browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Drugi odcinek specjalny – Naprzód

« Poprzedni || Opowiadania
 

Drugi odcinek specjalny
Naprzód

 

Jesienny, ciepły wiatr nie zapowiadał tego, co miało się dziś wydarzyć. Słońce powoli wschodziło na bezchmurne niebo, które przesłaniały jedynie krążące nad obozem smoki. Wysoki mężczyzna wyszedł przed swój namiot. Ciężko było określić, czy ma blond włosy z siwymi pasmami, czy siwe z resztkami blondu. Kwadratową szczękę porastała kilkucentymetrowa, siwa broda, a w błękitnych oczach można było dopatrzyć się zmęczenia oraz smutku.

– Pułkowniku! – Mężczyzna, usłyszawszy wołanie, powoli odwrócił się do źródła głosu. Biegł ku niemu młody chłopiec o ciemnej karnacji. Po jego skórzanym kaftanie i zwykłych spodniach pułkownik mógł wnioskować, że albo nie otrzymał jeszcze swojej zbroi, albo był tylko ochotnikiem.

– Spocznij – rzekł spokojnie, gdy tylko posłaniec zasalutował.

– Generał Taylor wzywa do swojego namiotu, sir.

– Przecież narada jest za godzinę.

– Generał mówi, że to pilne, sir.

– Dziękuję, możesz odejść.

Młodzieniec ponownie zasalutował i oddalił się. Mężczyzna westchnął i ruszył w kierunku namiotu generała. Po drodze mijał swoich żołnierzy. Wielu z nich było jeszcze bardzo młodych, ledwo osiągnęli pełnoletniość, a już zmuszeni byli walczyć w obronie Imperium. Niektórzy siedzieli i ostrzyli swoje miecze, inni polerowali zbroje, jeszcze inni dokuczali młodszym kolegom, grali w piłkę czy w karty. Pomimo pozornego odprężenia dało się wyczuć atmosferę zdenerwowania i oczekiwania na to, co miało się wydarzyć. Wielu spośród żołnierzy pułkownik znał osobiście, z wcześniejszych wypraw. Niektórzy jednak dołączyli niedawno, świeżo po szkoleniu w stolicy Imperium. Każdy z nich miał rodzinę, którą chciał uchronić przez niebezpieczeństwem. Rekrutowano głównie mężczyzn, lecz w wielu przypadkach, kiedy stary żołnierz nie posiadał syna, a nie był w stanie walczyć, to córka przyjmowała wezwanie i udawała się do Dervergu. Ci, którzy nie osiągnęli odpowiedniego wieku, aby wziąć udział w walce, zostawali w głównych koszarach, gdzie nieustannie trenowali. Mieli oni też za zadanie pilnować miast i wiosek oraz, w razie wtargnięcia nieprzyjaciela, przekazywać informacje dowódcom. Jako dzieci od najmłodszych lat nauczone poruszania się po zatłoczonych miastach, z łatwością znikali w tłumie bądź ukrywali się na ulicach pełnych ludzi.

– Wzywałeś, generale? – Mężczyzna zasalutował od wejścia.

– Spocznij, Gavson – odezwał się generał, siedzący w kącie namiotu. Miał już na sobie pełną płytową zbroję. Na napierśniku widniało godło Imperium. Taylor był znacznie starszy od Gavsona. Na jego siwej czuprynie widać było jeszcze gdzieniegdzie pasma włosów w naturalnym, ciemnym kolorze.

– Nie wezwałem cię tutaj z powodu narady, ale dlatego, że ktoś do ciebie przyszedł – rzekł spokojnie, a następnie wskazał ręką na drugą stronę namiotu. Stała tam wysoka, elegancko ubrana kobieta.

– Jasmine? – zdziwił się Gavson, gdy ta wyszła z cienia.

– Zostawię was samych. – Generał Taylor wstał i wyszedł z namiotu.

– Co ty tutaj robisz? – zapytał pułkownik, obejmując kobietę.

– Nie mogłam dłużej siedzieć sama w domu. Chcę być przy dzieciach w tym ważnym dniu.

– Przykro mi z powodu twojego męża, Jasmine…

– A mnie przykro z powodu Lil – powiedziała spokojnie kobieta. Poprawiła swoje ciemne włosy, w które powoli wkradała się siwizna. Już od dawna nie nosiła dwóch warkoczy. Gavson uwielbiał patrzeć na nią, gdy miała rozpuszczone włosy. Odruchowo zgarnął niesforny kosmyk z jej czoła i zaczesał go za ucho. Wtedy Jasmine chwyciła jego dłoń i delikatnie wtuliła w nią policzek. Zaskoczony mężczyzna spojrzał jej głęboko w oczy.

– Nie wiem, czy kiedykolwiek powiedziałem ci, jak bardzo mi się podobasz…

– Podświadomie zawsze się tego domyślałam – Jasmine uśmiechnęła się nieśmiało.

– Moja żona, Lil… Była taka podobna do ciebie! Kochałem ją, naprawdę, ale zawsze widziałem w niej cząstkę ciebie. Wiedziała o tym, czasem nawet z tego żartowała, ale wiem, że w głębi duszy mogło jej być przykro. Jasmine, Gwiazdo Poranka… Czy kiedykolwiek mi wybaczysz?

W szarych oczach kobiety pojawiły się łzy. Wierzchem dłoni pogładziła Gavsona po policzku.

– Nie mam ci czego wybaczać. To raczej ja powinnam cię przeprosić…

Gavson nie pozwolił jej dokończyć. Czule pocałował ją w czoło, choć przeszło mu przez myśl, że mógłby zamiast tego pocałować ją w usta.

Nagle do namiotu wszedł młody mężczyzna.

– Pułkowniku?

– Douglas! – zawołała Jasmine, odsuwając się gwałtownie od Gavsona i uściskała od razu swojego syna.

– Matko! Co ty tutaj robisz? Przecież miałaś być w domu. Tutaj jest niebezpiecznie.

– Wolę być tutaj z wami, niż czekać w domu na listy informujące o waszej śmierci. Jak ty zmężniałeś! – rzekła, spoglądając na młodzieńca. Douglas był dobrze zbudowanym mężczyzną. Jego srebrna zbroja była wykonana z najlżejszego znanego metalu, mitrilu. Jako smoczy jeździec nie mógł dużo ważyć, aby nie obciążać zanadto smoka. Miał jasne oczy po matce i równie ciemne jak ona, włosy. Niektórzy twierdzili, że jest męską wersją swojej matki. Nawet Gavson się z tego śmiał. Pułkownik lubił mieć pod swoją pieczą syna Jasmine. Traktował go jak swoje dziecko, choć ten nim nie był.

– Matko, nie chciałbym być wścibski, ale co ty tutaj robiłaś z Gavsonem? Ojciec przecież zginął niecały miesiąc temu!

– To samo, co robię z tobą. Rozmawiałam – rzekła karcąco.

– Zdawało mi się, że widziałem coś zupełnie innego…

– Jasmine! – Do namiotu wbiegła kolejna osoba. Rose, młodsza siostra Jasmine, prawie nic się nie zmieniła. Wciąż miała swoją idealną figurę i temperament dziecka. Problemy i wiek w ogóle się na niej nie odbiły. Ktoś mógłby powiedzieć, że wypiła eliksir długowieczności i nie podlega procesom starzenia.

– Generał mi powiedział, że przyjechałaś. Byłam na froncie, kiedy mnie wezwano. Jak ja się cieszę, że będziesz tutaj z nami. Mamy szansę wygrać. O, Douglas, Gavson, też tu jesteście. A gdzie jest Yola?

– Jeśli dobrze pamiętam, to była w szpitalu polowym. Doglądała rannych, jak zwykle o tej porze – odparł Douglas.

– Cieszę się, że mogę was wszystkich… Prawie wszystkich, zobaczyć przed tą bitwą – rzekła spokojnie Jasmine. – Wiele się zmieniło, odkąd skończyłam 15 lat. Nic nie jest już takie samo, ale mam wielką nadzieję, że po tym, co dziś się wydarzy, będziemy mogli w końcu zasnąć spokojnie. Pozwolicie, że udam się teraz do Yolanty i pomogę jej w opiece nad rannymi.

– Jasmine – zatrzymała ją Rose – my też się cieszymy, że jesteś tutaj z nami. Brakowało nam ciebie. Tyle tutaj cierpienia, wyczekiwania i niepokoju. Siostro…. – W oczach kobiety pojawiły się łzy. Bez zawahania przytuliła mocno siostrę. – Tęskniłam za tobą… – szepnęła.

– Jesteś jak promyk porannego słońca, który przyniósł nadzieję – rzekł spokojnie Gavson, nie odrywając od niej wzroku.

Kobieta po tych słowach wyszła z namiotu. Pomiędzy pozostałymi nastała niezręczna cisza. Douglas z grymasem wpatrywał się w Gavsona.

– Co tak stoicie? – odezwała się w końcu Rose. – Zaraz będzie narada. Lepiej odsłońcie wejście i czekajcie na przybycie pozostałych ważniaków. Ja muszę wracać na front. – Rose też opuściła namiot. Gavson westchnął i przeczesał ręką swoją siwiejącą czuprynę.

– Wiem, że z mamą znacie się nie od dziś… – zaczął młodzieniec. – Ojciec zginął niecały miesiąc temu, a ty już się z nią całujesz? Przecież byliście tylko przyjaciółmi!

– Zamknij jadaczkę, kapitanie. To, co jest między mną a twoją matką nie powinno cię teraz interesować. Jest wojna, a tego dnia możemy nie przeżyć. Ciesz się, że będziesz wysoko w górze, a nie ze mną na ziemi.

– Panowie! – Do namiotu wszedł generał. Za nim stało już kilku innych dowodzących.

Douglas spojrzał na Gavsona z wściekłością, a następnie udał się w drugi kraniec namiotu, by uniknąć dalszego patrzenia na pułkownika.

Zaczęła się ostateczna narada.

Jasmine powoli przechodziła między żołnierzami. Niektórzy pogwizdywali, widząc ją idącą w stronę szpitala polowego. Większość z nich wiedziała, że to matka Douglasa, a przed jej mężem wszyscy czuli respekt. Na szczęście kobieta wiedziała, że ich zachowanie to tylko sposób, by rozładować rosnące wkoło napięcie, w innym przypadku by się tak nie zachowywali.

Po kilkuminutowym spacerze dotarła na miejsce. Kręciło się tam wielu lekarzy i tłum sanitariuszek. Niestety wiele osób nie mogło stanąć dziś do walki, paru żołnierzy nie przeżyło nocy. Wszyscy byli tak zajęci przygotowywaniem miejsca dla nowych rannych, że nie zauważyli stojącej w wejściu Jasmine. Dopiero jeden z wchodzących uzdrowicieli zwrócił na nią uwagę.

– Pani do kogo? – zapytał starszy mężczyzna, trzymając w rękach porcję leczniczych ziół.

– Do mojej córki, Yolanty. Jest sanitariuszką.

– Myślałem, że do któregoś z tych biednych żołnierzy… Jak tylko ją znajdę, poproszę, aby do pani przyszła. – Po tych słowach mężczyzna odszedł na drugi koniec namiotu.

Jasmine czekała kilka minut, aż wreszcie zobaczyła nadbiegającą z głębi namiotu Yolantę. Dziewczyna uściskała matkę, gdy tylko do niej dotarła. Mało przypominała swoją rodzicielkę. Miała brązowe oczy i popielate włosy, a jej jasną cerę zdobiły tysiące drobnych piegów. Była niewiele niższa od Jasmine i może nawet chudsza od niej. Na sobie miała szarą sukienkę z krótkimi rękawami oraz poplamiony krwią fartuch z symbolem błękitnego płomienia. Na włosach miała zawiązaną szarą chustę.

– Yolu, strasznie schudłaś – zauważyła z troską Jasmine. – Czy ty masz czas na jedzenie? Karmią was tu dobrze?

– Nic mi nie jest, mamo – rzekła spokojnie dziewczyna. – To ze zmęczenia. Sama widzisz, ilu rannych tu mamy. Staram się zjeść zawsze cokolwiek, gdzieś się zdrzemnąć, ale pracy nigdy nie ma końca. Co cię tutaj sprowadza? Dlaczego nie jesteś w domu?

– Kochanie, nie mogłam tak bezczynnie siedzieć. Tęskniłam za wami. I nie chciałam otrzymać kolejnego listu…

– Nam też jest ciężko bez taty, mamo.

– Yolu! – zawołał nagle jeden z medyków. – Jesteś mi tutaj potrzebna!

– Zaraz przyjdę – odpowiedziała dziewczyna. – Jak sama widzisz, nie ma spokoju.

– Może pomogę? – zaproponowała Jasmine.

– Dobrze. Każda para rąk się przyda. Ale chyba nie chcesz pomagać w tym? – Yolanta wskazała na elegancką suknię matki. – Idź do kwatermistrza po odpowiedni strój. Gdy wyjdziesz z namiotu, skręć w lewo. Kiedy wrócisz, przyjdź do mnie, to powiem ci co i jak. – Dziewczyna uśmiechnęła się serdecznie.

Jasmine szybko udała się we wskazane miejsce. Kwatermistrz był już starym człowiekiem. Nie był w stanie działać na polu bitwy, ale nie chciał pozostać bierny. Każdy chciał bronić Imperium, jak tylko umiał. Mężczyzna, poruszając się nieco flegmatycznie, wydał Jasmine uniform sanitariuszki. Wskazał jej nawet miejsce, gdzie mogłaby się swobodnie przebrać.

Gdy kobieta wróciła do szpitala, zauważyła, że kilka łóżek było już pustych. Rozglądała się uważnie, próbując odszukać córkę w tłumie. Mogła ją zawołać, jak to robiła część pacjentów, ale nie lubiła się narzucać. Ostatecznie Yola sama wpadła na matkę, wchodząc do namiotu. Obie zaśmiały się równocześnie. Jasmine już dawno się nie śmiała. Od kilku lat chodziła pogrążona w swoich myślach, niemal ciągle sama w domu. Niekiedy ktoś do niej przybywał, by umilić jej czas, ale wojna pozbawiła ją wielu znajomych. Yola szybko oprowadziła matkę po placówce. Wskazała jej, gdzie leżą czyste prześcieradła i pościel oraz gdzie odkładać brudne. Jej pierwszym zadaniem była zmiana pościeli na opuszczonych łóżkach. Kobieta szybko wzięła się do pracy.

Pacjent leżący na jednym z łóżek poprosił ją o rozmowę. Jasmine trudno było odmówić, choć widziała, że czeka ją jeszcze mnóstwo pracy. Mężczyzna miał zabandażowane oczy, prawą rękę oraz obie nogi, a raczej ich kikuty. Prosił, by opowiedziała mu, co teraz dzieje się na zewnątrz. Mówił, że od miesiąca leży w łóżku. Rany nie goiły się jak powinny, mężczyzna był bardzo obolały. Chciał przez chwilę móc zapomnieć o bólu i usłyszeć, co dzieje się na świecie. Jasmine usiadła na brzegu jego łóżka, ujęła jego dłoń i zaczęła przemawiać jak do chorego syna – jej syna, Douglasa.

– Mamy dziś piękny dzień – zaczęła mówić, delikatnie gładząc chorego po policzku. – Słońce grzeje promieniami liście na drzewach, a one zmieniają się z zielonych na żółte, inne na czerwone, a te, które zbrązowiały odrywają się od gałęzi i delikatnie, jak piórko ptaka, opadają na żółtą trawę. Wieje ciepły wiatr. W jego zapachu czuć liście, wrzos oraz rozmaite grzyby, które wyrosły w lesie. A nad nimi przelatują ostatnie motyle, o delikatnych żółtych i zielonych skrzydłach.

Jasmine lubiła opowiadać o każdym szczególe natury. Opisywała każdy, nawet najdrobniejszy kwiat czy kamyk. Powoli przenosiła mężczyznę w stronę gór, których szczyty pokrywał już delikatny puszysty śnieg, a potem zaczęła opowiadać o małej wróżce, elfce, mieszkającej po drugiej stronie zbocza. O tym jak pracuje, jak smacznie gotuje płatki kwiatów, jak wyczarowuje tęcze. Kobieta opowiadała tak spokojnie, że wszyscy na sali zamilkli i słuchali tylko jej. Gdy skończyła, odłożyła rękę mężczyzny na jego pierś. Uśmiechnęła się widząc uśmiech na jego twarzy, lecz zaraz zamarła bez ruchu. Mężczyzna leżał martwy. Jeden z uzdrowicieli szybko podszedł do niej i go zbadał. Pokręcił tylko głową, a następnie wstał i uściskał Jasmine.

– Proszę się nie martwić. Dla niego nie było już szans – rzekł kojąco. – Ale dzięki pani odszedł w spokoju.

Jasmine wzięła kilka głębszych wdechów, gdy nagle poczuła, że ktoś wyprowadza ją ze szpitala polowego. Była to Yola. Zaprowadziła ją do swojego małego namiotu. Tam posadziła matkę na krześle i zaraz zaparzyła kawę. Kobieta rozpłakała się.

– Mamo… – zaczęła delikatnie dziewczyna. – Wiem, że każda śmierć boli, ale dzięki tobie ten żołnierz odszedł w spokoju, bez bólu. Dzięki tobie wszyscy zapomnieli, po co tutaj jesteśmy. Brakuje nam tego promienia nadziei, choć ciocia Rose mówi, że mamy szanse.

Jasmine nie odpowiedziała. Mocno przytuliła córkę do siebie i płakała dalej. Yola pozwoliła jej na to. Widziała, że na pogrzebie ojca matka nie uroniła ani jednej łzy. Siedziała z nią tak długo, aż się wypłakała. Następnie podała jej kawę i coś na uspokojenie. Później Jasmine położyła się spać.

Minęło południe. Wszyscy byli gotowi do wyruszenia. Młody kapitan kończył oględziny swojego pułku. Uważnie sprawdzał uprząż na każdym smoku, który był pod jego dowództwem. Na końcu sprawdził uprząż Selene.

Selene była najstarszą smoczycą. Jako pierwsza wykluła się, gdy zaczynały się pojawiać ciemne smoki. Jej pojawienie się na świecie wywołało małą falę zmieszania i paniki. Gavson w porę wszystkich uspokoił, aby chaos nie nabrał większego rozmiaru. Douglas wychował się  z Selene. Miał przecież zaledwie 4 lata, kiedy ją znalazł. Vivien de Varkatt, kotołak, przyprowadziła go do domu, gdy ten udał się za nią, zainteresowany dalszą zabawą jej ogonem. Kobieta odpowiednio przyłożyła się do wytresowania i wyszkolenia obojga – chłopca i smoczycy. Wiedziała, że nadchodzą ciężkie czasy, a smoki będą niezbędne. Wraz z ojcem Douglasa utworzyli w Herbertown szkołę dla smoków. Wszyscy, z pomocą Rose, starali się odnaleźć jak najwięcej jaj. Z czasem zaczęli znajdować wyklute, osamotnione smoki, które stawały się dzikie. Oswojenie ich nie było łatwą rzeczą, ale nie poddawali się. Vivien, która znała się na smokach, wiedziała, czego można od nich oczekiwać. Wcześniej zajmowała się przecież ich zabijaniem. W końcu, po wielu latach trudów, udało się zbudować małą smoczą armię. Douglas wiele zawdzięczał ojcu. Brakowało mu go, zwłaszcza teraz, w tak decydującym momencie.

Smoczyca wyczuła zaniepokojenie i obawy młodego mężczyzny. Wolno opuściła łeb i delikatnie puknęła nim Douglasa.

„Nie martw się” – rzekła spokojnie w jego myślach swoim kryształowym głosem. „Jesteś równie silny jak twój ojciec. Byłby z ciebie dumny. A teraz i matka jest tuż przy tobie”.

– Dzięki Selene, ale to nie to samo, co z nim – odrzekł. Nie umiał się porozumiewać telepatycznie jak ona czy Gavson. Jednak między każdym jeźdźcem a smokiem tworzyła się nić porozumienia. Delikatnie pogłaskał ją po srebrnych łuskach.

„Nie powinieneś się złościć na pułkownika Gavsona. Od dawna kochał twoją matkę, ale nie miał nigdy w sobie tyle odwagi, by jej to powiedzieć. Ona sama również go kocha i kochała, ale nie chciała czekać, aż wyrzuci to z siebie. Nie przyjechała tutaj tylko dla niego, ale przede wszystkim dla ciebie i twojej siostry”.

– Nie wspominaj o niej i Gavsonie – warknął przez zęby kapitan. – To nie twoja sprawa!

„Nie musisz na mnie wrzeszczeć” – oburzyła się smoczyca. „Mam oczy i nie jestem ślepa. Twoja matka ma takie samo prawo do szczęścia jak ty. Możesz sobie nienawidzić Gavsona, ale on traktuje cię jak swojego syna. Tak jak twój ojciec, nigdy nie faworyzował cię wobec innych żołnierzy. Obaj wymagali od ciebie czegoś więcej, abyś mógł zasłużyć na to, co masz. Twój ojciec nie był świadom skrytej miłości twojej matki do Gavsona i jego do niej. Pułkownik zawsze traktował ją jak przyjaciółkę, nigdy nie wspominał o swoich uczuciach i starannie to ukrywał. Przypomnij sobie, ile zrobił dla ciebie po śmierci twojego ojca? Pozwolił ci spędzić tydzień w Herbertown, byś mógł z siostrą uporządkować rzeczy ojca i mieć czas dla matki. Gavson prawie nie spał przez ten czas. Uważnie doglądał twojego pułku, aby morale nie opadło, aby wszyscy byli w gotowości bojowej. W tym czasie były tutaj dwa poważne ataki. Gavson ciągle był na froncie, ale przekazywał mi rozkazy, choć nic nie widział o tym, co dzieje się w górze. On kocha też ciebie, bo wiedział, że nie ma szans, by mieć swoje dziecko z Jasmine. Pozwól Gavsonowi uszczęśliwić twoją matkę. Zobaczysz, będzie dobrze, jeśli tylko wszyscy przeżyjemy tę noc i Vi dotrze ze wsparciem”.

– Ale jak mogę mu teraz ufać? – Wątpliwości Douglasa nie słabły. – Czy na pewno doprowadzi nas do zwycięstwa?

„Wiele zależy od nas” – powiedziała spokojnie Selene. „Wojnę wypowiada smok smokowi. Gdy tylko uda nam się pokonać wrogie bestie, wówczas będziemy głównym narzędziem popłochu wśród naziemnych szeregów nieprzyjaciela. Gavson stracił wielu przyjaciół. Wiedząc, jaka czeka go nagroda, na pewno się nie podda i wszystkich doprowadzi do zwycięstwa… Już czas ruszać”.

Kapitan chciał coś jeszcze dopowiedzieć, ale w tej chwili rozległ się dźwięk rogów wzywających do wyruszenia. Douglas dosiadł smoka, założył swój hełm i wyczekiwał kolejnego sygnału. Nie czekał długo. Na jego znak wszystkie smoki wzniosły się w powietrze. Leciały zwartym szykiem, prosto w paszczę nieprzyjaciela.

Pułkownik Gavson jechał na czele całej armii razem z generałem. Jego myśli ciągle krążyły wokół Jasmine. Zastanawiał się, co by się wydarzyło, gdyby wcześniej zaczął zabiegać o względy młodej dziewczyny – jeszcze zanim dotarli do Gołębnika. Szybko jednak przegonił te rozpraszające myśli i skupił się na swoim zadaniu. Musiał przełamać pierwszą linię wroga i dostać się jak najszybciej do Lorda Emerona, który obudził wszystkie ciemne smoki. Jego magia była bardzo silna, lecz waleczne serca żołnierzy były silniejsze. Gavson wiedział, że bez wsparcia magów może być ciężko. Liczył, że Vivien na czas przybędzie z odsieczą.

Bardzo brakowało mu też Levisa, psa telepaty. On odkrył u niego talent telepatii i odpowiednio go wyszkolił, aby mógł się porozumiewać z innymi lub przekazywać wiadomości na odległość. Pułkownik ciągle nie mógł uwierzyć, że pies odszedł z tego świata pięć lat temu. Wciąż wydawało mu się, że wydarzyło się to zaledwie wczoraj. Levis był już stary, kiedy go poznali, a przeżył jeszcze 25 lat. Mężczyzna nadal nie mógł wyrzucić z pamięci chwili, gdy ten stary kundel uratował życie Douglasowi. Selene leciała wówczas z Yolą do bezpiecznego miejsca. Gavson, Levis i syn Jasmine podążali dalej ciemnymi, leśnymi szlakami, szukając smoczych jaj i siedliska nieprzyjaciela. Douglas nie zauważył jednej z pułapek. Gdy tylko ją uruchomił, Levis rzucił się na chłopaka przewracając go, a sam został przebity włócznią. Gavson, mając nadzieję, że uzdrowiciele wyleczą psa, wziął go na ręce i razem z Douglasem biegiem udali się do obozu. Niestety Levis nie przeżył. W myślach przesłał podziękowanie za wszystkie lata, które spędził z nim i Jasmine. Dziękował im wszystkim. Wiele osób przelało łzy na pogrzebie walecznego psa. Został również uhonorowany jednym z najwyższych odznaczeń, jakie można było otrzymać od samego Imperatora.

– Pułkowniku, dotarliśmy na miejsce – rzekł generał, wyrywając Gavsona z zamyślenia.

Mężczyzna uważnie spojrzał na dolinę, w której aż roiło się od wojsk nieprzyjaciela. Byli tam orkowie, gobliny oraz ludzie, którzy chcieli przeciwstawić się Imperium. Nad nimi latało wiele ciemnych smoków: czarne, brązowe, czerwone. Wszystkie zionęły ogniem. Na tyłach wojska ustawione były katapulty, a za nimi stał majestatyczny, wielki czarny smok. Chyba jako jedyny umiał się odpowiednio zachować na polu wali. Pozostałe smoki wyglądały na nieułożone i niewyszkolone do walki. Bardziej interesowały się tym, jak zabrać innym jedzenie czy też podpalić ogon. Po kilki minutach zaczęły się uspokajać, a ich złote oczy skierowały się w górę, ku szczytowi wzgórza. Zostali zauważeni, jednak wszyscy stali spokojnie i bez ruchu. Wyraźnie czekali na rozkaz.

Słońce powoli zaczęło chylić się ku zachodowi. Na ciemniejącym niebie pojawiało się coraz więcej chmur. Ale nie były to zwykłe chmury. Szare, nieraz gęste skupiska dymu powstawały ze smoczych płomieni. Wiele stworzeń walczyło w powietrzu. Jedne zionęły ogniem, inne lodem. Niewielu jeźdźców dawało sobie radę w tej walce. Część z nich zleciała poniżej chmur i atakowała naziemne wojska nieprzyjaciela, ale dla niektórych nie skończyło się to dobrze. Każdy musiał być przygotowany na ataki z góry. Wystrzeliwane ku chmurom wielkie strzały powalały zaskoczone smoki. Wszyscy parli do przodu. Walczyli, na ile starczało im sił w nogach i rękach. Komendy ataków padały bezustannie. Jeden żołnierz zabijał naraz dwóch nieprzyjaciół, a inny ginął pod naporem wroga. Jedni tracili życie, inni odnosili poważniejsze lub lżejsze rany, ale nikt nie dawał za wygraną. Cena nie grała roli. Wszyscy wiedzieli, że przegrana nie wchodzi w rachubę. Musieli wytrzymać do świtu. Nie było odwrotu.

***

Nagły wybuch ognia i oślepiający blask sprawił, że Gavson otworzył oczy. Przez chwilę leżał płasko, próbując ocenić sytuację i udając jednocześnie, że nie istnieje. Jego wzrok szybko przyzwyczaił się do nowych warunków – nad głową chłopca migały setki gwiazd. Powierzchnia, na której leżał, chybotała się miarowo to w lewo, to w prawo. A więc był na statku.

„Wybacz, że tak nagle cię obudziłem.” – Głos Levisa zabrzmiał w jego głowie. „Musiałem podsycić ogień, żebyśmy nie zamarzli. Zimna dziś noc”.

– Levis? Ty żyjesz? – Gavson dopiero zaczynał rozumieć, że wybuch, który go obudził nie był lecącym w jego stronę podmuchem smoka, lecz wznieconym przez psa ogniskiem.

„Nie widzę przyczyny, bym miał umierać. Mówiłem ci, żebyś w rozmowach ze mną starał się używać telepatii” – skarcił chłopaka towarzysz.

„Telepatii?” – pomyślał nastolatek i zdziwił się, gdy zauważył, że pies tę myśl usłyszał.

„Oczywiście, głupcze. Wygląda na to, że jeszcze się do końca nie obudziłeś”.

– Miałem sen. Śniła mi się przyszłość, daleka.

„Znowu? Jeszcze jeden sen… to zaczyna mnie niepokoić” – Levis położył pysk na przednich łapach.

„Znowu?” – zdziwił się Gavson. „Coś tu nie gra. Gdzie ja jestem?”

„Oj, przyjacielu. Musiałeś się rzeczywiście jeszcze nie obudzić. Obudź się Gavson… Obudź się…”

Świadomość zaczynała ogarniać myśli Gavsona. Jak przez mgłę zaczynał rozpoznawać, gdzie jest i dokąd zmierza. Jednocześnie ostatnia część wizji zaczynała mu się w tę mgłę zatapiać. Mgła – gęsta mgła otaczała jego świadomość. Mgła? Tak… Mgliste Polany.

 

Autor: Jodel

« Poprzedni || Opowiadania


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *