browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Opowieści z Uris

Opowiadania

 

Opowieści z Uris

 

Dzień 1, Era I [Zdobywców]

Ja, Claudius Cantennberg, zostałem mianowany decyzją Lady Qileen (niech wszystkie potęgi mają na nią baczenie) kronikarzem Nowego Czasu. Rachuba czasu rozpoczyna się od nowa. Dzień dzisiejszy nazywany będzie od teraz Nowym Początkiem, a dni poprzedzające Dniami Przed Początkiem. Budujemy nasz świat od nowa. Planeta została przemianowana na Galad – ¦wiatło. Lady Qileen stworzyła trzy główne królestwa:
Ebiness – królestwo ludzi. Na jego tronie zasiada Arthur Piękny, władca mądry i potężny.
Vissen – królestwo elfów. Na tronie zasiadła Airelotiel, chociaż elfem bynajmniej nie jest.
Intastwilion – zwierzchnie królestwo, kraj istot pozaziemskich – aniołów, wampirów i innych. Władać nimi będzie sama Lady Qileen.
Znajduję się teraz w stolicy Vissen – Estwane. Królowa Airelotiel udała się na naradę z królem Arthurem, której treść ma być mi przekazana. Rada może trwać do jutrzejszego poranka, ale jestem zmuszony czekać.

Claudius Cantennberg

CL

I. Lasy szeptów

Nathan od pewnego czasu obserwował małą, około ośmioletnią dziewczynkę. Miała krótkie, blond włosy i była drobnej budowy.
– Jest człowiekiem i najwyraźniej bardzo gdzieś się spieszy – mruknął pod nosem.
Mała wędrowała samotnie przez las prawie cały dzień, robiąc częste przerwy. Zapewne dała się zwieść szeptom. Nie wiedziała, że między drzewami, równolegle do niej jechała drużyna Nathana, pilnując jej bezpieczeństwa.
Druid odwrócił głowę w kierunku obozowiska. Jego towarzysze siedzieli na ziemi i rozmawiali półgłosem. Tylko Danni go obserwowała. Gestem pokazał jej, że wychodzi ujawnić się dziewczynce. Skinęła głową z aprobatą. Wyszedł na trakt. Dziewczynka spojrzała na niego przerażonymi oczyma.
– Nie bój się. Powiedz jak masz na imię i co tu robisz – przyjaźnie zagaił Nathan. Nie odpowiadała parę chwil.
– Jestem Woolen – odrzekła wreszcie – Uciekłam z Cytadeli Królewskiej, aby znaleźć w Windsprot towarzyszy podróży i wyruszyć dalej.
– W takim razie, co robisz w Lasach Szeptów? – Zza drzew wyszła Danni – Zabłądziłaś.
Do oczu małej napłynęły łzy.
– Wiem, gdzie idę. Na końcu traktu jest miasto. Musi być… Tam właśnie idę…
Danni już miała parsknąć głośno, lecz Nathan położył jej uspokajająco dłoń na ramieniu.
– Na końcu traktu nie ma miasta. Niegdyś owszem, było, ale na pewno nie Windsprot i na pewno już go tam nie ma. Teraz znajdziesz tam tylko siedzibę czarnego smoka, a to najzłośliwsza odmiana tej rasy. Ale może ja się przedstawię. Jestem Nathan i wraz z Danni – wskazał kobietę ręką – i piątką innych towarzyszy podróżuję po Uris. Chciałem cię tylko ostrzec przed smokiem, który z pewnością czeka na ciebie na końcu drogi. Musisz wiedzieć, że smoki obdarzone są potężną magią, a szepty, które Cię prowadziły, wywołał ten gad. Od lat używa tej samej sztuczki. Stąd nazwa: Lasy Szeptów.
– To smoki istnieją? Nie wierzyłam w to… – Woolen nie dokończyła zdania, gdyż pikująca na niebie czarna bestia schwyciła ją w swe szpony i uleciała do góry. Dziewczynka zdążyła tylko wydać z siebie urwany pisk przerażenia zanim gad szybkim ruchem olbrzymiej łapy wepchnął ją do paszczy.
– Cholera jasna! Nathan, musimy coś zrobić!
– Uwaga, szykuje się do ponownego ataku!
Danni błyskawicznie wyrzuciła ramię w górę przygotowując się do miotania zaklęć, ale wbrew słowom druida, usatysfakcjonowana bestia poszybowała w stronę swej jaskini.
– Szkoda mi tej dziewczyny – stwierdziła Cloude, gdy Danni i Nathan wrócili przybici do obozowiska – była taka mała. Nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat. Eh… Nigdy nie lubiłam smoków.
– A ja dzieci. Smoki mało kto lubi – mruknęła Tven.
Danni westchnęła pod nosem. Byli zmuszeni jechać dalej mimo zmęczenia i nadchodzącego mroku. Noclegi w Lasach Szeptów nie należały do najbezpieczniejszych. Rozejrzała się. Niewiele wiedziała o swoich towarzyszach. Zaczęła analizować w myślach to, co mogła o nich powiedzieć.

Nathan.
Był człowiekiem. Niezbyt dobrze władał bronią i był już nie młody, lecz lepszego uzdrowiciela ciężko było spotkać. Zdążyła zauważyć, że druid zna chyba wszystkie rasy, ich obyczaje i języki oraz geografię Uris lepiej niż Cloude swoje skrzydła.

No właśnie, Cloude.
Urdunka – przedstawicielka pokojowo nastawionej, skrzydlatej rasy, która z niewiadomych powodów była prześladowana przez Juliusa Roodisa, zwierzchnika szkół magii, zanim został zrzucony z tronu przez syna, Arthura. Nie miała żadnych bojowych uzdolnień, ale tylko ona umiała w drużynie tak dobrze gotować, więc nie zwlekając zabrali ją ze sobą. Poza tym umiała poruszać się bezszelestnie i miała skrzydła, co robiło z niej dobrego zwiadowcę.

Tven.
Tven była przedstawicielką kolejnej rasy prześladowanej przez Juliusa. Należała do bolgów. Byli to pół ludzie, pół trolle zamieszkujące mroźnie krainy północy. O ile wygląd zachowali mniej-więcej ludzki (chociaż byli bardzo masywnej budowy i wysokiego wzrostu), o tyle siłę przejęli po swoich przodkach z drugiej linii. Kobiety bolgów były wytrzymalsze, znosiły ból, złe warunki oraz długą podróż często lepiej niż najtwardsi mężczyźni innych ras. Tven posługiwała się w walce toporem lub bronią obuchową. Potrafiła rzucać kilka czarów związanych z magią powietrza, ale nie były to zaklęcia bojowe.

Warren.
Siostrzeniec króla Leśnych Driad. Jeżeli chodzi o szybkość i zwinność, na całej Uris nikt nie mógł równać się z Leśnymi Driadami – nieliczną i mało wytrzymałą rasą zamieszkującą bory i puszcze. Biegle posługiwali się magią ziemi, dzięki czemu nie musieli się w niej szkolić. W boju Warren, zwyczajem driad, używał krótkiego, szerokiego miecza lub łuku. Bez problemu poruszał się zarówno po ziemi jak i po drzewach czy w wodzie.

Sharkhan.
Pół człowiek, pół goblin. Kolejna mieszanka. W drużynie nikt nie władał bronią tak dobrze jak Shark – zawodowy żołnierz. Używał maczug, noży, toporów i sztyletów, lecz żaden z tych oręży nie mógł dorównać ulubionej broni rycerza – długiemu mieczowi o szerokiej klindze i zdobionej rękojeści. Miecz ten wręczył mu sam Arthur Roodis za zasługi na Wojnie o Przywrócenie Ładu. Mężczyzna był wysoki, potężny w ramionach i zaskakująco, jak na domieszkę krwi gobliniej, przystojny. Nie posiadał ani krzty magicznego daru, lecz jego miecz sam w sobie był zaklęty.

Zenthor.
To była chyba najbardziej zdumiewająca osoba w całej drużynie. Zenthor był nieśmiertelnym magiem, który (wedle plotek) stworzył się sam i nie wiedząc, jaką rasę wybrać, przygarnął po kilka cech każdej z nich. Dało to efekt potężny, lecz dla oka niezbyt przyjemny. Był mistrzem wszelkiej magii. Chociaż nigdy tego nie dowodził, Danni zastanawiała się, czy siłą nie przewyższa on Lorda Arthura. Z broni wybierał zazwyczaj kij, z którym nigdy się nie rozstawał, lub sztylet.
– Danni, musimy już wyruszyć – zachrypnięty głos Sharka wyrwał ją z rozmyślań. Nie zauważyła, że na ziemi siedziała już sama – Cloude przygotowała jedzenie, a my musimy się wziąć za bagaże. Konie będą zaraz gotowe do drogi.
– Dobrze. Już idę. Powiedz Nathanowi, by przez ten czas zastanowił się nad najkrótszą drogą do Mglistej Doliny.
– Myślę, że już to zrobił – uśmiechnął się Sharkhan – Musimy przecież odnaleźć tego Szalonego Draedhana.

II. Opowieść o Cytadelach

Wschodzące słońce zastało wędrowców na drodze ku Barundorn. Miasto to było jedynym zamieszkałym miejscem na Pustkowiach. W promieniu wielu mil od niego nie było żadnego ludzkiego osiedla.
Pustkowia w pełni zasługiwały na swoją nazwę. Zanim wędrowni kupcy lub inni podróżni weszli na te tereny, obficie zaopatrywali się w wodę i żywność. Zwierzyna nie miała tu szans na przetrwanie. Na spalonej słońcem ziemi widniały obumarłe, wyschnięte szczątki roślin. Jeśli jakiemuś drzewu udało się wyrosnąć, nie wytrzymywało panujących warunków i przed osiągnięciem dojrzałości umierało. Jedynie krzewy – najczęściej te kolczaste – potrafiły jakoś tu przetrwać. Ziemia pękała z suchoty. Rzadko kiedy padały deszcze, a woda wciekała wtedy w powstałe rowy i szczeliny, zostając tam na jakiś czas. Jednak deszcz nie pojawił się już od trzech lat. Pustkowia zamieniały się w Pustynię.
Nathan i jego kompania podróżowali do wieczora. Wreszcie zatrzymali się na postój. Byli wykończeni długą drogą i gorącem. W ciszy zdjęli bagaże z koni i napoili spragnione zwierzęta. Kiedy druid rozpalił ogień, Cloude wydzieliła racje pożywienia i zagotowała napar z ziół.
– Wypijcie to. Skutecznie gasi pragnienie i wzmacnia.
– A co to jest, jeśli mogę wiedzieć? – Danni podejrzliwie obracała kubek w dłoniach.
– Nazwa nic ci nie powie. Chyba, że słyszałaś o meandrus lann.
– No cóż, nie. Nie wiedziałam też, że znasz się na ziołach.
– Wszyscy urdunowie znają się na roślinach i lekach zielnych – wtrącił Nathan. Danni zanotowała to w pamięci jako kolejną informację o towarzyszce.
– Nathan, jak żyją ludzie w Barundorn, bez roślinności, wody i zwierzyny dookoła? – Tven spojrzała w kierunku miasta, o którym mówiła – I jak właściwie założono to miasto?
– Hmm… To bardzo stare miasto. Właściwie nie wiem dokładnie jak i dlaczego je tu wybudowano. Zdaje się, że było to życzenie magów z Cytadeli Ognia.
– Ja mogę na ten temat powiedzieć coś więcej. Jak wiecie, rachuba czasu rozpoczęła się na długo przed wzniesieniem Cytadel, ale od tego momentu trwa nasza Era. Historia ta ma swój początek, kiedy Johann Rusty, pradziad Lorda Arthura, przed którym chylę czoło, zaprojektował 5 cytadel. Ani ludzie, ani inne rasy nie panowali wtedy nad niszczycielską i jednocześnie zbawienną magią – Zenth odstawił kubek po naparze i usadowił się wygodniej – Struktura 5 Cytadel wygląda od ich stworzenia tak samo: droga młodego kandydata na czarodzieja rozpoczyna się w Cytadeli Królewskiej, gdzie przechodzi test na obecność daru magicznego i kończy się w tym samym miejscu na sprawdzianie umiejętności. Adept musi samodzielnie odnaleźć wszystkie cztery Cytadele Nauki i odbyć w nich szkolenie…
– No, ale o tym nie musisz mówić, to wszyscy wiedzą – skrzywił się Warren – Tven pytała o miasto…
– Siedź cicho i nie przerywaj – mruknął Shark.
– Dziękuję Shark. W tych Cytadelach naucza się magii jednego z żywiołów. Potężne czary wsączone w każdy kamień tych budowli uniemożliwiają ich zburzenie.
– Powiedziałeś, że nikt nie panował nad magią. Skąd więc te zaklęcia? – Wtrąciła Tven.
– Właśnie. To bardzo ważne. Johann Rusty nie do końca sam zaprojektował te Cytadele. Stało się to z woli Ur, który zesłał kapłanów 4 żywiołów. To oni splatali czary, budowali sieci ochronne i szkolili pierwszych magów w Cytadelach. Następnie osiedli w Istan i teraz mówi się o nich jako o Czterech Mędrcach Głębinowych. Zanim fortece oddano do hm… nazwijmy to „użytku publicznego”, testy przeszedł sam Lord Johann. Obrał sobie siedzibę w Cytadeli Królewskiej, został zwierzchnikiem wszystkich Cytadel i zawiązał powiększającą się Radę Czarodziejów, której podlegają wszyscy magowie-absolwenci.
– Słyszałam – odezwała się Danni – że w Bastionie przechowywane są Księgi Wyklęte.
– Tak – podjął temat Nathan – sam je widziałem i pozwolono mi nawet przeczytać niektóre proroctwa. Oprócz ksiąg znajdują się tam też przedmioty o takiej sile magicznej, której wyzwolenie mogłoby zniszczyć całą Uris.
– Czy rzeczy mogące zniszczyć całą planetę nie powinny zostać unicestwione?
– Nie. Gdyby je zniszczono byłyby bardziej niebezpieczne niż teraz. No, ale zdaje się, że chcieliście posłuchać o Barundorn – reszta przytaknęła. Zenthor wrócił do opowieści – Cytadele wzniesiono w miejscach niedostępnych np. tu, na Pustkowiach. Gdy powstała Cytadela Ognia i rozpoczęto szkolenie magów, stopniowo potrzeby ludzi ze szkoły zaczęły się zwiększać. Rada postanowiła wybudować tutaj miasto i sprowadzić z innych krajów mistrzów różnych fachów. W rzeczywistości zamieszkali tu przeciętni ludzie szukający ciszy i azylu.
– A co z wodą?
– Magowie zadbali o to. Gdy przekroczysz bramy Barundorn otoczy cię soczyście zielona o każdej porze roku trawa. Czarodzieje znaleźli podziemne źródła wody, które nawadniają ziemię pod miastem. Zgoła inny widok roztacza się, gdy wstąpi się na teren Cytadeli. Tam jest tylko popalona ziemia i potworny smród spalenizny. Nie ukrywajmy – skutki lekcji i ćwiczeń młodych uczniów. Ale tego chyba nie będzie wam dane zobaczyć.
– Dlaczego?
– A to dlatego, moja droga, że tylko tym, którzy chcą odbyć szkolenie wolno wstąpić na teren Cytadeli. Tak czy owak miasto powinniśmy zobaczyć jutro w południe.
– Tak, jutro tam dotrzemy pod warunkiem, że nie będziemy opóźniać jazdy. Musimy wypocząć. Jechaliśmy wystarczająco długo bez chwili drzemki! – Warren przeciągnął się z błogim wyrazem twarzy.
– Warty – powiedział zimno Nathan. Rozległ się pomruk niezadowolenia. Czasy były zbyt niebezpieczne, aby nikt nie czuwał w nocy. Mimo to nikt za tym nie przepadał.
Tej nocy warta przypadła Tven, którą w połowie nocy zmienił Sharkhan. Dziewczyna nie zdążyła jednak zmrużyć oczu, kiedy do jej uszu dobiegł cichy odgłos kroków. Podniosła szybko głowę. Kroki ustały. Rozejrzała się, ale wszyscy wokół spali. Tylko Shark siedział pod głazem ostrząc swój nóż. Złożyła głowę z powrotem na posłanie. Po chwili kroki rozległy się znowu, tym razem wyraźniej. Tven była pewna, że się jej nie wydaje.
Sharkhan ostrzył nóż, aby nie usnąć. Czujnym uchem łowił każdy dźwięk. Wbrew temu co myślała Tven, bardzo dobrze słyszał zbliżającego się intruza. Starał się jednak go nie spłoszyć i pozwolił mu podejść bliżej.
„Czy Shark nic nie słyszy? To chyba raczej niemożliwe. W takim razie, co on kombinuje?” Gdy między skałami ukazał się zarys postaci, bolga pojęła plan towarzysza i leżała nieruchomo pozwalając mu działać. Intruz, będąc najwyraźniej pewien swego sprytu, kamiennego snu kompanii i chyba głuchoty Sharka, coraz bardziej zbliżał się do rycerza. W blasku księżyca Tven widziała go dość wyraźnie, aby przekonać się, że jest to najemnik. Ubiorem przypominał mieszkańców Lasów Szeptów i dalszych krain na wschód od nich, a to oznaczałoby, że byli śledzeni.
Shark wciąż pozwalał postaci zbliżać się do niego. Gdy ta była na wyciągnięcie miecza, rycerz zerwał się i rzucił na szpiega. Tven również zerwała się na równe nogi i pomogła unieruchomić nieproszonego gościa. Zgiełk obudził resztę drużyny, która teraz w zdziwieniu przyglądała się całej scenie. W końcu Nathan podszedł do szamoczącego się mężczyzny i uważnie zlustrował go wzrokiem.
– Witaj – zaczął w mowie ludzi Pustkowi, ale, widząc, że ten nie rozumie (a tym samym upewniwszy Tven co do pochodzenia więźnia) kontynuował rozmowę w języku dunmerów, którym posługiwali się ludzie w północnych i centralnych królestwach.
– Kim jesteś i kto Cię przysłał? Nie sądzę, aby to przypadek przywiódł Cię do nas – Shark zbliżył ostrze miecza do szyi mężczyzny.
– Jestem Noir, człowiek z Windsprot. Zostałem wysłany, aby was śledzić – nacisk miecza na szyję Noira zelżał. Szpieg odetchnął głębiej.
– Ty psie – wycedziła przez zęby Danni – Gadaj kto to był! Kto cię opłacił?!
– Nie tylko ja idę waszym śladem – Noir uśmiechnął się paskudnie – Ale nie dowiecie się niczego, jeśli mnie nie puścicie – Shark spojrzał pytająco na Danni.
– Że niby co?
– A gówno, ruda suko! – Wystarczył ułamek sekundy, żeby rycerz trzymający mężczyznę pod bronią zareagował. Noir w konwulsyjnych drgawkach szamotał się na ziemi charcząc przez rozpłatane gardło.
– No pięknie – Cloude skrzywiła się – teraz na pewno dowiemy się wszystkiego.
– Co mnie to obchodzi? Obraził mnie, dobrze mu tak.
Nathan popatrzył na krótkie, czarne włosy Danni.
– Dlaczego nazwał cię „rudą suką”? – Spytał podejrzliwie.
– Nie mam pojęcia. We łbie mu się coś poprzekręcało…
Danni wytrzymała wzrok Nathana. Druid nie mógł dowiedzieć się prawdy. Skoro myśli, że jest człowiekiem, niech tak zostanie. Tylko, kim, do diabła, był ten cholerny Noir skoro przenikał przez jej fasadę fizycznego wyglądu? Na wspomnienie tego określenia przebiegł ją nieprzyjemny dreszcz.
– Chodźmy spać. Inaczej nigdy nie dotrzemy do tego „ogniska” – odwróciła się na pięcie i podążyła do swojego legowiska.

***

Zjawiły się przed nim trzy kobiety. W rękach trzymały poskręcane, rzemienne bicze. Nazywano je Alecto, Megeris i Tizifone i powiadano, że przybyły z zaświatów. Gdyby ci prości ludzie rozpowszechniający te plotki wiedzieli skąd pochodzą naprawdę… Alecto ubrana w czarne, skórzane spodnie i taką samą kurtkę zbliżyła się do niego i uklęknęła. Uśmiechnął się pod nosem, gdy po chwili Megeris poszła w jej ślady. Gdyby ktoś z ich świata był tego świadkiem, straciłyby szacunek, godność i nade wszystko przestałyby budzić przerażenie. Spojrzał na trzecią. Tizifone stała na swoim miejscu i nie ruszyła się ani na krok. Dumnym spojrzeniem rzucała mu wyzwanie. Z nią jeszcze nie zaczął. Za kilka dni będzie usłużna jak pozostałe dwie.

Autor: Qileen

Opowiadania

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *