie powinien być świadkiem takich scen. Do głowy przyszły jej słowa Jimma: „Gavson wydawał się próbować zwrócić na siebie twoją uwagę”. Czy Gavson mógłby chcieć od niej czegoś więcej, niż tylko przyjaźni?

Czy Levis wiedział, że medalion znalazł się ponownie w jej posiadaniu?

Jasmine wyjrzała przez okno. Widok ciągnących się po horyzont zielonych lasów zapierał dech w piersiach. Spojrzała na rzekę wijącą się poniżej. Do zatoczki przy Gołębniku zbliżał się statek.

Dziewczyna znała statki tylko z ilustracji w starej książce, odziedziczonej po babci. Nie była to książka, na której dało się nauczyć czytać, zawierała za to mnóstwo ślicznych, ale i przerażających ilustracji. Statki przeróżnych epok i nacji, morskie stwory takie jak krakeny i lewiatany, rasy strasznych syren i pięknych mermaid (potocznie również zwanych syrenami), inteligentni aquydzi. Książka nazywała się „Morze” i właśnie owo morze przedstawiała. Jasmine uwielbiała ją przeglądać.

Statek, który właśnie sadowił się przy Gołębniku, nie przypominał zbytnio żadnego ze statków znanych z książki o morzu. Był mniejszy, zdecydowanie mniej ozdobny i nie tak imponujący. Zaimponował Jasmine jednak wystarczająco, by zapomniała o wszystkim, co ją niepokoiło, zeskoczyła z łóżka i pognała korytarzem ku przystani, krzycząc przy okazji na całe gardło:

– Statek! Prawdziwy statek! Statek przypłynął!

Zbiegła na dół, gdzie zastała krzątającą się panią domu. Melanie uśmiechnęła się do niej, gdy wybiegała na dwór. Choć Jasmine była przekonana, że jest pierwszą osobą w domu, która zauważyła statek, ze zdziwieniem wpadła na Jimma, który musiał wyjść innymi drzwiami. Oboje speszyli się i żadne z nich nie odezwało się słowem. Jasmine spłonęła rumieńcem i spojrzała pod nogi. Rzeczywiście, wczorajszy wieczór nie zakończył się przesadnie miło. Po tym, jak okazało się, że Gavson był świadkiem całej sceny, ona nie chciała już ani rozmawiać, ani przytulać się, chciała tylko spać. Jimm musiał więc opuścić jej pokój niepocieszony. Należały mu się za to przeprosiny – tylko teraz dziewczyna nie miała jakoś na to siły.

Oboje milcząc zbiegli w dół po schodkach prowadzących do przystani, pod skarpą. Schodki i przystań znajdowały się w oddaleniu kilkudziesięciu metrów od budynków Gołębnika, ale dość blisko, by można było ogarnąć wszystko wzrokiem. Przygotowano je wiele lat temu, kiedy odkryto jeden z niewielu fragmentów lądu wychylającego się z mgły po tej stronie rzeki i postanowiono wykorzystać go do celów gospodarczych.

Za chwilę Jimm i Jasmine stali już na ciepłym piasku rozgrzanym wschodzącym letnim słońcem. Jimm chwytał liny rzucane przez kapitana statku i cumował je do palików utkwionych w skale. Jasmine, kompletnie niezorientowana w tym procederze, tylko patrzyła na statek z zachwytem.

– Cholera jasna! – Usłyszała okrzyk dobiegający z pokładu, gdy ujrzała wychylającą się zza kapitana postać młodej dziewczyny. – Jakże dawno mnie tu nie było!

Dziewczyna stanęła na krawędzi statku i, nie czekając na opuszczenie mostka, skoczyła w dół, lądując na piasku tuż przed zadziwioną Jasmine.

– Ahoj! – Zakrzyknęła wstając z pozycji kucznej, otrzepując lewą ręką ubranie, a prawą wyciągając w stronę nieznajomej. – Ciebie to ja nie kojarzę.

– Mam na imię Jasmine – Gwiazda Poranka uścisnęła dłoń dziewczyny o delikatnych rysach i z mnóstwem warkoczyków falujących w podmuchach wiatru. – Jestem w Gołębniku przejazdem.

– Na bogów! Przejazdem? A gdzie twój statek, Jaśminku?

– Nie podróżujemy wodą lecz lądem – Jasmine z zakłopotaniem odpowiadała na śmiałe słowa rozmówczyni. – I proszę, niech pani nie mówi…

– Nie żartuj! – Szatynka niemal się zachłysnęła. – Lądem? Przez Mgliste Polany? Słyszałam, że to niebezpieczne!

– Jakoś dajemy sobie radę. Wie pani…

– Daruj sobie już tą panią, Kwiatuszku! Mogę być od ciebie góra 5 lat starsza. Mówią na mnie Kobra, więc i ty tak do mnie mów!

– Kobra. Dobrze. Ja jestem Jasmine. Nie żadna Jaśminka, ani Kwiatuszek. Po prostu Jasmine.

– Oj, wielkie rzeczy! Zresztą powiedziałam do ciebie „Jaśminku”, a nie „Jaśminko”, a to jest różnica. Jest czy nie?

– Jaśminek też odpada. Dziękuję.

Jasmine usłyszała za plecami wesoły śmiech. Odwróciła się i spojrzała z gniewem w oczy rozbawionego Jimma, który przywiązywał właśnie ostatnią linę do palika. Ten natychmiast się zreflektował.

– Chyba gdybym ja tak cię nazwał, to byś się nie gniewała? – Zagadnął. Dziewczyna znów się zmieszała.

– Mógłbyś mnie nazywać… kwiatuszkiem. Ale…

– Ale nie Jaśminkiem – Gavson pokonał właśnie ostatni stopień dzielący go od plaży. – Ona nie znosi jak ktoś zdrabnia jej imię.

Jasmine nie wiedziała po co się wtrącił. Nie wiedziała po co zszedł na dół. Nie wiedziała też co ma ze sobą zrobić. Na szczęście Jimm właśnie pomógł kapitanowi statku opuścić pomost na piasek i można było zwrócić uwagę na pozostałe osoby wchodzące w skład załogi. Dziewczyna na wszelki wypadek schowała się za Kobrą, tak by być bliżej statku, a dalej od Gavsona.

W dół po pomoście schodził grubawy jegomość, za nim postępował przystojny blondyn, dźwigający skrzynię z dobytkiem.

– Nazywam się Rurry – zagadnął jegomość, wyciągając dłoń w stronę Jimma, pomijając przy tym Jasmine. – Chciałbym spędzić noc w waszym przybytku. Czy mógłbym mówić z gospodarzem tego miejsca?

– Ojciec przygotowuje z matką powitanie – odezwał się Jimm. – Ja natomiast pełnię obowiązki gospodarza.

– A ta panienka? – Jasmine odniosła wrażenie, że kupiec traktuje ją z pogardą. Gavson odniósł wrażenie, że jego w ogóle nie zauważył.

– To Jasmine – z ochotą przedstawiła nową znajomą Kobra. – Wyobraźcie sobie, podróżuje lądem, przez Mgliste Polany!

– Nie widzę w tym nic dziwnego – żachnął się Rurry. – Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, młoda damo, ale kapitan tego statku wcale nie będzie wiózł nas do samego Dervergu. Z Gołębnika ruszymy dalej drogą lądową.

– Rozumiem w tym moją rolę – wyrzucił z siebie niski, buńczuczny chłopak, który wyrósł jakby spod ziemi. – Zostałem więc zatrudniony, by przewieźć szanownego szefa przez tę dziką, niezbadaną krainę? Ciekawe, ciekawe…

– Ciekawe co też pana do tego skłoniło… – Mruknął pod nosem niosący bagaż blondyn.

– Nie twoja sprawa jakie kierują mną pobudki. Nie wynająłem cię po to, byś stawiał pytania – kupiec oburzył się.

– Owszem, ale nie informował nas pan również, że będziemy szli lądem – podchwyciła Kobra.

– Vexo dobrze zauważył, że nie będziemy szli, lecz jechali – wyjaśnił z ochotą grubas.

– Problem w tym, drogi panie – przerwał konwersację pasażerów statku Jimm – że my nie zajmujemy się wynajmem wozów i koni. Tu jest gołębnik, a nie stadnina…

– Wielki problem, młody człowieku. Przecież ta tutaj, panienka, dotarła do was właśnie lądem. Musi więc mieć ze sobą jakiś pojazd.

– Z tym, że my nie udostępniamy miejsc w powozie byle komu – Gavson nareszcie dał się zauważyć, czym wprowadził mężczyznę w niemałe oburzenie.

– Wypraszam sobie nazywanie mnie byle kimś! Ile ty masz lat, młody człowieku!?

– Wystarczająco dużo, by mieć coś do powiedzenia w sprawie powozu, którym wraz z Jasmine podróżujemy – chłopiec nie dał się wytrącić z równowagi.

– Dość tego! – Krzyknął Rurry. – Powinieneś się z nim natychmiast rozprawić, Taurusie!

– Jakby pan nie zauważył – wyrzucił przez zęby niosący bagaż blondyn – mam ręce zajęte pańskim dobytkiem.

– I tak mamy pana bronić w razie kłopotów – wsparła go Kobra. – Póki co tylko jakiś gołowąs stara się zapobiec pańskiemu wpychaniu się na jego wóz.

– Gavson – chłopiec wyciągnął dłoń w stronę Kobry. – Mam na imię Gavson.

– Kobra – Dziewczyna chwyciła jego rękę i zdziwiła się, gdy nagle jej dłoń powędrowała w górę, ostatecznie muśnięta wargami Gavsona. Zarówno ona, jak i Jasmine dość głośno wciągnęły powietrze. W tym momencie na piasku stanął kapitan statku Hub, ścisnął dłoń najpierw Jasmine, następnie Jimmowi, a na końcu Gavsonowi i zakrzyknął:

– No, wszystko w porządku, statek zabezpieczony! Diabelnie jestem głodny, chodźmy, chodźmy! Później się wygodnie prześpię i przed wieczorem ruszę z powrotem na Polanę. Z pewnością załaduje się jakieś towarki!

Wszyscy, prócz Jimma, który już kilkakrotnie spotkał kapitana Huba, byli zaskoczeni śmiałością i wesołością mężczyzny i zapomnieli natychmiast o wszelkich konfliktach. Oniemiali powlekli się za nim po schodkach, w górę klifu. Na górze czekała już na nich ekipa powitalna. Staremu druhowi, kapitanowi Hubowi dłoń uścisnął najpierw ojciec Jimma, Joeffrey, a następnie uśmiechnięta Gabriel i lekko nieufna Lobi. Towarzyszył im także Levis, który nie zamierzał się absolutnie zdradzać z tym, że nie jest zwykłym psem. Kilka razy głośno zaszczekał, zamerdał ogonem, zrobił kółko wokół własnej osi, po czym pognał w stronę Gołębnika, co chwila oglądając się, czy pozostali podążają za nim.

Z radością nowych gości powitała również pani domu, gdy już przekroczyli próg. Kończyła właśnie ustawiać na stole obfite śniadanie, w cichości ducha licząc na spore zyski. Pan Pasztecki kicał między jej nogami, co jakiś czas dając się pogłaskać przez kogoś z przybyłych. W tym procederze przodował kapitan Hub, choć Kobra i Vexo nie pozostawali daleko w tyle. Taurus w tym czasie poprosił gospodarza o wskazanie mu pokoju, w którym nocować będzie jego szef i podążył tam, by wreszcie pozbyć się ciężkiego bagażu.

Gdy wszyscy zasiedli już, nieco się cieśniąc, przy drewnianym stole, kapitan Hub zaczął opowiadać o swoich dawnych, pirackich przygodach. I choć Kobra co jakiś czas dodawała coś od siebie, to i tak cały poranek należał do kapitana. Rurry był z tego niezwykle zadowolony – nikt bowiem nie pytał go o cel podróży, ani o zawartość bagażu. Kiedy zaś skończyli śniadanie, grzecznie podziękował i udał się na spoczynek. To samo postanowił zrobić kapitan Hub, by później z rześkością wyruszyć w dalszą podróż.

Gavson natomiast poczłapał schodami na wieżę Gołębnika. Rozejrzał się po raz pierwszy dookoła i być może zachwyciłby się niesamowitym widokiem różnokolorowych, małych i dużych gołębi, gdyby w ogóle miał nastrój do zachwycania się. Teraz tylko przysiadł sobie na ławeczce umieszczonej przy wewnętrznej ścianie wieży i zamyślił się nad swoim losem. Dlaczego pocałunek Jimma i Jasmine zrobił na nim tak mocne wrażenie? I czy powinien był oddawać medalion Jasmine? Levis chyba nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział… „Co powoduje, że zachowuję się w ten sposób?” – pomyślał – „Przecież z Jasmine łączy mnie tylko przyjaźń… Tylko przyjaźń…”

Usłyszał kroki. Po chwili z dziury w podłodze wychyliła się głowa Lobi.

– Witaj, Gavson! Co tu robisz, w samotności? – Zagadnęła uprzejmie.

– Siedzę. Myślę… – Odpowiedział.

– Och, to nie przeszkadzam. Przyszłam tylko wysłać list. Nieczęsto zdarza się nam taka sytuacja, że przebywamy w towarzystwie dziesiątek gołębi pocztowych. – Zaśmiała się halflinka.

– Tak, rzeczywiście – Gavson nie zrozumiał żartu, Lobi więc tylko westchnęła, wydobyła ze znajdującej się w pomieszczeniu komódki pióro, kałamarz i kartkę, oparła się o blat i zaczęła pisać. Gavson zaś dalej rozmyślał i nawet nie zauważył, gdy zbliżyła się do niego Gabriel.

– Przepraszam, czy mogę usiąść koło ciebie? – Zapytała cicho. Gavson wzdrygnął się, zaskoczony, ale zaprosił kobietę, wskazując jej miejsce obok, na ławce. Gabriel usiadła, nie odzywała się jednak, tylko wpadła w zadumę, zupełnie jak Gavson.

Minęło kilka minut i jeszcze zanim Lobi skończyła pisać swój list, na wieżę weszło po kolei kila osób. Najpierw Kobra wyjęła z szufladki kartkę i pióro, stanęła obok Lobelii i zaczęła tworzyć swój list. Nie wyglądała na biegłą w pisaniu, ale mogło być to tylko mylne wrażenie. Chyba, że drobiła coś pismem obrazkowym. Niedługo po niej na wieży pojawił się Legard Helkan, woźnica Lobi, przywitał się grzecznie i powiedział, że skorzysta z okazji, by napisać do swojej starej matki, pewnie się bardzo martwi. Usadowił się z kartką i piórem po drugiej stronie rdzenia wieży, w którym gołębie miały swoje gniazda. Gavson zainteresował się, jak bardzo wytresowane muszą być to gołębie, skoro jest ich tu tyle, a żaden z nich nie zastanawia się nawet nad obryzgiwaniem kogokolwiek swoimi odchodami. Tak jakby miały wyznaczone specjalne strefy do załatwiania swoich potrzeb.

Nie myślał nad tym jednak długo, bo ze schodów właśnie wydostawały się dwie postacie. Nie sądził, że ich tu nie spotka, wręcz przeciwnie – spodziewał się ich. Prowadził Jimm, a krok w krok za nim wspinała się Jasmine. Wesoło rozmawiali, śmiali się – musieli już zażegnać konflikt, który tak wyraźnie rysował się między nimi rano. Gavson miał co do tego konfliktu mieszane uczucia – cieszył się, że coś pękło między Jimmem, a Jasmine, ale jednocześnie czuł się źle, że stało się to prawdopodobnie przez niego. Co do zakończenia konfliktu miał uczucia jeszcze bardziej mieszane.

– Jimm, co chciałeś mi pokazać? – Krzyczała podniecona Jasmine.

– Musisz chwilkę zaczekać! – Uśmiechnął się chłopak.

– Ale proszę…

– Powiedziałem! Muszę najpierw napisać list do mojego przyjaciela. Obiecałem, że będę go informował na bieżąco o moich podbojach sercowych!

– Przestań! – Jasmine znów się zarumieniła. Gavson zauważył, że dziewczyna zdecydowanie za często rumieni się w towarzystwie tego chłopaka.

– Nie przestanę – kontynuował ze śmiechem Jimm, wydobył kartkę i pióro z szuflady znajdującej się z drugiej strony wieży, usadowił się przy blacie i zaczął pisać. Jasmine usiłowała zajrzeć mu przez ramię, ale ten zasłonił kartkę ręką.

– No! Nie podglądaj! Najlepiej usiądź sobie tam, na ławeczce i poczekaj. Zaraz skończę i pokażę ci twoją niespodziankę.

Jasmine, lekko zawiedziona i podenerwowana, przycupnęła sobie na skraju ławki znajdującej się przy ścianie za Jimmem. Dopiero teraz rozejrzała się po wnętrzu Gołębnika i jej wzrok trafił na Gavsona. Chłopiec również na nią patrzył i nie zamierzał odwracać wzroku. Jasmine jednak szybko się poddała i cofnęła się w głąb wieży, by ukryć się przed Gavsonem za rdzeniem Gołębnika.

Kobra pierwsza skończyła pisać list. Wyciągnęła dłoń, na którą pokruszyła sobie nieco chlebka i poczekała chwilkę, aż wylądował na niej szary gołąbek. Pogłaskała go, wetknęła mu za umieszczoną na nóżce opaskę swój list, szepnęła mu instrukcje, po czym wypuściła na zewnątrz. Grzecznie ukłoniła się wszystkim wokół, odwróciła się i skierowała swe kroki w stronę wyjścia. Niedługo w jej ślady poszła Lobi. Gdy Legard Helkan skończył swój list i również wysłał go w świat, na wieżę wszedł Taurus. Panowie minęli się na schodach, spoglądając na siebie z nieufnością. Legard zniknął w dole, Taurus zaś usadowił się na jego miejscu z nową kartką papieru.

Wkrótce potem i Jimm zakończył pisanie listu. Zamiast jednego jednak gołąbka, przywołał do siebie dwa. Niebieskiemu dał list i wydał instrukcje, ze śnieżnobiałym zaś zbliżył się do zniecierpliwionej już srodze Jasmine.

– Dziękuję ci za cierpliwość, Kwiatuszku – zaczął z przesadną słodkością. – Pamiętasz jak ci mówiłem, że szykuję dla ciebie jeszcze jakąś niespodziankę?

– Tak… – Jasmine odparła z zainteresowaniem.

– To jest Dina. Jedna z naszych najpiękniejszych i najzdolniejszych gołębic. Chciałbym, byś przyjęła ją ode mnie jako prezent urodzinowy. Kiedy stąd wyjedziesz, będziesz mogła zawsze napisać do mnie list, a potem ja odpiszę. Dzięki temu zachowamy kontakt.

– Ojej… – Jasmine była autentycznie zaskoczona. – Tego się nie spodziewałam. To naprawdę… wspaniałe z twojej strony. Wiesz, chyba nikt nigdy nie zrobił mi takiej urodzinowej niespodzianki.

Jasmine rzuciła się Jimmowi na szyję i pocałowała go w policzek. Przerażona Dina ledwo uniknęła zgniecenia między dziewczyną a chłopakiem, odfruwając na pobliską półeczkę. Po chwili jednak ponownie wylądowała niżej, tym razem na ramieniu Jasmine, swojej nowej właścicielki. Dziewczyna jeszcze chwilę pozachwycała się swoim cudownym prezentem urodzinowym, po czym wraz z Jimmem opuściła wieżę, nawet nie zerkając w stronę Gavsona. Nie minęło dużo czasu, nim Taurus wysłał swojego gołębia z wiadomością, obrzucił parę siedzącą na ławce ponurym spojrzeniem i opuścił pomieszczenie. Gavson i Gabriel zostali sami. Jeszcze krótką chwilę siedzieli w ciszy, po czym Gabriel odezwała się:

– Wszyscy wysyłają listy do swoich bliskich, a ty siedzisz tak i nic…?

– Ja nie umiem pisać – przyznał się Gavson. – Zresztą do kogo miałbym pisać? Do uwielbiającej mnie matki? To Jasmine powinna napisać list do swojej. W końcu wyruszyła bez niczyjej zgody, sam nie wiem po co, a pewnie wszyscy się o nią martwią. Z tym, że Jasmine chyba ma ciekawsze zajęcia, niż pisanie głupich listów. Chyba, że do kogoś innego.

– Tak, zauważyłam – Uśmiechnęła się lekko Gabriel. – To dość sympatyczne, nie sądzisz?

– Być może – Gavson nie był przekonany. – A ty dlaczego tu siedzisz, a do nikogo nie piszesz?

– Mam podobny problem, co ty. To zabawne, ale na tym świecie mam tylko jedną osobę. Mojego męża, Williama. Teraz, kiedy jego nie ma, czuję się wolna. To chyba oznacza, że kiedy jesteśmy razem, czuję się jakbym była jego własnością. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Wiesz, teraz się z tym głupio czuję, bo jego nie ma od tak dawna, a ja nie mam miejsca, nie mam czasu bez niego. Jestem rozdarta. A do tego jeszcze okazało się, że wszystko co wiem o sobie, o mojej przeszłości, o mojej siostrze – to jakaś bajeczka. Przecież wszystko tak dobrze pamiętam! – Gabriel nagle zaczęła się trząść. – Do kogo miałabym napisać? Do kogo, skoro jedyna osoba, jaka istnieje, zniknęła? Nie mam do kogo napisać!

Gavson przeraził się zachowaniem Gabriel. Odniósł wrażenie, że jej brązowe włosy zaczynają ciemnieć, że stają się czarne niemal. Z łagodnych oczu tryskały jakby iskry. Zaniepokojony chłopiec w akcie desperacji przytulił Gabriel i zaczął gładzić jej ramię.

– Nic się nie martw. Pomożemy ci odkryć prawdę. Pomożemy ci znaleźć Williama. Pomożemy…

Kobieta zaczęła się uspokajać.

– Dziękuję – powiedziała, ale trudne myśli nie przestały zaprzątać jej głowy. Jeśli nie jest gwiazdą, to kim? I jak znalazła się u Williama?

***

Powietrze było parne, od gorąca aż falowało. Spora polana gdzieś w głębi lasu nagrzewała się w promieniach letniego słońca. Na środku polany tajemnicze, skaliste wzgórze parowało przez otwór, znajdujący się w jego szczycie na kształt wulkanicznego komina. Wzgórze nie było wielkie – nie sięgało nawet szczytów najwyższych drzew. Po jednej jego stronie widniało wejście, jak do wnętrza jaskini. W cieniu wzgórza mały zajączek spokojnie odpoczywał.

Nagle z nikąd na polance pojawiło się trzech mężczyzn. Zajączek wstał i w popłochu opuścił polanę. Mężczyźni stanęli ramię w ramię i rozejrzeli się dookoła.

– To na pewno dzisiaj? – Zapytał z niedowierzaniem młody, przystojny szatyn. – Nie widzę ani jednej chmurki na niebie. Niemożliwe, by miała się rozpętać burza.

– Nie mówiłem o burzy, Williamie – najstarszy mężczyzna o długiej, siwej brodzie lekko się obruszył. – Wspominałem o błyskawicy. Burza nie jest potrzebna do wywołania błyskawicy.

– Pewnie, szanowny mistrzu – Zwrócił się do niego ten w średnim wieku, pociągając za swoją brązową, kozią bródkę. – Ja na przykład mógłbym wyczarować takie zjawisko. Z tym, że chyba wspominałeś coś o tym, że to ma być naturalna błyskawica, prawda?

Starzec spojrzał na towarzysza i ujrzał drwinę w jego twarzy. Westchnął lekko.

– Ja na przykład czasem słyszałem o gromach z jasnego nieba, Belocu – upomniał go ostatecznie. Ten z kozią bródką tylko wzruszył ramionami i odparł:

– No to pozostaje nam czekać. Albo na rzeczony grom z jasnego nieba, albo na niezapowiadaną przez nic burzę.

Nie musieli długo czekać. Niespodziewanie uderzył piorun, choć na niebie nie było żadnej chmurki. Trafił w sam środek skały, a dokładniej wleciał do jej wnętrza przez górny otwór. Nie towarzyszył temu zjawisku żaden dźwięk. Starzec natychmiast pospieszył swoich kompanów i wspólnie wbiegli do skalnej jaskini.

Wnętrze skały wyglądało niesamowicie. Na środku znajdował się wysoki stożek, jakby skalny stalagmit. Wokół niego zaś widniała głęboka i szeroka niecka wypełniona wodą i piaskiem. Z pewnością naturalnie piasek i woda pozostawały w stanie spoczynku, teraz jednak mieszały się ze sobą, falowały i gotowały, tworząc niesamowitą, złotą topiel. Zjawisko warte uwiecznienia, prawdopodobnie jednak niezbyt trwałe.

William i Beloc stali w osłupieniu, ale ich starszy towarzysz wiedział, że to jeszcze nie koniec. Miał rację: po chwili z falującej kipieli, po dwóch stronach wewnętrznego stożka, zaczęły wyłaniać się dwa kształty. Z początku były to tylko niewielkie wypukłości wystające ponad powierzchnię wody, jednak zaraz zamieniły się one w ludzkie sylwetki. Wyglądało to trochę tak, jakby dwie kobiety wynurzały się z wody, ale było o wiele piękniejsze i o wiele bardziej niesamowite.

Postacie stały przed nimi w gotującej się wodzie, same złożone z tej samej wody i piasku. Miały długie, falujące włosy, smukłe ramiona, kobiece kształty i długie nogi. Woda zaś powoli zaczynała się uspokajać. Gdy piasek opadał na dno niecki, opuszczał również ciała postaci. Po chwili przezroczyste niewiasty zaczęły nabierać kolorów. Ostatecznie stały przed nimi dwie, blade jak ściana, albo jak posąg, nagie kobiety o anielskich rysach i delikatnych, srebrnych włosach. Mimo upału zaczęły się nagle trząść, jakby z zimna. Na oczach mężczyzn ich włosy zmieniały barwy, na złote, brązowe, czarne, rude. Skóra ciemniała, jaśniała, znów ciemniała.

William, zaniepokojony i dogłębnie zdziwiony, zdjął z siebie swój płaszcz i podbiegł do kobiety, która stała bliżej niego, by ją otulić. Chwycił ją w ramiona i wyjął ze spokojnej już niecki z wodą. To samo zrobił Beloc z drugą kobietą, choć musiał być do tego zachęcony przez ostatniego kompana. Postacie uspokoiły się, a ich skóra i włosy na nowo stały się blade.

Mężczyźni wyszli przed jaskinię. Stanęli na polanie, najstarszy spośród nich zabrał głos:

– To jest właśnie wasze zadanie. Istnienie tych kobiet jest i już zawsze będzie dla nas bardzo ważne. Posiadają one różne tajemnicze moce, ale wewnętrznie są jak tabula rasa – czysta tablica. Od was zależy ich tożsamość. Wy możecie włożyć w ich głowy to, co uznacie za słuszne. Ale musicie się nimi opiekować najlepiej, jak potraficie. Dać im jak najlepsze schronienie i jak najwięcej miłości. Jak najwięcej siebie. Musicie wiedzieć, że sam nie mam pojęcia, dlaczego powstały. Ale wiem, że od nich zależy dziś nasze życie, tak jak od was zależy ich życie.

Beloc wyraźnie nie był zachwycony zadaniem, które otrzymał, utrzymywał więc ze zdezorientowaną, zachowującą się jak niemowlę kobietą tylko taki kontakt, jaki był konieczny. William natomiast nie mógł wyjść z podziwu nad cudownością istoty, tulił ją niezwykle mocno do siebie, zapominając o ogromnym, panującym wokół upale.

– Powiedz nam jeszcze, Artdico – zagadnął najstarszego kompana – dlaczego akurat nam dwóm przydzieliłeś tak ważne zadanie?

– Jesteście bowiem największymi, najwspanialszymi spośród magów. Nie istnieje nikt inny, kto wykonałby to zadanie lepiej niż wy. Tylko wy dwaj potraficie zaopiekować się obcymi istotami, umiejętnie rozwijając ich moce.

– Dziękuję. To naprawdę niesamowite – William nie mógł pokonać w sobie dziecięcego zachwytu. Mężczyźni pożegnali się serdecznie, Artdico życzył im powodzenia i wszyscy zniknęli tak samo nagle, jak się pojawili.

William nazwał swoją niewiastę Gabriel. Był artystą, wymyślił więc dla niej ciekawą, bajkową historię. Kobieta była w niej gwiazdą, jedną z sióstr bliźniaczek, które kiedyś przechodziły konflikt. U Williama znalazła się, ponieważ ten jako dziecko miał wypowiedzieć życzenie, by jedna z bliźniaczych gwiazd zamieszkała z nim. Wymyślił też, że druga siostra jest jej wrogiem, jest zła. Sam nie wiedział, dlaczego – może zasugerował się charakterem Beloca? Tak czy inaczej opisał siostrę jako pokonaną, a ją jako zwyciężczynię walki między nimi. Wczarował całą tę historię w głowę dziewczyny, w pewnej księdze zapisując jednocześnie to, że historia jest zmyślona – na wszelki wypadek. Nie zapisał jednak prawdziwej historii. William bardzo pokochał Gabriel. Bardziej jednak jak własność, niż jak osobę…

Beloc nie był obdarzony taką wyobraźnią, jak William. Nadał swojej podopiecznej imię Michelle i nie wymyślił dla niej żadnej historii. Zmienił tylko lekko fakty – zamiast o stworzeniu w jaskini za sprawą błyskawicy, opowiadał o stworzeniu we własnym zamku, w wielkim słoju wypełnionym wodą. Nic nie wczarowywał w głowę Michelle, uczył ją wszystkiego od podstaw. Zwłaszcza tego, jak mogła mu służyć. Traktował ją jak służącą i jak kochankę, i nawet nie wiedział, jak przez te lata zdążył ją pokochać. Niestety, ku swojej zgubie nigdy nie opowiedział jej o istnieniu drugiej, takiej samej jak ona. O tym powiedział jej pewnego razu ktoś inny. Ktoś, dzięki komu odnalazła Williama, dzięki komu uwięziła jego duszę i dzięki komu śledziła Gabriel. Którą za wszelką cenę chciała wreszcie dopaść. Chciała znać całą prawdę. O tym wszystkim oczywiście Beloc nie wiedział.

***

Beloc o niczym nie wiedział, choć coraz częściej rozmyślał o tamtym dawnym zdarzeniu. Rozmyślał o nim i teraz, gdy Michelle zapukała do jego pokoju.

– Wejdź! – Zawołał do niej. Drzwi uchyliły się, Michelle była podniecona. W ręku trzymała szarego gołąbka.

– Przyszła wiadomość! Szpieg świetnie się spisał!

– No, wspaniale! – Również Beloc ucieszył się na te wieści. – Mów, co pisze?

Kobieta wydobyła list zza opaski umieszczonej na nóżce gołębia i przeczytała po cichu. Następnie dała kartkę towarzyszowi. Ten również przewertował pismo.

– Hmmm… Nic specjalnego – Beloc podrapał się po głowie. – Są w Gołębniku, dotarli niedawno, wkrótce wyjadą. Będzie im towarzyszyć w dalszej drodze… No tak… Dobrze, świetnie. To wszystko?

Beloc był wyraźnie nieusatysfakcjonowany. Michelle tylko wzruszyła ramionami. Wzięła okruszki chleba z leżącego na biurku Beloca talerzyka i nakarmiła nimi gołębia. Ten zjadł, ukłonił się i wyleciał przez otwarte okno z powrotem w stronę Gołębnika. Michelle spojrzała na maga i rzekła:

– Jak chcesz, wyślę ponownie swoje Cienie. Niech krążą. Może wkrótce widok się przejaśni…

***

Zbliżał się wieczór i kapitan Hub wsiadł już na swój statek, zawracając w stronę Fenicei. Ponieważ wciąż trwało lato, a woda w zatoczce wspaniale się nagrzała dzięki blokującemu jej odpływ statkowi, kobiety postanowiły zażyć kąpieli. Zarówno Lobi, Gabriel, jak i Jasmine nie przepadały za nieprzyjemnymi zapachami – zwłaszcza, gdy to właśnie one nieprzyjemnie pachniały. Kobra z chęcią zdecydowała się im towarzyszyć. Lobi wyjęła z bagażu perfumowane mydło produkowane przez monkersów i zamierzała podzielić się nim z towarzyszkami. Poprosiły Levisa o towarzystwo – nie chciały bowiem, aby jakieś niepowołane męskie oczy zakłócały chwile ich relaksu. Chyba nie zdawały sobie do końca sprawy z tego, że tym samym powołały oczy Levisa, który być może był psem, ale pięknymi widokami nigdy nie gardził.

Kobra, siłą rzeczy wtajemniczona w osobowość Levisa, przyjęła tę wiadomość z żywym zainteresowaniem. Obiecała jednak nikomu tego nie zdradzać.

Cztery panie zeszły po schodkach z klifu, Levis pozostał zaś nad krawędzią, by wszystko mieć na oku. Kiedy one rozebrały się do naga i zagłębiły się w wodzie, on rozglądał się bacznie dookoła, zwracając uwagę na wszystko. Przynajmniej starał się na wszystko zwracać uwagę. Nie mógł znieść świadomości, że coś rozprasza jego myśli i bynajmniej nie jest to rzucone przez kogoś złośliwie zaklęcie.

Kąpiel przedłużała się, dziewczyny wyraźnie świetnie się bawiły. Lobi kilkakrotnie płynęła na drugi brzeg, by potem wrócić do zatoczki. Gabriel wybrała sobie najcieplejszy punkt, w którym mogła oprzeć się o kamień i delektować chwilą. Jasmine zaś zaatakowała Kobrę chluśnięciem wody, teraz więc trwała wojna z użyciem wszelkiej możliwej broni, z podtapianiem włącznie. Levis nie interweniował. Uśmiechał się tylko do siebie. Nagle jednak coś przykuło jego rozproszoną uwagę. Odwrócił łeb w lewo i z daleka wypatrzył postać. Podeszła do klifu dokładnie na drugim końcu jego widocznej części, za budynkami Gołębnika, przy ścianie lasu. Levis odniósł wrażenie, że postać zbliża się do klifu tyłem, energicznie gestykulując. Po chwili zobaczył drugą postać, podchodzącą do pierwszej. Ta druga szarpała pierwszą za poły koszuli. Niestety, stały tak daleko, że Levis nie był w stanie nawet rozróżnić płci którejkolwiek z nich.

– Mamy mały kłopot – odezwał się telepatycznie do Lobi, która właśnie pokonywała dystans z powrotem do zatoczki.

– Co się dzieje? – Usłyszał jej głos w głowie, gdy zatrzymała się i odwróciła w jego stronę swoją twarz.

– Ktoś kogoś szarpie, po drugiej stronie klifu – odpowiedział. – Płyń w tamtą stronę, a ja pobiegnę.

Na te słowa Lobi natychmiast zwróciła się na północ i dała się ponieść prądowi Velby. Levis zerwał się z miejsca i ruszył pędem, w podskokach pokonując dystans wzdłuż krawędzi skarpy. Niestety, nie zdążył zbliżyć się nawet na tyle blisko, by zobaczyć kim były szarpiące się postacie, kiedy ta, która stała bliżej urwiska została pchnięta przez przeciwnika, zachwiała się i spadła w dół z 30 metrów.

Levis przyspieszył biegu, w niecałą minutę minął budynki Gołębnika, przemykając po wąskim pasku zieleni oddzielającym je od skraju przepaści i za chwilę dopadł skał, które znajdowały się w miejscu, w którym nastąpiła szarpanina. Kiedy wskoczył między skały, ujrzał przedzierającego się przez nie Gavsona.

– Gavson? – Zapytał chłopca zaskoczony.

– Co cię tak dziwi? Wyszedłem akurat odcedzić kartofelki, kiedy zobaczyłem, że ktoś kogoś szarpie, tam, za skałami! – Chłopak krzyknął za pędzącym na złamanie karku psem i ruszył za nim.

– Czyżby? – Levis nie był pewny zeznań kolegi, ale trochę go uspokoiły. – Może więc widziałeś kto to był?

Gavson się zawahał. Głos w jego głowie rozbrzmiał echem i zdążył całkowicie wybrzmieć, gdy wreszcie zdecydował się na odpowiedź:

– Nie wiem. Byłem za daleko. Ten szarpany mógł być naszym woźnicą. Jak on się nazywa?

– Legard Helkan – odparł Levis. – I obawiam się, że raczej się nazywał… A ten drugi?

– Nie mam pojęcia. Nie odwrócił się twarzą w moją stronę, a po plecach nie dałem rady odgadnąć. Kiedy wskoczyłem za jedną skałę, jeszcze ich widziałem. Jak zza niej wyjrzałem, już ich nie było.

Pies i chłopiec opuścili łańcuch skałek i stanęli na brzegu klifu jednocześnie. Lobi właśnie podpływała od strony rzeki. Zobaczyli ją, gdy spojrzeli w dół. Zobaczyli też ostre skały, a na tych skałach rozbite ciało mężczyzny. Skały zabarwione były krwią, krew również mieszała się między nimi z wodą. Z chwilę Lobi wygramoliła się z wody i zbliżyła się do leżących zwłok. Levis i Gavson nie byli w stanie rozpoznać tożsamości ofiary z tej wysokości, ale Lobi zaraz przekazała im wiadomość telepatycznie:

– To Legard Helkan. Mój wieloletni, zaufany woźnica. Czy widzieliście, kto to zrobił?

– Żaden z nas nie widział sprawcy – Levis przekazał swe słowa tak, żeby również oboje mogli je usłyszeć. Gavson milczał. Za chwilę obaj zobaczyli płynącą w dół rzeki Kobrę. Wyszła z wody, zbliżyła się do Lobi i zaczęły o czymś żywo rozmawiać. Po chwili spojrzały w górę, a Levis usłyszał głos Lobi:

– I co my mamy z nim teraz zrobić? Przetransportować do plaży, wnieść po schodkach i urządzić mu pogrzeb?

– O nie – zaooponował pies. – Lepiej znajdźcie jakąś jaskinię i go tam ukryjcie. Pomyśl spokojnie, jak może się ta sprawa rozwiązać…

Lobi znów zamilkła, zaczęła wymianę zdań z Kobrą. Gavson usiadł kawałek dalej, opierając się o skałę. Nie mógł znieść ani widoku rozbryzganego ciała, ani dwóch nagich kobiecych ciał. Z różnych względów.

– O wszystkim wiemy tylko my czworo, prawda? – Lobi ponownie zwróciła się do Levisa.

– My i jeszcze zabójca. To pięcioro – skorygował Levis.

– O ile to Gavson nie jest zabójcą – Lobi zwróciła uwagę na ważny aspekt.

– Rzeczywiście, nie możemy tego wykluczać, choć mógłbym się ośmielać – potwierdził pies, zerkając na bladego, wpół zemdlonego chłopaka.

– A więc wiemy tylko my, o ile ktoś czegoś nie zobaczył. Z Gołębnika na przykład.

– Załóżmy, że nikt. Będziemy musieli wyjawić prawdę, jeśli ktoś się na ten temat odezwie, ale jeśli nie, lepiej trzymajmy gębę na kłódkę. To znaczy trzymajcie – poprawił się Levis – bo ja to zwykły pies jestem przecież.

Lobi znów weszła w dialog z Kobrą. W tym czasie Levis przekazał Gavsonowi to, co do tej pory zostało między nim a halflinką powiedziane. Poza, rzecz jasna, podejrzeniami rzucanymi na samego Gavsona. Za chwilę znów usłyszał głos Lobi:

– Czy możesz mi wytłumaczyć, jaki byłby cel zatajania tego wszystkiego?

– Zasadniczo to dość proste – Levis nie wahał się. – Otóż zabójcą może być każdy. Może to być Gavson, ale może być też ktokolwiek z załogi statku.

– Albo wszyscy razem, działający w spisku – Lobi obrzuciła Kobrę spojrzeniem sprawdzając, czy przypadkiem nie ukrywa przy swym nagim ciele jakiegoś ostrego narzędzia.

– Może też być to Jimm, jego matka albo ojciec – Levis kontynuował.

– Albo cała trójka – Lobi nie odchodziła od teorii spisku.

– A może to być ktoś inny, kto opuścił Mgliste Polany tylko w celu dokonania mordu. Nie wiemy kto.

– I co w związku z tym? – Lobi nadal nie rozumiała myślenia Levisa.

– Nie ma wśród nas ani detektywa, ani sędziego, ani nikogo podobnego. Dochodzenie tożsamości zabójcy zajęłoby nam stanowczo zbyt wiele czasu.

– Z tym muszę się zgodzić. Przy okazji istnieje obawa, że nim odkrylibyśmy, kto zabił Helkana, moglibyśmy kolejno skończyć w piachu – pani niziołek zaczynała rozumieć.

– Zgadza się. Dlatego jedynym wyjściem, jakie nam pozostaje, jest jak najszybsze opuszczenie Gołębnika i dostanie się do Dervergu. W najgłębszej czujności.

– Jest tylko jeden problem – Lobi zawahała się. – To znaczy jeden w związku z naszym wyjazdem. Nasz woźnica jest martwy.

– Znam rozwiązanie. Ale jest niezwykle ryzykowne – Levis nie miał wątpliwości.

– Co masz na myśli? – Zdziwiła się halflinka.

Pies zawahał się chwilkę. Rozejrzał się po okolicy, nikogo prócz Gavsona jednak nie ujrzał. Skały, które ich otaczały były tak wysokie, że to miejsce dałoby się dojrzeć jedynie z perspektywy wieży Gołębnika. Chyba, że ktoś zdecydował się odcedzić kartofelki akurat w tym miejscu. Zwierzak spojrzał ponownie w dół, w stronę Lobi.

– Ten niski chłopak jest woźnicą.

– Vexo? Rzeczywiście, słyszałam o tym. Ale to oznaczałoby, że musielibyśmy podpisać pakt z drużyną Rurry’ego, żeby przedostać się przez Mgliste Polany.

– Zgadza się – Levis raczej niepotrzebnie kiwnął głową. – Przypuszczam, że to nawet mogło być celem ich działania, jeśli znajduje się wśród nich zabójca. Sądzę jednak, że nie mamy wyjścia. Lepiej stąd uciekać i znaleźć się jak najszybciej w Dervergu, niż siedzieć w Gołębniku i narażać się na dalsze nieprzyjemności.

– Zwłaszcza, jeśli mordercą jest ktoś z rodziny – Lobi nikogo nie próbowała bronić.

– Zgadza się. Opowiedz dziewczynie co możesz, schowajcie ciało i wynosimy się stąd. Jeszcze po kolacji.

Lobelia nic już nie odpowiedziała. Skonsultowała się z Kobrą i wspólnymi siłami wciągnęły ciało woźnicy do niewielkiej jaskini, która szczęśliwie znajdowała się w pobliżu. Levis wytłumaczył natomiast wszystko Gavsonowi i obaj przedarli się ponownie przez skały. Chłopiec próbował ochłonąć i udawać, że nic się nie stało. „Obym się tylko przed nikim nie wygadał!” – Myślał niemal na głos.

Lobi i Kobra zabezpieczyły ciało, wskoczyły do wody i wróciły do zatoczki. Ich ubrania leżały tam, gdzie je zostawiły, ale Jasmine i Gabriel już nie było. Pospiesznie otarły się ręcznikami, ubrały się i weszły po schodkach na górę. Lobi z niepokojem kroczyła kilka kroków przed piratką, nie będąc pewną czy za chwilę nie będzie musiała walczyć z nią nad stromą przepaścią. Na szczęście za chwilę bezpiecznie znalazły się na szczycie, gdzie czekali na nich Levis z Gavsonem. Razem powlekli się w stronę domu, z którego dobiegały już zapachy podawanej kolacji.

– A co się stało z waszym woźnicą? – Zapytała nagle Kobra.

– Nie żartuj sobie – Gavson oburzył się.

– Nie, nie rozumiesz – Kobra zamachała rękami. – Ja wiem co się z nim stało. Ale inni nie wiedzą, tak? Musimy wymyśleć jakąś oficjalną wersję.

– To proste. – Lobi stała już na progu domostwa. – Prawdopodobnie odpłynął. Z Hubem, na Polanę.

Nie musiała naciskać klamki, bo drzwi otworzyły się przed nią. Na progu stał Joeffrey, gospodarz.

– Wreszcie jesteście, kolacja bez was stygnie! Co wam tak długo zajęło?

Towarzysze nie mieli opracowanego planu ze szczegółami, ale Lobi odezwała się pierwsza, ustawiając dalsze zeznania:

– Postanowiłam odpłynąć trochę dalej, a Kobra popłynęła ze mną.

– Ja… wyszedłem na spacer – Gavson próbował coś wymyślić, ale zauważył, że jego zeznania nie wystarczą gospodarzowi – a potem spojrzałem w dół i zobaczyłem Lobi i Kobrę, jak pływają i… zostałem… żeby popatrzeć.

– Och! – Wyrwało się jednocześnie z ust Lobi, Kobry i Jasmine, która wraz z Gabriel siedziała już przy stole. Jasmine westchnęła z nieco innego powodu, niż dwie pozostałe kobiety. Joeffrey tylko się jednak roześmiał i wpuścił wszystkich do środka. Lobi, idąc ramię w ramię z Gavsonem, szepnęła mu do ucha:

– Gdyby tak było, jak mówisz, w życiu byś się do tego nie przyznał.

– Wiem – Gavson jęknął. – Ale co niby innego miałem wymyślić tak w biegu?

Tylko Levis zdał sobie jednak sprawę z tego, że Gavson nie powiedział tego tylko dlatego, że nie mógł nic innego wymyślić. Jego intencją było ponowne zwrócenie uwagi Jasmine. I oczywiście mu się to udało.

Gavson, Kobra i Lobi siedli do stołu, Levis zagłębił swój pysk w misce z jedzeniem, a wtedy odezwała się Melanie, gospodyni domu:

– A gdzież się podział wasz woźnica? Legard Helkan? Powinien zjeść z nami posiłek…

Lobi popatrzyła w jej oczy z nieufnością. Zawsze darzyła tę kobietę ogromną życzliwością, ale teraz kompletnie nie wiedziała, komu może ufać. Odparła po chwili:

– Ostatnio widziałam go jeszcze przed odpłynięciem kapitana. Z pewnością o czymś rozmawiali. Czy ktoś widział go później?

Rozejrzała się po pokoju, ale wszyscy jednocześnie wstrząsnęli głowami. Kobra wyrwała się:

– Żalił mi się przed południem, że nie ma ochoty dalej jechać przez Mgliste Polany. Że to niebezpiecznie i nieprzyjemne. A może…

– Może popłynął z kapitanem Hubem do Fenicei? – Podchwyciła Jasmine, ku uldze wszystkich, którzy wiedzieli o śmierci Legarda. – Ależ to byłoby nieludzkie! Nie może nas tak tutaj zostawić!

– Rzeczywiście, to nie lada problem – kontynuowała Lobelia – zwłaszcza, że zaraz po kolacji musimy wyjechać w dalszą drogę.

– Jak to? – Wyrwał się Jimm. – Przecież mieliście zostać do jutra!

– Owszem, mieliśmy – Lobi zgodziła się. – Ale zaszła pewna zmiana w planach. Niezwykle nagląca. Nie możemy pozwolić sobie ani na chwilę zwłoki.

Kobra zdecydowała się zareagować na to niezwykle żywiołowo:

– To się świetnie składa! – Wykrzyknęła. – My przecież mamy ze sobą szkolonego woźnicę. Prawda, Vexo?

Vexo ochoczo pokiwał głową. Lobi uśmiechnęła się znacząco do Kobry i przytaknęła:

– I chyba w tej sytuacji nie będziemy mieli wyjścia. Musimy poprosić państwa – tu skierowała swój wzrok na kupca Rurry’ego – byście pojechali z nami do samego Dervergu.

– Ależ, droga pani – Rurry podchwycił ochoczo. – Właściwie sam miałem panią pytać, czy nie zgodzi się pani, byśmy się z wami zabrali.

– Pierwotnie uważał pan to za oczywiste – mruknął pod nosem Gavson, ale kupiec udał, że go nie słyszy.

– W tej sytuacji nie mam chyba innego wyjścia – Lobi westchnęła. – Gabriel, czy zgodzisz się, by państwo nam towarzyszyli?

– Oczywiście – Gabriel zgodziła się z uśmiechem. – Będzie nam niezwykle miło.

– Komu będzie, temu będzie – Lobi i Gavson usłyszeli głos Levisa w swoich głowach.

– A jak wrócę do domu, będę musiała natychmiast zwolnić tego tchórza i nieroba – krzyknęła trochę zbyt ostro halflinka, przełykając z trudem ślinę na myśl, że mówi o nieboszczyku.

A gdy tylko skończyła się kolacja, obie drużyny naprędce spakowały cały swój bagaż i wsiadły do powozu. Wnętrze było trochę zbyt ciasne, ale nie mogli narzekać. Najdłużej zbierała się Jasmine, która nie mogła pożegnać się z Jimmem. Wreszcie obiecała, że wkrótce do niego napisze, pocałowała go szybko i wskoczyła do wnętrza pojazdu. Vexo pokazał wszystkim swoje umiejętności powożenia, popędził konie i za chwilę znaleźli się za granicą mgły, żegnani do ostatniej chwili przez mieszkańców Gołębnika.

***

Michelle uśmiechnęła się. Obserwowała właśnie świat oczami Cieniów i zorientowała się, że zasłona rzucona na Gołębnik opadła. Beloc zrozumiał o co chodzi i szepnął:

– No mów! Co widzisz?

– Zasłona opadła. Widzę Gołębnik! Stajnia… Pusto. Nie ma ani koni, ani powozu.

– Czy to znaczy, że już wyjechali? – Beloc był zawiedziony.

– Chyba tak. Zaraz sprawdzę… Tak, w Gołębniku ich nie ma. Ta kobieta, gospodyni krząta się przy garach. Mąż odsypia. A syn… pewnie siedzi na wieży.

Michelle poprowadziła swojego Cienia w górę, po schodkach i wprowadziła do pomieszczenia. Jimm rzeczywiście klęczał na ławeczce, patrząc w dal, ale nie na rzekę, lecz w stronę Mglistych Polan. Głowę wsparł na dłoniach i myślał. Wyglądał na nieco smutnego, ale i radosnego.

– Jest zakochany – zawyrokowała Michelle. – Musiało się tam wydarzyć coś ciekawego.

Beloc machnął ręką i już miał wyjść, kiedy na twarzy Michelle pojawił się grymas zaskoczenia.

– Poczekaj… Tu rzeczywiście się coś stało…

Mina Michelle stawała się coraz bardziej przerażona, gdy mówiła te słowa. Jeden z jej Cieni, przechadzający się wzdłuż klifu, wyczuł zapach krwi. Michelle kazała mu spojrzeć w dół. Na niebie świecił już tylko księżyc, ale i w tym świetle dało się zauważyć krwawe rozbryzgi na skałach.

– Ktoś zginął. Został… zabity? – Głos Michelle drżał. Beloc usiadł i chwycił kobietę za rękę. Cień skierował się w dół zbocza, obejrzał dokładnie miejsce, gdzie wcześniej leżało ciało. Potem odszukał grotę, w której zostało schowane. Zbliżył się do równo ułożonych zwłok. Michelle ujrzała jego oczami twarz ofiary. Zbladła.

– Co? Co widzisz? – Beloc szarpał ją nerwowo za rękę.

– Legard Helkan nie żyje. – Michelle zachłysnęła się powietrzem.

– Co?

– Nasz szpieg nie żyje.

***

We wnętrzu wozu panowały ścisk i duchota. Jasmine usiadła tyłem do kierunku jazdy, obok Kobry. Między Kobrą a Taurusem usadowił się Rurry, położywszy swój bagaż na półce nad sobą. Naprzeciwko Taurusa, dokładnie na drugim końcu wozu w stosunku do Jasmine, siedział Gavson. Obserwował, jak Jasmine głaszcze gołąbka otrzymanego od Jimma, szepcząc coś w podnieceniu z usadowioną przodem do kierunku jazdy Gabriel. Lobi zagnieździła się między nią, a Gavsonem. Umówili się z Levisem, że będą czuwać na zmianę, na wypadek gdyby ktoś chciał kogoś mordować. Teraz drzemała, a Levis z niepokojem obserwował ruchy wszystkich zgromadzonych. Biały Kot spał na kolanach Gabriel, wąż Anguis w bagażu Lobi. Vexo dzielnie poganiał konie.

Gavson zamyślił się, patrząc w pustkę. Przeleciała mu przez myśl scenka miłosna przy udziale Jimma i Jasmine. Potem wydarzenia na wieży. Ich czułe pożegnanie. Nie myślał wcale o morderstwie dokonanym w międzyczasie. Nie przypuszczał nawet, że jest jednym z podejrzanych…

– Jak ten głupek wierzyłem – szepnął nagle – że mam coś, czego chce…

– Ona jest jak wiatr – usłyszał zatroskany głos Levisa w swojej głowie. Stuknięty, siedzący na półce z bagażami, zaczął nagle nucić pod nosem jakąś smętną melodię. Chyba starał się dopasować do niej słowa, które przed chwilą usłyszał:

– Jak ten głupek wierzyłem, że mam coś, czego chce… Ona jest jak wiatr.

Konie spokojnie ciągnęły powóz przez mglistą noc.

***

Nie minęło pół minuty, nim Artdico Gnorofex pojawił się ponownie na polanie, tym razem sam. Rozejrzał się dookoła i zbliżył się do jaskini. Zatrzymał się w wejściu. Woda wokół środkowego stożka była już całkowicie spokojna, oddzielona od piasku, który spoczywał na dnie zagłębienia. Mag wszedł do środka i obszedł filar dookoła. Z tyłu, niewidoczna od strony wejścia, trzęsła się ze strachu trzecia blada, srebrnowłosa kobieta. Artdico zdjął swój płaszcz i natychmiast otulił nim niewiastę.

– Przepraszam, że kazałem ci tak długo czekać, najdroższa. Uwierz mi, tak jest dla ciebie o wiele bezpieczniej. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz.

Kobieta zupełnie nie rozumiała, co ten dziwny człowiek do niej mówi, ale była mu wdzięczna, że ją wreszcie stąd zabiera. Ta wdzięczność pozostała w niej na zawsze. W nim pozostała wdzięczność za to, że pozwoliła mu się sobą zaopiekować.

Starzec nie wychodził już poza jaskinię. Wraz ze swoją piękną towarzyszką przeniósł się do swojego zamku wprost z tego miejsca. Następnie nazwał ją Lorelei i zajął się ukształtowaniem jej. Obdarzył ją największą miłością, jaką potrafił obdarzyć drugą osobę. Pokochał ją jak żonę, całym sobą. Kiedy tylko nauczyła się rozumieć to, co do niej mówi, opowiedział jej wszystko, dokładnie tak, jak się zdarzyło. Ze wszystkimi szczegółami opisał jej stworzenie. Dzięki temu jako jedyna z trzech znała całą prawdę. Kiedyś miał nadejść moment, kiedy zjednoczy wszystkie trzy i będzie musiała im wszystko wyjaśnić. Póki co mogła się jednak delektować szczęściem, jakim darzyli się wzajemnie ze współmałżonkiem. Długimi rozmowami, ciężkimi naradami, częstymi kłótniami. Tym wszystkim, czego doświadcza każde prawidłowo ukonstytuowane małżeństwo.

Lorelei wiedziała też, że wtedy, na tej polanie był ktoś jeszcze. O tym też Artdico nie zapomniał jej powiedzieć. Ten ktoś wiedział o istnieniu dwóch kobiet. Istnienia trzeciej się domyślał. Artdico specjalnie zniknął niewidoczny dla jego wzroku, by nigdy nie mógł mieć pewności. Ten ktoś był czwartym magiem. Niegdyś jednym z najbardziej zaufanych towarzyszy jej męża. Ten, którego imię brzmi…

***

Pan Pasztecki wynurzył się z wody na sąsiednim brzegu Velby i otrzepał swoje futerko. Obejrzał się w stronę Gołębnika. Widział Cienie, które plądrowały budynki. Jeden z nich natknął się na ślady krwi. Weszły na teren jak tylko spuścił zasłonę. Ledwo zdążył umknąć przed ich wzrokiem.

– To niewiarygodne! Niesłychane! – Mówił sam do siebie, ocierając przednimi łapkami swoje klapnięte uszy. – Muszę natychmiast im wszystko opowiedzieć! Muszą wiedzieć już teraz!

Wskoczył między krzaki i popędził jak mógł najszybciej wprost przed siebie.

– Muszę dotrzeć do Artdico i Lorelei zanim oni tam dotrą! Muszę im to powiedzieć!

Gdyby królik był jeszcze odrobinę bardziej ostrożny, zauważyłby, że ktoś go obserwuje. Niestety, wydarzenia z Gołębnika za bardzo nim wstrząsnęły i przekonany był, że po tej stronie rzeki nic mu nie zagraża. Mylił się.

Starzec stał dwa kroki od miejsca, w którym wypłynął Pasztecki. Dzieliło ich zaledwie jedno drzewo. Mężczyzna miał na głowie kaptur. Kiedy królik zagłębił się w lesie, zsunął go na ramiona, odsłaniając przerażającą, pomarszczoną twarz.

– Tak, drogi chłopcze – wyrzekł do postaci stojącej obok niego. – Ten królik pędzi wprost w kierunku Ukrytego Państwa Niziołków. Pamiętasz, tam jest portal, którym można przejść wprost do domu tego durnia, Artdico Gnorofexa. Tyle lat na to czekaliśmy! Wiesz, jak poznamy położenie Państwa, z łatwością znajdziemy i Drzwi.

Mężczyzna uśmiechnął się sam do siebie. Stojący obok niego czarnowłosy siedemnastolatek nic nie wiedział. Nic nie rozumiał, niczego też nie pamiętał. Białka jego oczu wpatrywały się w nicość. Nie miały źrenic, ani tęczówek.

 

Autor: Artdico Gnorofex

« Poprzedni || Opowiadania || Następny »

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *